środa, 15 stycznia 2014

Styczniowa rzeka i uczta mięsożerców

Kiedy na początku roku natknąłem się w jednym ze sklepów na brazylijską polędwicę wołową od razu pomyślałem o prostym, smacznym jedzeniu. Powróciło wspomnienie pobytu w mieście, które zauroczyło nas jakiś czas temu. Bez mrugnięcia okiem nabyłem drogą kupna prawie kilogramowy kawał doskonałego mięsa. Oto co wyszło z gotowania.
 
Z ogona zrobiłem rodzaj tradycyjnych brazylijskich szaszłyków:
 

CHURRASQUINHOS
 
 

 
Pokroiłem końcówkę polędwicy wołowej na dwucentymetrowe kawałki.

Podsmażyłem na oliwie dwie posiekane szalotki. Następnie wymieszałem je z sokiem z cytryny, oliwą, chilli, przyprawiając solą i pieprzem, po czym całość zmiksowałem. Zamarynowałem kawałki pokrojonej polędwicy w powyższej marynacie przez noc. Właściwie wystarczyłaby godzina lub dwie, ale zrobiłem to wieczorem, by mięso nabrało więcej aromatu. 

Nadziałem naprzemiennie polędwicę z kawałkami boczku na drewniany patyk wymoczony wcześniej w wodzie. 

Smażyłem szaszłyki na patelni grillowej przez kilka minut obracając je, by doszły ze wszystkich stron.

Podałem ze smażonymi ziemniaczkami i plasterkiem usmażonego boczku. Jeśli chcecie danie to potraktować jako przystawkę, zróbcie mniejszą porcję i zrezygnujcie z ziemniaków. Proste, pyszne i bardzo brazylijskie.
 

Została jeszcze najlepsza, środkowa część polędwicy, z której zwykle przyrządza się Chateaubriand. Postanowiłem ugotować:
 
 
STEK Z POLEDWICY WOŁOWEJ Z SOSEM Z PORTO 

 
 

 
To jeden z wielu sposobów podawania jej w Brazylii. Przed smażeniem polędwica musi osiągnąć temperaturę pokojową, więc jeśli wyjmujecie ją z lodówki, pozwólcie jej przez pół godziny odpocząć.

Gruby kawałek polędwicy smażymy z ząbkiem czosnku i rozmarynem na patelni ze wszystkich stron, zamykając pory mięsa. Czosnek i zioła wyjmujemy. Wystarczy bowiem, że aromatyzowały delikatnie nasz tłuszcz. Przyprawiamy solą morską i pieprzem. Tej grubości kawałek wymaga smażenia przez około 4 minuty z każdej strony, by być średnio wysmażonym, lekko różowym w samym środku. Wkładamy go jeszcze na kilka minut do piekarnika o temperaturze 180C.

W tym czasie przygotowujemy sos. Na rozgrzaną patelnię (z zachowanymi sokami po naszym mięsie) wrzucamy posiekaną szalotkę. Możemy też dodać gałązkę rozmarynu. Smażymy przez chwilę na średnim ogniu. Zwiększamy ogień, po czym deglasujemy patelnię porto. Dodajemy 50ml bulionu  i redukujemy. Kiedy sos zmniejszy objętość do około 1/3 przecedzamy go przez sito, odcedzając szalotkę i zioła. Ponownie wlewamy go na patelnię. Podgrzewamy i na koniec dodajemy łyżeczkę zimnego masła, cały czas mieszając do jego rozpuszczenia. Masło spowoduje, że sos się zagęści i będzie jedwabisty. Jeśli trzeba doprawiamy pieprzem. Uważajcie wcześniej na sól, aby zredukowany sos nie był zbyt słony.

Polędwicę wykładamy z piekarnika. Niech odpocznie kilka minut. Podajemy ze smażonymi ziemniaczkami i ulubionym warzywem. Ja wybrałem lekko podgotowane i usmażone na maśle plasterki marchewki z tymiankiem. Polędwicę polałem jedwabistym sosem z porto. Zaś winem dnia było Amarone della Valpolicella od Zenato fantastycznie dopełniające mocne smaki mięsa.

 
*****
 
Prosto z kuchni udajemy się w świat historii i teraźniejszości.

Był 1 stycznia roku 1502, kiedy portugalskie okręty wpłynęły na akwen, który wydawał się ujściem dużej rzeki. Amerigo Vespucci, a może Gaspar de Lemos, czy Gonzalo Coelho, być może oni wszyscy, nie wiedzieli, że była to oceaniczna zatoka. Cóż, nawet wielcy odkrywcy mają prawo się pomylić. Nazwali to miejsce Rzeką Styczniową, no bo jak inaczej mieli uhonorować miejsce, do którego przybyli w Nowy Rok. Nie chcieli dokonać kolonizacji i tym samym wejść w konflikt z Indianami Tamoio, zamieszkującymi tereny wzdłuż zatoki.


Zależało im raczej na zakładaniu faktorii handlowych w okolicy. Ponad pół wieku później zawitali tu hugenoccy uchodźcy. Zbudowali fort i zaprzyjaźnili się z indianami. Portugalczycy nie byli z tego faktu zadowoleni i kilkanaście lat później przepędzili francuskich osadników, budując jednocześnie miasto Sao Sebastiao de Rio de Janeiro. Jakiś czas później Święty Sebastian przestał patronować miastu, a w nazwie pozostała jedynie szczęśliwa styczniowa rzeka, czyli Rio de Janeiro.


Nie od dziś mówi się o nim - najpiękniejsze miasto świata. Patrząc na pocztówki opinia się potwierdza.


Przy osobistym z nim spotkaniu pocztówki bledną...


Rio to piękne miasto, cudne widoki, ale też swoisty klimat radości i szczęścia, który odczuwamy integrując się z miastem i jego mieszkańcami.
 


 
Rio zapamiętaliśmy przez  impresje, które do dziś żyją w naszych umysłach.

Obserwowaliśmy statuę Chrystusa Zbawiciela (Cristo Redendor) z basenu położonego na dachu hotelu.







Zbudowany na szczycie ponad siedemsetmetrowego Corcovado trzydziestometrowy pomnik Zbawiciela odwiedziliśmy jadąc najpierw taksówką przez tropikalną dżunglę Parku Narodowego Tijuca, a potem ... schodami ruchomymi na szczyt wzgórza. Widoki oszołamiały. Zwłaszcza, że byliśmy je w stanie podziwiać przed i po zachodzie słońca.


Jednakże nierozstrzygnięty zostaje konkurs na najlepszy pejzaż miasta. W końcu po drugiej stronie Rio nad okolicą góruje Pao de Acucar, Głowa Cukru, która oferuje najlepsze widoki na ... Corcovado, ale też okoliczne plaże, Baia de Guanabara ze skalistymi wyspami w tle i miejskie dzielnice. Tam również delektowaliśmy się popołudniowym i rozświetlonym wieczornym krajobrazem. Cała przyjemność to podziwianie Rio z różnych perspektyw o różnych porach dnia.

 
Ponad trzykilometrowe plaże Copacabana i Ipanema dzieli Park Garota.

 
Obie mają swoich zagorzałych zwolenników. My, kilkudniowi turyści, upodobaliśmy sobie Ipanemę, jako miejsce bardziej urokliwe widokowo.




Obie bezwzględnie są idealnymi miejscami, by obserwować lokalnych mieszkańców, Carioca, uprawiających jogging, jeżdżących na rowerach, grających w piłkę nożną, czy siatkówkę na plaży. Kiedy ogląda się ich zaciętą rywalizację na piasku nie dziwi fakt, że Brazylijczycy dominują w obu dyscyplinach. Rzadko kto doświadcza kąpieli w oceanie, bo zdradliwe fale są w stanie porachować kości, przeczołgać człowieka po dnie lub wręcz zabrać nieszczęśnika w otchłań morskiej kipieli. Nam trudno było zrezygnować z tej atrakcji i z całym szacunkiem dla siły natury zanurzaliśmy się w wodnej pianie, traktując kąpiel bardziej w kategoriach masażu ciała. Ci, którym znudził się sport odpoczywali w niezliczonych barach "pożywiając" się caipirinhą, cachacą, czy szklanką piwa lub fantastycznymi sokami z owoców tropikalnych. Te ostatnie stały się dla nas kulinarnym odkryciem Brazylii. Ich różnorodność zachwyca i daje możliwość odkrywania co raz to nowych smaków. Trzeba pamiętać, że wiele owoców pochodzi prosto z Amazonii i tym bardziej jest dla nas nieznaną, egzotyczną atrakcją.


Plaże Rio to fenomen kulturowy i jednocześnie ... wentyl bezpieczeństwa. Demokratyczny dostęp biedoty z okolicznych faweli i bogatych mieszkańców powoduje rozładowanie emocji wokół społecznego rozwarstwienia. Wszyscy bowiem mają jednakową możliwość korzystania z nich i czerpania radości z wody i słońca. Bo Copacabanę i dzielnicę faweli dzieli dziesięciominutowy spacer.



Rzadko zdarza się, żeby w dużym mieście z plaży nad jezioro było kilkaset metrów. W Rio z Ipanemy nad Lagoa Rodrigo de Freitas można przejść w kilka minut. Nad ogromnym akwenem w środku miasta spotykamy truchtających mieszkańców i rowerzystów, którzy trenują na ponad siedmiokilometrowej ścieżce okalającej jezioro. Wzorem plaż są też zwolennicy piwa czy Caipirinhi. Załóżmy, że są to esteci podziwiający uroki jeziora lub ornitolodzy obserwujący ptasie bogactwo. Są też ci, którzy okolicę podziwiają z łódek, które można wypożyczyć na każdym kroku.
 

Ale Rio to nie tylko plaże i góry. Ze śródmieścia wyrusza bondinho, czyli tramwaj z otwartymi po bokach wagonami. Jedzie do Santa Teresa, która jest nie od dziś uważana za mekkę wrażliwych na piękno artystów oraz bogaczy. Tych, którzy blisko centrum, w spokojnej okolicy ulokowali swoje rezydencje. Najbardziej niesamowitym odcinkiem jest przejazd akweduktem Carioca zwanym też Arco da Lapa. Dawniej transportował wodę z gór do centrum miasta, a pod koniec XIX wieku został przebudowany na wiadukt, po którym zaczęły kursować tramwaje.
 
 
Dzielnica Santa Teresa jest oazą spokoju. Pod koniec XVIII wieku, kiedy wybuchła epidemia żółtej febry uciekało tu wielu mieszkańców miasta, by schronić się przed chorobą. Miejsce to gwarantowało izolację oraz ciut chłodniejszy klimat. Dziewiętnasty wiek przyniósł modę na mieszkanie w tej okolicy. Dziś Santa Teresa spogląda z góry na centralne Rio, dzięki czemu gwarantuje spokój, oszałamiające widoki, ale też relatywną bliskość centrum miasta.
 






Podobnie spokój jest atutem ogrodów botanicznych położonych u stóp góry Corcovado. Założone przez portugalskiego króla Johna VI, prezentują na 54 hektarach około 6500 gatunków roślin, w tym wiele zagrożonych. Dla nas jest to jeden z trzech najpiękniejszych ogrodów na świecie.

Rio de Janeiro jest miastem ogromnym, ale nie przytłacza swym rozmiarem, mimo dziesięciu milionów ludzi przemieszczających się dzień w dzień jego ulicami.


Rankiem obserwowaliśmy wychodzących z metra ludzi ustawiających się w kolejce na przystanku autobusowym. Byliśmy zaskoczeni, że ten temperamentny naród jest w stanie funkcjonować w sposób tak zorganizowany. Mimo, że sporo mówi się o zagrożeniach związanych z bezpieczeństwem, nasze doświadczenia wskazywały na gościnność i opiekuńczość mieszkańców, którzy na każdym kroku starali się pomagać nam znaleźć szukane przez nas miejsce.

 



Tak było choćby w przypadku naszej wizyty na Maracanie, gdzie ludzie "przekazywali" sobie nas w autobusie, metrze, wreszcie idąc pieszo ulicami przedmieścia, byśmy bezpiecznie dotarli do słynnego stadionu. W końcu odwiedziliśmy miejsce, które w tym roku będzie główną areną Mistrzostw Świata. Bez wątpienia mając w głowie obrazy miasta i wspomnienie jego mieszkańców będziemy sercem kibicować drużynie Brazylii.

sobota, 11 stycznia 2014

O chlebie i naturze...

Do "styczniowej piekarni" zaprosiła nas Amber z blogu "Kuchennymi drzwiami". Tym razem jest to propozycja chleba z  Kuchni Gucia.
 

Żytni chleb razowy
 



Składniki na jeden bochenek o wadze ok. 1 kg :
 
-zaczyn(375 g ciasta zakwaszonego po 3 fazie z mąki żytniej razowej*)
-450g mąki żytniej razowej
-15 g soli
-330 ml bardzo ciepłej wody (ok. 40*C)

W wodzie, dokładnie, rozpuścić sól. Dodać zaczyn i bardzo dobrze wymieszać (ok 5 min).
Do przygotowanej masy dodać mąkę, szybko i krótko wyrobić – do uzyskania jednorodnej konsystencji. Zostawić do fermentacji na ok. 2 godziny w temp. 30*C. Ciasto nieznacznie  urośnie i pojawią się pęcherzyki powietrza. Przełożyć do foremki wysmarowanej olejem (można wysypać mąką razową lub płatkami). Ciasto posmarować olejem  i przykryć szczelnie folią, pozostawić do wyrośnięcia w temp. 30*C na 35-50 min.
Piekarnik nagrzać do 260*C .Pieczemy 10-15 min w 260*C a następnie dopiekamy 40 – 45 min. W 200*C.
Natychmiast po wyjęciu z pieca posmarować/spryskać wodą. Jak każdy chleb żytni wymaga cierpliwości – można próbować następnego dnia .
 
Metodę trójfazową zakwaszania ciasta znajdziecie na blogu Małgorzaty Zielińskiej Chleb-moja domowa piekarnia
 
 
Moje uwagi po upieczeniu tego chleba :
 
-trzeci etap zakwaszania nie trwał u mnie tak szybko, potrzebował więcej czasu, podobnie było z wyrastaniem chleba,
-piekłam w niższej temperaturze (odpowiednio do podanych wartości-początek 240- dopiekanie 210 stopni),
-bochenek miał dość zwarty miąższ i wyrazisty smak, udał się, dobrze  się kroił.
 
DZIĘKUJĘ WSZYSTKIM UCZESNIKOM STYCZNIOWEJ PIEKARNI ZA WSPÓLNE EMOCJE PIECZENIA CHLEBA I NOWE DOŚWIADCZENIE PIEKARSKIE, A W SZCZEGÓLNOŚCI AMBER I GUCIOWI :)

Piekliśmy chleb w takim oto Towarzystwie :)

Aciri  http://bajkorada.blogspot.com/2014/01/zytni-chleb-radzieckiego-zonierza.html
Ania http://jswm.blogspot.com/2014/01/zytni-chleb-radzieckiego-zonierza.html
Alucha Alucha http://nieladmalutki.blogspot.com/2014/01/zytni-chleb-radzieckiego-zonierza.html
Amber http://www.kuchennymidrzwiami.pl/prosty-zytni-chleb-radzieckiego-zolnierza-styczniowy/
Anna http://ankawell.blogspot.com/2014/01/chleb-radzieckiego-zonierza.html
Arnika http://arnikowakuchnia.blogspot.com/2014/01/zytni-chleb-radzieckiego-zonierza.html
Basia http://mozaikazycia.blogspot.com/2014/01/zytni-chleb-zonierza-radzieckiego.html
Bea http://www.beawkuchni.com/2014/01/zytni-chleb-radzieckiego-zolnierza-czyli-styczniowe-wspolne-pieczenie.html
Bożena http://mojekucharzenie-bozena-1968.blogspot.com/2014/01/chleb-radzieckiego-zonierza-styczniowa.html
Bożenka http://www.smakowekubki.com/2014/01/prosty-zytni-chleb-radzieckiego-zonierza.html
Danusia http://prl-kuchniadanusi.blogspot.com/2014/01/chleb-radzieckiego-zonierza.html
Dosia http://dosismakolyki.blogspot.com/2014/01/zytni-chleb-radzieckiego-zonierza.html
Gatita http://kulinarneprzygodygatity.blogspot.com/2014/01/zytni-chleb-radzieckiego-zonierza-czyli.html
Gosia http://kochamgary.blogspot.com/2014/01/styczniowa-piekarnia-chleb-radzieckiego.html
Gucio http://kuchniagucia.blogspot.com/2014/01/styczniowa-piekarnia-zytni-chleb.html
Iga http://japoziomka.blogspot.com/2014/01/na-dobry-poczatek-roku.html
Jola http://smakmojegodomu.blox.pl/html
Kamila http://ogrodybabilonu.blogspot.com/2014/01/zytni-chleb-radzieckiego-zonierza.html
Karolina http://stokolorowkuchni.blox.pl/2014/01/Zytni-chleb-radzieckiego-zolnierza.html
Krecia http://bybyloprzyjemniej.blogspot.com/2014/01/zytni-chleb-radzieckiego-zonierza.html
Łucja http://fabrykakulinarnychinspiracji.blogspot.com/2014/01/zytni-chleb-radzieckiego-zonierza.html
Magda http://konwaliewkuchni.blogspot.com/2014/01/styczniowa-piekarnia-i-zytni-chleb.html
Małgosia i Piotr http://akacjowyblog.blogspot.com/2014/01/o-chlebie-i-naturze.html
Margot http://kuchniaalicji.blogspot.com/2014/01/zytni-chleb-radzieckiego-zonierza.html
Marzena zaciszekuchenne.blogspot.com/2014/01/zytni-chleb-radzieckiego-zonierza.html
Mysia http://www.pieczarkamysia.pl/zytni-chleb-radzieckiego-zolnierza/
Olimpia http://www.pomyslowepieczenie.blogspot.com/2014/01/zytni-chleb-radzieckiego-zonierza.html
 
 
*****
 
A skoro już zajrzeliście do akacjowego bloga, to zapraszam na kolejną wędrówkę.
Zima w pełni...choć nie bajkowo-biała. Krótkie dni, mało słońca i skąpa gama kolorów spowodowały, że na przekór aurze zapraszam Was na równik, gdzie pór roku nie ma. Miejsce, które odwiedzamy zaznaczone jest na  mapie.
 

zdjęcie ze strony klik
 
Singapur podziwiam pod wieloma względami. Ta wyspa-miasto-państwo-jedno z najbogatszych na świecie zapewnia swoim mieszkańcom możliwość życia na wysokim poziomie. Jest bardzo nowoczesny, ale można tam znaleźć sporo tradycyjnych zakątków. Cztery języki urzędowe- mandaryński, tamilski, angielski i malajski wskazują jak  jest to państwo ciekawe pod względem narodowościowym , kulturowym... i kulinarnym w szczególności ;) ale dziś nie o tym...
Zapraszam do Ogrodu Botanicznego w Singapurze, żeby nacieszyć oczy tym czego u nas właśnie brakuje. Pragnę również oświadczyć ;) że odwiedzamy ogrody botaniczne wszędzie gdzie jesteśmy. Dla nas to niezwykle przyjemne i edukacyjne doświadczenie, którym jeszcze nie raz będziemy dzielić się na blogu.
 
 
Obszar ogrodu to 63 hektary otwarte codziennie z wyjątkiem poniedziałków  od 5 rano do 7.30 wieczorem. Wstęp jest bezpłatny, ale jeśli chcemy odwiedzić Ogród Orchidei to musimy wykupić bilet. W rzeczywistości ogród składa się z kilku części- są tu palmowe aleje, Ogród Imbirowy, las deszczowy, Ogród Ewolucji i wiele mniejszych ale bardzo ciekawych miejsc.
 
 
Pokazana wyżej brama -TANGLIN GATE- została wykonana przez singapurskich rzemieślników i jest inspirowana tropikalnym pnączem bauhinia kockiana, które (zdjęcie ze strony klik), jest bardzo charakterystyczne dla tego klimatu. Brama jest jednym z wielu wejść. Sam ogród jest wspaniałą oazą spokoju, mimo że jest położony kilka minut drogi od jednej z głównych ulic miasta Orchard Road i otoczony ruchliwymi arteriami. W środku zapominamy, że jesteśmy w wielkiej azjatyckiej metropolii.
 
 
 
Mieszkańcy Singapuru przychodzą tu, żeby odpoczywać, piknikować czy posłuchać na żywo muzyki.
 
 
My przeszliśmy po ogrodzie wiele kilometrów i nie  był to tylko relaks. Alejki są tu dobrze oznakowane, a roślinność w tym gorącym i wilgotnym klimacie kwitnie i rośnie imponująco.
 

Nie sposób pokazać całego ogrodu. Wybór jest zatem czysto subiektywny i skupię się na kilku miejscach oraz moim zdaniem ciekawych roślinach.

 
Oto TEMBUSU. Drzewo, które rosło tu najprawdopodobniej zanim powstał Ogród Botaniczny w 1859r. Jest to drzewo naturalnie rosnące w tej strefie geograficznej o twardym drewnie, atrakcyjnych i przyciągających ćmy kwiatach i małych, przypominających pomarańczowe jagody owocach. Dokładnie to drzewo zostało umieszczone na singapurskim banknocie o nominale 5 $ ( zdjęcie ze strony klik). Dolny, odstający konar podparty jest (jak widać na zdjęciu) przed złamaniem. Widać tu również druty - to piorunochron, gdyż burze zdarzają się tu często i mogłyby uderzeniem pioruna zniszczyć to dobro narodowe.
 




Powyżej DRZEWO KAPOKOWE zwane w języku polskim puchowcem. Wytwarza nasiona, które otaczane są puchowym włóknem z ligniny i celulozy. Nazywa się je kapokiem  i cechuje się wielką odpornością na wodę. Stosowano je dawniej do wypełniania poduszek i materacy. Z czasem zastosowano je również do kamizelek ratunkowych w żegludze, stąd dziś nazwa tych kamizelek-kapok. Dziś wypierany jest przez różne sztuczne włókna.
 
 
 
Jeszcze jedno drzewo, którym zachwycam się od wielu lat. To CZERPNIA GUJAŃSKA  zwana w języku angielskim CANNONBALL  TREE czyli kula armatnia (widać owoce-kule na zdjęciu u góry).  Ma niezwykle piękne kwiaty, jednak sadzona w Azji rzadko kwitnie i owocuje, bo brakuje nietoperzy, które je zapylają w ich naturalnym środowisku czyli w Ameryce Południowej.


Trafiamy również do ogrodów FRANGIPANI. To drzewo zwane jest także PLUMERIĄ na cześć francuskiego botanika Charlesa Plumiera. Można też spotkać się z nazwą KWIAT LEI, gdyż na wyspach Pacyfiku takich jak Fidżi, Tonga, Hawaje, Tahiti czy Wyspy Cooka kwiaty drzewa wykorzystuje się do robienia naszyjników zwanych właśnie LEI.


Nauczono nas, na botanicznej wycieczce w Malezji, że nie należy ich zbyt mocno wąchać, gdyż w kielichach żyją mikroskopijne  owady, które po dostaniu się wraz z powietrzem do płuc mogą je uszkadzać. Plumerie mają kwiaty o bardzo różnych odcieniach - od bieli przez żółcie, pomarańcze aż do purpury.


Zaglądamy też do ogrodu bonsai. Powszechnie kojarzone jest z Japonią, ale sztuka miniaturyzowania drzew wywodzi się w rzeczywistości z Chin.


Pokażę Wam jedynie kwiat ADENIUM OBESUM zwanej MINI BAOBABEM, RÓŻĄ PUSTYNI albo IMPALA LILY. Ta roślina uważana jest za najłatwiej formowalne bonsai świata. Jeśli więc chcecie zająć się uprawą bonsai, może warto zacząć właśnie od niej ;) Należy jednak uważać, bo w łodygach i korzeniach ma trujący sok, który w Afryce, gdzie rośnie naturalnie, wykorzystywany był do zatruwania strzał podczas polowań na zwierzęta.


Ogromną część Ogrodu Botanicznego zajmuje GINGER GARDEN. Imbirowate rosną dziko głównie w Azji, a mniej licznie w Australii i Ameryce Południowej.


To rodzina licząca ponad 1500 gatunków roślin, których cechą wspólną jest zazwyczaj posiadanie olejków eterycznych, chętnie wykorzystywanych przez ludzi do produkcji leków i przypraw.


 
Należą do nich oprócz  różnych odmian imbiru
 
  







ku mojemu zaskoczeniu ;) również bananowce (tu na zdjęciu największy zbiór owoców bananowca jaki w życiu widziałam ;)
 

strelicjowate


oraz helikoniowate,
 
 
których cechą szczególną są niepozorne kwiaty ukryte w bardzo kolorowych i ozdobnych liściach przykwiatowych.
 

Po wyjściu z Ogrodu Imbirowego rozdzieliliśmy się. Piotr poszedł oglądać las deszczowy, a ja udałam się do prawdziwego raju ;D   Sami osądźcie...kto lepiej zrobił ;D
 
 
Ogród Orchidei to miejsce gdzie mogłabym zamieszkać...
 

Narodowa kolekcja storczyków jest imponująca i tu z pewnością można uwierzyć, że storczyki są jedną z dwóch największych rodzin roślin kwiatowych na Ziemi.


Obecnie jest  ponad 26 000 znanych  gatunków storczyków.

 
Orchidarium singapurskie posiada ponad tysiąc czystych gatunków oraz ponad dwa tysiące odmian hybrydowych (czyli sztucznych krzyżówek różnych gatunków).
 

 Orchidee rosną tu na drzewach...


na rabatach
 
 

oraz rozpięte na metalowych konstrukcjach.


Różnorodność i urok tych kwiatów jest  tak wielki, że nie wymaga to żadnego komentarza.
 











Niektóre hybrydy uzyskane w orchidarium noszą nazwy znanych osób. Ja sfotografowałam i chciałam Wam pokazać  spathoglottis Jane Goodall. To orchidea nazwana na znanej brytyjskiej badaczki nad szympansami.
 
 
Oczywiście Piotr nie nudził się w lesie deszczowym, ale w tych ciemnościach jakie tam panują nie da się normalnie robić zdjęć, więc pokazuję  tylko jedno  z FICUSEM VARIEGATA
 

To drzewo wydaje kwiaty zapylane tylko przez jeden rodzaj os- ceratosolen - i swoimi owocami karmi ponad 40 gatunków zwierząt- małp, torbaczy, nietoperzy i ptaków.
 
 
Gdy w ciągu dnia robi się bardzo gorąco, można udać się do wodospadu lub nad Eco Lake z pływającymi na jego powierzchni wiktoriami.
 
 
Ta wodna roślina doskonale unosi się na powierzchni nie tylko ze względu na konstrukcję. Liść wytwarza również gaz, który zbiera się pod spodem i ułatwia mu pływanie. Kwiat tej rośliny rozwija się po południu i zamyka nad ranem. Silny zapach i ciepło w jego wnętrzu, wyższe o kilka stopni od otoczenia, przyciąga chrząszcze. Zwabione zostają zamknięte nad ranem i wypuszczane są po południu, odpowiednio ubrudzone pyłkiem ;)
 

Zmierzając do Ogrodu Ewolucji natknęliśmy się na miły polski akcent (zresztą nie jedyny w Singapurze). Rzeźba przedstawia Fryderyka Chopina i George Sand. Jest ona darem polskiego rządu dla mieszkańców Singapuru i można ją znaleźć w sąsiedztwie amfiteatru.
 
 
W Evolution Garden jesteśmy prowadzeni ścieżką pokazującą  w czasie rozwój życia roślin na Ziemi. To wspaniałe miejsce, w którym w jasny i obrazowy sposób pokazano historię rozwoju naszej flory. Tablice zawierają podstawowe informacje niezbędne  do zrozumienia tematu.
 

Skamieniałe drzewa będące przedmiotem badań historii Ziemi. Pogrzebane w gruncie i nasiąknięte minerałami stają się twarde jak kamień.
 
 
Lepidendrony wykonane sztucznie. To wymarłe, pochodzące z karbonu drzewiaste widłaki dorastające do 30m wysokości i 2m szerokości u podstawy. Te zielone byliny w środku były puste i wbrew pozorom nie zwierały zbyt dużo materiału "drzewnego".
 

Poruszając się ścieżką mogliśmy również zapoznać się ze zmianami geologicznymi oraz odciskami nieistniejących już zwierząt.
 
 
Wzdłuż alejki rosną sagowce. Obecnie rosnące są bardzo podobne do tych z ery jurajskiej, stanowiących  źródło diety  roślinożernych dinozaurów. Niektóre, współczesne sagowce są jak te prehistoryczne źródłem skrobi (tzw. sago).
 
 
Warto pamiętać, że Ogród Botaniczny to wspaniałe miejsce do obserwacji  np. owadów i  ptaków.
 
 
Majna napuszona na gałęzi.
 
 
Motyl- cercyonis pegala
 
 
Troides amphyrysus ruficollis
 
 
skradający się po liściach PATYCZAK.
 
Szczęście mi dopisało, bo udało mi się zrobić jeszcze takie zdjęcie ;)
 
 
 
Zapraszamy również do obejrzenia wcześniejszego wpisu o Singapurze :

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...