sobota, 28 grudnia 2013

Krewetkowe rougaille. Kreolskie smaki i krajobrazy.

Zimowy okres wywołuje w nas tęsknotę za tropikalnymi krajami. Zwykle w styczniu, czy w lutym spełniamy marzenia uciekając od naszej zimy, by zażyć trochę słońca, poznając przy okazji nowy region świata od strony historii, kultury, fauny i flory. Nieodłącznym elementem jest też smakowanie lokalnej kuchni.
 
Kiedy myślę o krewetkach królewskich przychodzi mi na myśl wiele przepisów i inspiracji. Zaczynając od klasyki z oliwą, białym winem, czosnkiem, pietruszką czy chili przez różne kompozycje z warzywami, wreszcie włoskie pasty i risotta, czy azjatyckie zupy, tiany lub tymbaliki choć niektórzy odsądzili by mnie od czci i wiary za siekanie, czy miksowanie tak doskonałego składnika. Możliwości jest ogrom i na pewno powrócimy do innych ulubionych przez nas przepisów.
 
Dziś chciałbym odświeżyć jedno z dań kuchni kreolskiej. Kuchnia ta to najlepsze doświadczenia Francji i Hiszpanii z domieszką Afryki i Azji. Prawdziwy kulinarny tygiel. Z drugiej strony nie jest to nic specjalnie odkrywczego, bo gdy przeczytacie przepis powiecie: „to oczywiste”, „ tak, gotowaliśmy to”, „jedliśmy niedawno w restauracji”… Nie chodzi mi jednak o odkrywanie Ameryki, ale pokazanie klasycznego, prostego dania z wyspy, którą Mark Twain określił tak: „Bóg najpierw stworzył tę wyspę, a potem na jej podobieństwo – raj”.  
 
Gotujemy dziś danie z Mauritiusu czyli z archipelagu Maskarenów:)
 
 
KREWETKOWE ROUGAILLE lub jak sam je nazywam KREWETKI PO KREOLSKU
 
 
Baza smaku to pomidory zwane na Mauritiusie pommes d'amour czyli jabłka miłości. Przepis jest uniwersalny, bo z identycznym sosem możecie zrobić danie rybne lub mięsne, dobierając według własnego uznania główny składnik, a całość podać z gotowanym ryżem i soczewicą.
My, po sutych świątecznych daniach, serwujemy dziś tylko przystawkę, jednak ilość składników w przepisie podajemy dla dania głównego. 
Krewetki, które zwykle używamy to dość łatwo u nas dostępne mrożone, surowe (szare) o rozmiarze 16/20, czyli od 16-20 sztuk na funt, czasem mniejsze: 31/40.
Składniki na 2 porcje:
14-16 krewetek 16/20
pół cytryny
oliwa
łyżeczka posiekanego imbiru
2 posiekane ząbki czosnku
pół drobno posiekanej cebuli
posiekana ostra papryczka pozbawiona pestek
4 posiekane pomidory bez skóry
100ml bulionu lub wywaru ugotowanego na głowach i skorupach krewetek
2 łyżki posiekanej kolendry
gałążka tymianku
opcjonalnie - listki curry
sól, pieprz
 
Sposób przygotowania: 
Krewetki po rozmrożeniu w lodówce pozbawić głów i obrać ze skorup. Marynować w połowie czosnku, soku z cytryny, oliwie i soli. Po zamarynowaniu zebrać czosnek z krewetek..
 
Całą ilość czosnku, imbir i cebulę zeszklić na oliwie, dodać ostrą papryczkę, pomidory, tymianek. Smażyć na dużym ogniu, po czym dolać bulion i zmniejszyć ogień. Gotować pod przykryciem przez około 15 minut. Następnie zdjąć przykrywkę i gotować, aż sos się lekko zredukuje.
 
Krewetki smażyć na oliwie, po czym przełożyć do pomidorowego sosu. Gotować 2-3 minut, na koniec wyjąć gałązkę tymianku i dodać posiekaną kolendrę.
 
Podawać z gotowanym ryżem i soczewicą jako danie główne lub jako przystawkę z białym pieczywem.

 
 
*****
 


Mauritius przeciętnemu Europejczykowi kojarzy się z pięknymi, tropikalnymi plażami, koszmarnie drogimi hotelami all inclusive, w których bogate towarzystwo raczy się do woli kolorowymi drinkami na bazie rumu i konsumuje wina do wykwintnych kolacji pełnych dań z ryb i owoców morza. Można jednak inaczej…


Można wybrać się tam bez pośrednictwa biur podróży zamykających turystów w luksusowych enklawach. Wystarczy wykazać się zmysłem łowieckim polując na ciekawe oferty przewoźników. Przoduje w nich Air France, zwłaszcza na początku roku. Nie wiem dlaczego. Może z powodu francuskich korzeni wyspy. Francuzi bowiem kontrolowali ją w XVIII wieku po wcześniejszej kolonizacji Portugalczyków i Holendrów. Na miejscu czekają pensjonaty, lokalne hotele, niedrogie restauracyjki z doskonałym kreolskim jedzeniem, ocean mieniący się niezwykłymi barwami, bogata fauna i flora.

Mauritius jest na tyle niewielki, że kilka dni eksploracji wystarczy, by dokładnie spenetrować jego wnętrze. Resztę czasu można spędzić odpoczywając na plaży, nurkując na rafach koralowych, integrując się z etniczną ludnością lub kosztując przysmaków kuchni kreolskiej. Oto kilka reminiscencji z pięknego Mauritiusu.

 





Spacer zaczynamy od najstarszych na południowej półkuli ogrodów botanicznych Pamplemousses, położonych w pobliżu stolicy wyspy Port Louis, znanych głównie z gigantycznych wodnych lilii i 85 gatunków drzew palmowych z całego świata...














... oraz lokalnych mieszkańców, gigantycznych trzystukilogramowych żółwi ...


 








 
 
... choć najbardziej znanym zwierzęciem z wyspy pozostaje ptak, nielot dodo. Dziś można go oglądać niestety tylko wypchanego w Muzeum Dodo w Port Louis czy Muzeum Historii Naturalnej w Londynie. Zgłodniali mieszkańcy wyspy wytrzebili ptaka racząc  się jego smacznym mięsem.
















Częstymi gośćmi są tu dzieci z okolicznych szkół, którym taka forma nauki służy lepiej niż siedzenie w szkolnej ławce.

 



Na północnym krańcu wyspy spotykamy Notre-Dame Auxiliatrice, niewielki kościółek wybudowany na cześć ludzi morza, których statki rozbiły się na tutejszych rafach.




   

Stąd już niedaleko do zupełnie pustej, porośniętej kazuarynami plaży Mont Choisy. To świetne miejsce, by zrelaksować się i raczyć widokiem gór wyrastajacych w centrum wyspy. W weekendy plaża zapełnia się hinduskimi rodzinami, a to oznacza bonus w postaci kilku straganów ze świeżymi hinduskimi i kreolskimi przysmakami.

 
Ile aux Cerfs, czyli Wyspa Jeleni we wschodniej części Mauritiusu zachwyca niezwykle przejrzystą wodą i białym piaskiem, a przyjemny wodospad daje orzeźwienie i przerywa wszechobecną ciszę.  


 


W południowo-zachodniej części wyspy nad okolicznymi plażami góruje Le Mont Brabant, półwysep i góra wznosząca się na 556 m n.p.m. To tu w XIX wieku chronili się niewolnicy uciekający z plantacji trzciny cukrowej. Tutaj też w 1835 roku miał miejsce ich dramat kiedy widząc zbliżające się oddziały wojska rzucili się do morza. Żołnierze zaś zostali wysłani, by ogłosić zbiegom koniec okresu niewolnictwa na wyspie.

 
Z nadmorskich okolic ruszamy do centrum wyspy, odwiedzając niezwykłe formacje geologiczne tworzące piaskowe wydmy o siedmiu kolorach...
 
 
 
... wodospady Chamarel
 

i zielone połacie Wąwozów Black River. Dziś te rejony stanowią jedyną zalesioną część Mauritiusu. Większość zasobów leśnych wycięto, przygotowując teren pod uprawy trzciny cukrowej.


Okolica znana jest z upraw kawy, my jedank udajemy sie na popołudniową herbatkę. Największym producentem na wyspie jest firma Bois Cheri, której plantacje założono pod koniec XIX wieku.
 






Wracamy nad ocean mijając zachwycające swymi kształtami pasmo górskie Moka.











To czas, kiedy można zacząć biesiadę przy ostatnich promieniach zachodzącego słońca.

czwartek, 26 grudnia 2013

Przejedzeni? Nie liczcie na sałatkę, bo wciąż mamy Święta!

Dziś opowiastka o tradycyjnym brytyjskim deserze, który kiedyś wydawał się nam równie absurdalny jak pomysł podawania odległości w yardach, pojemności w pintach, czy wagi w funtach. No bo jak to ... wymieszać chleb, masło, jajo, cukier ... i to ma smakować? 

Christmas Pudding, bo o nim mowa, zwykle kończy uroczysty brytyjski świąteczny obiad. Skąd się to wzięło?

Pomysł pochodzi ponoć z czternastego wieku, kiedy to z okazji Świąt Bożego Narodzenia przygotowywano posiłek zwany "frumently", złożony z wołowiny i baraniny gotowanej w winie z korzennymi przyprawami, rodzynkami, śliwkami, orzechami i innymi bakaliami.

Pod koniec szesnastego wieku danie ewoluowało w kierunku puddingu śliwkowego zagęszczonego jajkami, pszennym chlebem, suszonymi owocami i bakaliami, zaś aromaty wina zastąpiło piwo i mocny alkohol. W połowie siedemnastego wieku pudding ten stał się tradycyjnym świątecznym deserem, jednak w 1664 roku purytanie nie wiedzieć czemu uznali jego konsumpcję za zły zwyczaj.

W 1714 roku król George I powrócił do tradycji spożywania puddingu śliwkowego jako części świątecznego posiłku. W czasach wiktoriańskich, czyli w wieku dziewiętnastym Christmas Pudding przekształcił się w deser, który przypomina dzisiejsze receptury. W bogatych domach podawany był często w wytwornych formach, w kształcie zamków czy wież. Pospólstwo pożywiało się puddingowymi kulkami.

Z daniem tym łączy się wiele wierzeń i przesądów. Jedni twierdzą, że pudding powinien być przygotowany z trzynastu składników reprezentujących Jezusa i jego uczniów. Inni, że bazę należy ukręcić drewnianą łyżką w kierunku ze wschodu na zachód, by uhonorować tym Mędrców. Mało tego, powinni to robić po trochu wszyscy członkowie rodziny.

Pojawił się też zwyczaj wkładania do puddingu różnych przedmiotów. Jeśli kawaler znalazł w nim guzik, miał gwarancję pozostania w kawalerskim stanie przez kolejny rok. Panna, która w swym puddingu natknęła się na naparstek mogła zapomnieć na rok o mężu. Zaś osoba, która odnalazła w nim obrączkę mogła szykować się do ślubu, a jeśli była zamężna mogła spodziewać się bogactwa. Znalezienie srebrnej monety miało natomiast przynieść w kolejnym roku szczęście.

Każda gospodyni szczyci się swoim własnym, "najlepszym" przepisem. Dlatego też znajdziecie wiele wariacji i wersji przepisów. Wspólną cechą jest użycie bakalii i korzennych przypraw, pszennego chleba, jajka, masła i mąki oraz alkoholu.

Dziś zaserwujemy dla Was Christmas Pudding, którego nieco zmodyfikowana receptura pochodzi z magazynu Good Food wydawanego przez BBC. Oryginał gotuje się na parze w dużej formie przez 6 godzin, my zaś przygotujemy go w indywidualnych foremkach o pojemności około 150ml. Pamiętajcie, że ilość oraz rodzaj bakalii możecie modyfikować, podobnie jak rodzaj alkoholu i likieru. Nie bójcie się eksperymentować.
 

 
Składniki na trzy porcje:

60g rodzynek
45g suszonych wiśni
1 duży, pokrojony, suszony daktyl
20g pokrojonych blanszowanych migdałów
starta skórka z cytryny i pomarańczy
pół startej marchewki
60ml brandy
20ml likieru pomarańczowego
60g cukru muscovado
60g pokruszonej pszennej bułki (bez skórki)
40g mąki pszennej
pół łyżeczki proszku do pieczenia
łyżeczka startych w moździerzu przypraw (cynamon, goździk, gałka muszkatołowa, pieprz syczuański)
60g schłodzonego masła
ubite jajko
dodatkowo masło do posmarowania foremek

Sposób wykonania:

1. Bakalie, marchewkę i starte skórki z owoców namoczyć na noc lub co najmniej kilka godzin w brandy i likierze pomarańczowym.

2. Suche składniki zmieszać w misie. Dodać namoczone składniki, masło oraz jajko. Dokładnie wymieszać (ja zrobiłem to mikserem na niewielkich obrotach).

3. Foremki wysmarować masłem. Wymieszane składniki "ciasta" przełożyć do foremek, lekko docisnąć, w środku łyżeczką zrobić niewielkie wgłębienie i każdą z foremek "zamknąć" pergaminem wiążąc go sznurkiem ( korzystaliśmy z foremek o wymiarach wewnętrznych- u góry o szerokości 7,5 cm, dno o szerokości 5 cm, wysokość  5 cm).

4. Foremki włożyć do naczynia do gotowania na parze. Puddingi gotować na parze przez około 2 godziny, po czym wyłożyć do ostygnięcia.

5. Deser można przygotować wcześniej. Przechowywać można go w chłodnym miejscu przez dobrych kilka miesięcy, choć my takich doświadczeń nie mamy. Ponoć po kilku tygodniach będzie jeszcze lepszy. Przed podaniem należy go odgrzać na parze gotujac kilkanaście minut.

6. Podawać z custardem aromatyzowanym skórką pomarańczową.

Aby przygotować custard zagotujcie po 50ml mleka i śmietany kremówki z 20g cukru. Ukręćcie jedno żółtko, do którego dolejcie lekko ostudzony płyn. Przelejcie z powrotem do garnka i gotujcie na małym ogniu do zgęstnienia cały czas mieszając. Kiedy osiąniecie wymaganą gęstość wstawcie garnek do zimnej wody w celu wystudzenia custardu i wmieszajcie startą skórkę pomarańczową.
 

I ostatni krok, którego nie można pominąć - wypowiedzcie w myślach życzenie i cieszcie się smakami Christmas Puddingu z ukochaną osobą.

Wesołych Świąt.

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Świątecznie - śladem wielkiej migracji

 

"Jest w moim kraju zwyczaj, że w dzień wigilijny,
Przy wzejściu pierwszej gwiazdy wieczornej na niebie,
Ludzie gniazda wspólnego łamią chleb biblijny
Najtkliwsze przekazując uczucia w tym chlebie."
                                                                                  C.K.Norwid
 
 
Na naszym blogu dzielimy się z Wami przepisami i emocjami związanymi z realizacją naszych pasji. Przy świątecznej okazji my również chcemy podzielić się z naszymi czytelnikami "chlebem"-zapraszamy.
 
 
Bakaliowe sucharki
(przepis ze zbiorów Ani-Bajaderki)
 



Składniki :

1/2 szklanki ciemnych rodzynków

1/2 szklanki jasnych rodzynków


1/2 szklanki suszonych moreli, pokrojonych w kostkę

 1/2 szklanki pokrojonych suszonych fig

 1/2 szklanki suszonych wiśni

 1/4 szklanki rumu lub brandy

 2 szklanki mąki pszennej

 2/3 szklanki ciemnego brązowego cukru

 3 łyżki białego cukru

 1 łyżeczka proszku do pieczenia

 1/2 łyżeczki sody

 1 łyżeczka cynamonu

 1/2 łyżeczki świeżo utartej gałki muszkatołowej

 1/4 łyżeczki  zmiażdżonego ziela angielskiego

 szczypta soli

 3 duże jajka


1 łyżeczka ekstraktu z wanilii

1 białko, lekko rozbełtane

Suszone owoce zalać alkoholem i odstawić na około 1 godzinę .
Do miski miksera wsypać wszystkie suche składniki i korzenne przyprawy, dobrze wymieszać. Owoce odsączyć, a zlany alkohol zachować.  W osobnym naczyniu rozbełtać jajka z ekstraktem waniliowym, dodać zlany alkohol, wymieszać i całość dodać  do suchych składników. Wymieszać mikserem tylko do momentu kiedy zacznie tworzyć się ciasto. Dodać odsączone owoce i wymieszać ponownie.
Podzielić ciasto na 3 równe części, a  każdą z nich uformować omączonymi rękami w rulon o długości ~35cm i ułożyć je na płaskiej blasze. Lekko spłaszczyć i posmarować rozbełtanym białkiem. Piec około 30 minut w temperaturze 180 stopni ( piekarnik przed pieczeniem trzeba nagrzać). Wyjąć z piekarnika i lekko przestudzić.
Obniżyć temperaturę do 150ºC. Przestudzone wałki pokroić na 2.5 cm ukośne kromeczki, układać płasko na blasze i piec po 5 minut z każdej strony. Wystudzić na kratce. Przechowywać w puszcze lub słoju.




 
Wszystkim czytelnikom "Akacjowego bloga" składamy życzenia pokoju, szczęścia i miłości oraz spełnienia marzeń-
Małgosia i Piotr
 
 
 
Dziś będzie post o spełnionym marzeniu :) Pięknie jest marzyć, a jeszcze piękniej spełnić marzenia. Naszym wielkim marzeniem było zobaczenie wielkiej migracji gnu-największej naturalnej wędrówki zwierząt na Ziemi. Dziś więc o tym...

 
Co roku na obszarze sawanny Kenii i Tanzanii dochodzi do widowiskowej wędrówki ok.1,5 mln gnu, a wraz z nimi różnych antylop...gazeli Thomsona


bawolców


i zebr.


Rytm wędrówki po Serengeti (nazwa pochodzi z języka Masajów i oznacza bezkresne równiny) wyznacza pora opadów. Trasa zwierząt prowadzi zgodnie z ruchem wskazówek zegara (mapa ze strony klik). Podobno wędrują tak od lat sześćdziesiątych XX wieku, gdyż to właśnie wtedy ich liczba stała się tak duża, że przetrwanie suchej pory okazało się niemożliwe.
 




Od grudnia do marca zwierzęta przebywają najdalej na południu w okolicach Ngorongoro Conservation Area i Ndutu. To wtedy mieliśmy okazję je obserwować. Jest to również okres rozrodu zwierząt. Okres godowy przypada na koniec pory deszczowej- maja i czerwca. W ciągu kilku tygodni 90% samic jest ciężarnych. Po ok. 8 miesiącach ciąży rodzą młode. Taka synchronizacja narodzin źrebiąt powoduje, że mają one większe szanse na przetrwanie. Przez ok. 3 miesiące pozostają na pastwiskach, żyją jednak w ciągłym zagrożeniu ze względu na towarzystwo drapieżników, przede wszystkim dużych kotów.





To  lwy,


gepardy


i lamparty (ten na zdjęciu obserwuje okolicę z kiełbasianego drzewa).


Lwy bardzo lubią przesiadywać na kopjes, granitowych skałkach z których można obserwować okolicę. Na poniższym zdjęciu widać na najwyższej skale dwa lwy.


Jeden jednak leżał na plecach i nie zmienił swojej pozycji ani razu. "Lenistwo" lwów wynika m.in. z tego, że po posiłku trawią ponad 20 godzin i nie tracą energii na nic innego.


Wędrowcy zbliżając się do kopjes zachowują się z wielką rezerwą. Obserwowaliśmy to stado zebr, które dłuższy czas stało, zanim ruszyło koło kępy drzew i skał obawiając się czy nie wypadnie z ukrycia jakiś drapieżnik.


Wracając jednak do gnu...Małe gnu w tłumie zwierząt porozumiewa się z matką za pomocą głosu i są w stanie rozpoznać się wśród tysięcy innych. Drugim ważnym zmysłem jest dla nich zapach. Podobno po tygodniu od narodzin młode potrafi biegać z imponującą prędkością 50 km/h(w przeciwieństwie do dorosłego osobnika, który potrafi rozwinąć prędkość nawet do 80 km/h).
 

Gnu to typowi roślinożercy. Jedzą  trawy...a im więcej jedzą tym więcej trawy przyrasta. Mają jednak słaby wzrok i wraz z nimi w symbiozie wędrują zebry, które dużo lepiej widzą i są w stanie wypatrzeć zagrożenie.


Zebry nie są konkurencją dla gnu, gdyż jedzą niższe części tej samej  trawy. Gazele Thomsona jedzą trawy pozostawione przez obydwa gatunki.

 
Gnu jedzą przede wszystkim młode i miękkie pędy, stąd istnieje konieczność wędrówki. Gdyby jadły każdą trawę, to wędrówka nie byłaby tak wielką koniecznością. Przeciętne stado gnu spożywa dziennie ok. 6 tyś ton trawy, co podobno odpowiada 3 olimpijskim stadionom.


Na przełomie maja i kwietnia gnu zaczynają wędrować na zachód i północ. Pod koniec lipca trawy tam usychają i zwierzęta ruszają na równiny rzeki Mara. Na przełomie października i listopada z Kenii ruszają w stronę Tanzanii.


Podczas całej wędrówki  wynoszącej prawie 3000 km umiera ok. 250 tyś. tych zwierząt, a w sezonie rozrodczym pojawia się  ok. 400 tyś. młodych. Poszukiwanie młodych traw i wody są nieustannym bodźcem do wędrówki.

 
Zdobywając  informacje dotyczące wielkiej migracji gnu spotkaliśmy różne teorie dotyczące motywów wędrówki. Najczęściej przyjmuje się, że zwierzęta skłania do tego poszukiwanie wody i trawy. Są jednak i inne. Potwierdza to fakt, że gnu nie przebywają wcale na obszarach gdzie pada deszcz, ale wybierają te gdzie deszcz jest najmniejszy.


Podobno na zbyt mokrych terenach nabawiają się często chorób kopyt wywołanych grzybicą. Do tego zbyt bujne trawy takie jak na opuszczonych już przez stada obszarach Serengeti powodują, że nie widać w nich drapieżników. Tu widać jak trawy Serengeti są wysokie przy rozmiarach słonia.

 
Na obszarach gdzie trawa świeżo wyrosła, drapieżniki widać na dużą odległość. Jest jeszcze jeden powód. W niskich trawach  podobno jest ok. 30 g substancji odżywczych na 1 m kwadratowy.  Najwięcej jest w nich fosforu, który jest niezbędny zwierzętom w okresie ciąży i karmienia. Dzięki takim trawom matki nie muszą pozbywać się fosforu zgromadzonego w kościach.
 
 
Gnu są bardzo spokojne i dość płochliwe. Mieliśmy okazję oglądać je o każdej porze dnia. O poranku w lekko zamglonym, wilgotnym powietrzu wyglądały szczególnie ciekawie.


Na noc pozostawaliśmy na terenie Parku Ndutu i tam gnu żerowały obok naszego domu. W styczniu opady na południowym Serengeti są "chwilowe", ale to zapewnia wilgoć i rześkość zieleni.

 
Podobno jednym z obszarów dość niebezpiecznych dla tych zwierząt jest pokonanie sodowego  zbiornika Jeziora Ndutu. Mieszkaliśmy w jego pobliżu, ale nie widzieliśmy tam żadnych brodzących w tej parzącej wodzie zwierząt.

 
Mieliśmy za to możliwość oglądania mnóstwa różnych ptaków, szczególnie flamingów, dla których taka woda to naturalne środowisko do żerowania.
 
 
A na drzewach w okolicach Ndutu siedziało sporo marabutów.
 

Czujemy się szczęśliwi, mogąc oglądać ten niezwykły przyrodniczy spektakl. Tym bardziej, że podzielamy słowa Bernharda Grzimka, założyciela Narodowego Parku Serengeti : " za pięćdziesiąt lat nikogo nie będzie interesować wynik konferencji, które dzisiaj wypełniają nagłówki gazet. Ale jeśli w czerwonawym świetle poranka wychyli się zza krzewów groźnie porykujący lew, to nawet za pięćdziesiąt lat ludziom mocniej zabiją serca. I wszystko jedno, czy będą to bolszewicy, czy demokraci, czy mówią po angielsku, rosyjsku, niemiecku, czy w suahili. I będą stać oniemiali, ściskając sąsiada za rękę, gdy po raz pierwszy w życiu ujrzą stado dwudziestu tysięcy zebr ciągnących przez bezkresną sawannę".
 
 

 

środa, 18 grudnia 2013

Ciasteczkowy czas...

Czas przedświątecznych wypieków...to od zawsze..."ciasteczkowy" czas. Kiedyś wypiekanie ciasteczek było wręcz rodzinnym rytuałem. Miałam pewnego małego pomocnika, który zawsze dzielnie mi towarzyszył. Niestety już "wyfrunął z gniazda".  Dziś robię to sama, ale czerpię ogromną przyjemność z obdarowywania wypiekami bliskich i mam nadzieję, że M. sięgając po ciasteczka mile wspomina nasze kulinarne przedsięwzięcia ;)


 Muchomorki
 
 


 Składniki na ok. 70 szt.:
 
-250g przesianej mąki pszennej (krupczatki)
-150g masła bez dodatków oleju
-70g cukru pudru
-1,5 łyżki kwaśnej śmietany
-1 duże żółtko
 
do ozdobienia :
-ok. 150-170g kandyzowanych wiśni
-ok. 35 szt. migdałów zblanszowanych, obranych i rozpołowionych
-mleko skondensowane ( słodzone lub nie, wg uznania)
-biały lukier
 
Wszystkie składniki na ciasto szybko zagnieść, włożyć w folię i schłodzić przynajmniej 1 godz. w lodówce. W czasie gdy ciasto odpoczywa przygotować migdały i poprzekrawać wiśnie na połówki.
Ciasto rozwałkować na grubość ok. 3 mm. Zwykle robię to między kawałkami folii spożywczej, żeby nie podsypywać zbyt obficie mąką. Wykrawać karbowaną foremką o średnicy ok. 3,5 cm i układać na blasze wyłożonej pergaminem. Smarować ciasteczka mlekiem i układać na każdym połówkę migdała (jako ogonek grzyba), następnie nakładać połówkę wiśni. Piec w temperaturze 180 stopni ok. 10 min. Po ostudzeniu zrobić z lukru kropeczki.
 
 

Ciastka orzechowe M.

 


Składniki na ok. 50 szt. :
 
-200g mąki pszennej
-200g masła
-1 jajko
-100g zmielonych orzechów laskowych
-50g drobnego cukru
 
do ozdoby: mleczna czekolada i połówki obranych orzechów laskowych
 
Wyrobić szybko ciasto ze wszystkich składników (robię to w melakserze), zawinąć w folię i włożyć na godzinę do lodówki (można je zostawić również na noc). Następnie rozwałkować ciasto na posypanej mąką stolnicy na grubość ok. 1/3 cm i wycinać ciasteczka ( np. ząbkowaną foremką o średnicy 4-5 cm). Piec na wyłożonej pergaminem blasze ok. 10-12 min. w temp. 175 stopni. Po ostudzeniu ozdobić roztopioną w kąpieli wodnej mleczną czekoladą i położyć na wierzch połówkę laskowego orzecha .
Jeśli nie ma możliwości kupienia obranych orzechów, można je podpiec na blasze w piekarniku i potem pocierając w ściereczkę pozbyć się skórek. Opieczone dość łatwo schodzą.
 
 

maślane ŁOSIE
 

 

 

Składniki na ok. 25 szt.:

-125g miękkiego masła
- 90g drobnego cukru
-250g mąki pszennej krupczatki
-1 łyżeczka proszku do pieczenia
-1 łyżka cukru z wanilią
-1 małe jajko

 

Masło utrzeć z cukrem na puszystą, jasną masę. Dodać jajko i wymieszać. Suche składniki razem połączyć i dodać do maślanej masy. Wszystko razem starannie zagnieść i rozwałkować na grubość ok. 3 mm. Wycinać ciasteczka wykrawaczką i układać na blasze wyłożonej pergaminem. Piec w nagrzanym piekarniku do 200 stopni C przez 8-10 min. Ostudzone dowolnie udekorować lukrem.
 
 

Lukier zwykle robię mieszając białko jajka z cukrem pudrem w takiej ilości, żeby otrzymać krem o konsystencji gęstej śmietany. Cukier jeśli ma grudki przesiewam przed utarciem. Potem dzielę na porcje i barwię wg potrzeb.
 
***
 
Dziś kilka "mewich" zdjęć znad morza :)
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 


 

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...