środa, 31 grudnia 2014

Szampański deser na Sylwestra i Nowy Rok. Odwiedzamy Szampanię.

Oboje nie gustujemy w zorganizowanych zabawach Sylwestrowych. Czemu mamy wyrażać radość akurat tego dnia? Bo kończy się kolejny udany dla nas rok? Może kolejny będzie lepszy? Ale poprzedni był fajny, więc o co kruszyć kopie.

Mamy więc w ten dzień własne rytuały, ale niech pozostaną naszą tajemnicą. Nie ma w nich innej radości niż ta codzienna, okraszona pewnymi niespodziankami. Dobrym jedzeniem. Dobrą muzyką. I życzeniami, by kolejny czas był równie wspaniały.

Nie możemy jednak zrozumieć jednego. Skąd wziął się zwyczaj straszenia zwierząt przez bezsensowne strzelanie i hałasy, wspierane do tego przez władze miast. Tradycja, mówią zwolennicy... . Ech, wystrzelił bym petardę pod łóżkami śpiących włodarzy miast, lekką ręka wydających pieniądze ku zadowoleniu gawiedzi.

Zwykle dzieląc się wiedzą o gotowaniu, potrawach, składnikach i kontekście z nimi związanym mamy pojęcie o czym piszemy. Staramy się zgłębić temat. Interesuje nas to i fascynuje. Dziś, choć do tematu przygotowaliśmy się skrupulatnie, będzie inaczej. Powiemy o szampanie, o którym obiektywnie wiemy niewiele. Będzie troszkę z przymrużeniem oka…

Nie jestem entuzjastą tego trunku. To znaczy chyba i byłbym, gdyby nie zaporowa cena, która powoduje, że koszty jego regularnej konsumpcji odpowiadają niejednemu budżetowi wydawanemu na żywność i napoje. Plus rachunki za mieszkanie. No i starczyłoby jeszcze na wizytę w restauracji. W głębi serca i kubków smakowych preferuję po prostu wino. Niemusujące.
Szampana pijam więc od święta, definiując je jako coś, co wypada mniej więcej raz na rok. Zwykle jako gość przy okazji firmowej kolacji lub gdy w chwilach szaleństwa użyję karty kredytowej zamiast rozumu. Albo, gdy korzystam z linii lotniczej, która zechce uczcić jakieś święto.  Czy może tak, jak ostatnio we Francji.
Niedawno wróciłem z Fointenbleau, dokąd wysłała mnie korporacja. Z niekłamaną przyjemnością wysączyłem szampana, bo jakże nie miałbym przyłączyć się do radości świętowania z innymi w La Table Saint Just. Gościłem w prowincjonalnej restauracji z gwiazdką Michelin przy okazji ukończenia intensywnego programu. Nabyłem też „swoją” butelkę w miasteczku, wspominając przy okazji tegoroczne wakacje. Z Żoną, nie z korporacją.
Kolejna dygresja. Ktoś powiedział: „zawsze używam wina podczas gotowania. Czasem nawet dodaję je do potraw”. Też tak mam. Choć nie w takim stopniu jak śp. Keith Floyd, jeden z moich ulubionych szefów kuchni, który nie zaczynał gotować bez dwóch butelek wina. Jednej dla potrawy, drugiej dla siebie.  Dodam, że i z tej dla potrawy potrafił troszkę uszczknąć.
Szukałem jakiś czas inspiracji dla dzisiejszego dania. Miało być noworocznie, szampańsko, smacznie i przyjemnie. W końcu znalazłem godny dnia deser. Mój szampan przetrwał proces gotowania i zamiast wzorem Keith'a zniknąć w czeluściach mego żołądka uszlachetnił potrawę, w finale zaś znajdzie swoje zasłużone miejsce na stole podczas wieńczącego rok posiłku. Starczy też na godne przywitanie Nowego Roku 2015.
Matt Moran, wybitny, australijski szef kuchni znany jest z konwencjonalnych przepisów bazujących na niekonwencjonalnych składnikach. Lubię go, bo jest bardzo kontaktowy i chętnie dzieli się wiedzą. Jego flagowa restauracja, Aria w Sydney, z dumą spogląda na wody zatoki i gmach Opery. Wyjątkowa lokalizacja, wyjątkowe jedzenie. Nigdy w Australii nie byłem, choć pcha mnie w tamte strony. To jednak wymaga dłuższego pobytu. A na brak czasu wpływ ma korporacja, nie Żona.
Na razie więc pozbawiony możliwości wizyty w odległym zakątku skorzystam z przepisu Matta, przygotowując dzisiejszy szampański deser. Dla tej, która desery uwielbia. Czyli Żony.
A marzenia o podróży do Australii pozostawię na czas, kiedy się z nią rozstanę. Znaczy z korporacją.
 

CIASTKO SAVARIN W SYROPIE SZAMPAŃSKIM
Z DUSZONYMI  OWOCAMI ORAZ SZAMPAŃSKIE LODY



 
Składniki na 3 porcje:

Na lody:
120ml szampana
3 żółtka
50g cukru pudru
120ml mleka
50ml śmietany kremówki

Na Savarin:
20ml mleka
łyżeczka miodu
2g (niecała łyżeczka) drożdży instant
2 jajka
100g mąki
szczypta soli
35g masła, pokrojonego w kostkę

Na duszone owoce:
150ml szampana
65g cukru
70ml wody
mała gruszka, pokrojona w kostkę
mandarynka, obrana i podzielona na segmenty bez skórki
nasiona z 1/4 granatu

Na syrop szampański:
100ml szampana
80ml wody
45g cukru
1/4 laski wanilii

Do dekoracji:
bardzo drobne listki bazylii

Jeśli nie macie w lodówce szampana, a macie ochotę na ten deser, użyjcie dobrego wina musującego. Deser będzie pewnie równie smaczny.

Wykonanie:

Lody:
1. Szampana zagotować w garnku i podpalić, by pozbyć się alkoholu. Odstawić.
2. Żółtka rozetrzeć z cukrem pudrem. Dodać mleko.
3. Dodać szampana i gotować na bardzo małym ogniu cały czas mieszając (technika jak przy przygotowaniu custarda). W ciągu 10 minut mieszanina lekko się zagęści.
4. Garnek włożyć do zimnej wody, by schłodzić mieszaninę. Dolać śmietankę. Wymieszać dokładnie. Wstawić do lodówki. Mocno schłodzić.
5. Wlać płyn do misy maszyny do lodów i ukręcić lody. Jeśli nie macie maszyny do lodów włóżcie miskę z płynem do zamrażarki i co 10-15 minut mieszajcie zawartość, aż do zamrożenia. Z powyższej ilości otrzymamy 300ml lodów.

Savarin:
1. Rozetrzeć mleko, miód i drożdże na pastę. Wmieszać lekko roztrzepane jajka.
2. Natłuścić foremki masłem i obsypać lekko mąką. Nadmiar mąki stracić z foremek.
3. Mąkę ze szczyptą soli wymieszać mikserem z wcześniej przygotowaną pastą z jajkami. Zajmie to kilka minut.  Włożyć masę do misy. Położyć na nią kostki masła, przykryć folią i odstawić na 40 minut w ciepłe miejsce. Po tym czasie ciasto powinno zwiększyć swą objętość dwukrotnie, a masło lekko rozpuścić się.
4. Wmieszać masło w ciasto, tak by całość stanowiła jedną masę. Masę przełożyć do foremek (np. takich jak do muffinek, ale klasyka nakazuje, by były to foremki z dziurką w środku).
5. Nagrzać piekarnik do 180 stopni C. Piec 20-25 minut, aż ciastka staną się złoto-brązowe.

Duszone owoce:
1. Przygotować syrop. Gotować na średnim ogniu, aż cukier całkowicie się rozpuści. Zredukować do konsystencji średnio gęstego syropu.
2. Dodać do syropu najpierw gruszkę (najtwardszy składnik). Gotować na małym ogniu dwie minuty. Dodać nasiona granatu i segmenty mandarynki. Gotować kolejne dwie minuty. Odstawić.

Syrop szampański i nasączenie ciastek savarin:
1. Płynne składniki zagotować w rondlu z rozciętą laską wanilii do rozpuszczenia cukru.
2. Savarin po wyjęciu z foremek zanurzać całkowicie w syropie, obracając, by syrop wsiąknął w ciasteczka. Ciasteczka zwiększą swoją objętość.

Złożenie deseru:
Położyć ciastko savarin na talerzu. Dookoła obłożyć duszonymi owocami. Na ciastku ułożyć gałkę szampańskich lodów. Udekorować bardzo drobnymi listkami bazylii.

Voila. Gotowe do podania.


Możemy więc, delektując się deserem, z czystym sumieniem udać się do Szampanii.
 
 
To najdalej na północ wysunięty region winiarski Francji. Istotna w dojrzewaniu szampana wysoka kwasowość gwarantowana jest przez relatywnie niską temperaturę i długi okres dojrzewania. Rośnie tam kilka odmian winorośli, m.in. pinot noir, chardonnay, meunier.
 

Powyższe reprezentują 99,5% upraw. Pinot noir dają wino o silnym charakterze, rozpoznawalnym przez bogate aromaty czerwonych owoców. Chardonnay zaś charakteryzuje świeżość i delikatne aromaty kwiatowe. Meunier odpowiada za miękką, owocową paletę, a przy tym doskonale nadaje się do kupażowania, bo szybko "rozwijają" smaki wina.
 

Na finalny efekt wpływ ma lokalizacja upraw, rodzaj gleby, pogoda. Uprawy położone są na wysokości 90-300 metrów n.p.m., a klimat w regionie jest miksem oceanicznego (choć ten jest odległy) i kontynentalnego. Gleby są tu bardzo różne. Znajdziecie piaszczyste, wapienne, kredowe i gliniasto-kredowe, opierające się nadmiarowi wilgoci i gorącu słońca. Idealne dla przyszłego szampana.

 
 
By dowiedzieć się więcej o procesie produkcji udaliśmy się do położonego nad rzeką Le Marne, uważanego za stolicę szampana, Epernay. Urocze, 25-tysięczne miasteczko okalają wzgórza pokryte winnicami.



Wzdłuż Avenue de Champagne rozlokowane są siedziby najznakomitszych producentów szampanów: Moet et Chandon, Mercier, De Castellane, Pol Roger, Perrier Jouet... 

 
Ich renesansowe osiemnasto i dziewiętnastowieczne rezydencje aż biją po oczach przepychem. Mieszkańcy twierdzą, że to najbogatsza aleja na świecie. Ze względu na to co nad, ale też pod ziemią.
 

 
 
  

Pod nimi snuje się bowiem ponad 100 kilometrów wykutych w kredowych glebach tuneli, kryjących miliony butelek dojrzewającego szampana.
 
 
Mieliśmy okazję posłuchać ciekawych opowieści podczas wizyty w wytwórni De Castellane.
 

Szampan produkowany jest metodą tradycyjną. Ten proces, choć opracowany w Szampanii, stosowany jest również w innych krajach. Oczywiście, tylko tutejsze wino może cieszyć się nazwą "szampan", ale powiedzmy szczerze, wiele wyjątkowych win musujących produkowanych tą metodą jest lepszych niż przeciętny trunek z Szampanii. Przyjrzyjmy się bardziej szczegółowo procesowi produkcji.
 
Po pierwsze - winogrona. Zbiera się je zwykle ręcznie, rzadziej mechanicznie. Zbiór następuje wcześniej niż tych do produkcji wina, gdyż kwasowość jest czynnikiem wielce pożądanym przy produkcji szampana.
 
 
Następuje tłoczenie. Musi być delikatne, by uniknąć smaków cierpkich i garbników. Zwykle z gron wytłacza się mniej soku niż do wina.
 

Kolejnym procesem jest pierwsza fermentacja. Za tą odpowiada dwutygodniowy spoczynek przyszłego trunku w stalowych kadziach. Sok, czyli moszcz, przechowywany jest w stabilnej temperaturze 18-20 stopni C. Aktywują się wówczas naturalne drożdże, przekształcając cukry w alkohol. Sok z różnych szczepów i winnic fermentuje osobno.
 

W procesie klaryfikacji, wina pozbawia się drożdży i stałych części, które mogą mieć wpływ na przyszły smak. Teraz następuje proces kupażowania, czyli mieszania win różnych szczepów i roczników w celu uzyskania efektu powtarzalnego smaku i jakości danego szampana. Wino jest butelkowane, dodawany jest cukier i drożdże, a całość zamyka się kapslem.
 
 
Następuje wtórna fermentacja, tym razem w butelce. Cukier zmienia się w alkohol i powstają charakterystyczne bąbelki. Stąd metoda nazywana jest tradycyjną, bo nie jest dodawany dwutlenek węgla, jak w przypadku standardowych win musujących.

Teraz zaczyna się tajemny proces dojrzewania. Trwa minimum 15 miesięcy. W przypadku szampanów rocznikowych jest to co najmniej trzy lata. Podczas dojrzewania dochodzi do procesu samotrawienia, w którym martwe komórki drożdży reagują z winem tworząc pożądane nuty wonno-smakowe.
 

Kolejnym procesem jest usuwanie osadu. Butelka przechowywana szyjką do dołu, sprawia, że osad spływa ku szyjce właśnie. Przekręcana jest ręcznie lub przez specjalną maszynę. Codziennie przez kolejne sześć do ośmiu tygodni. To remuage, czyli oczyszczanie. Przez lata wymyślano różne urządzenia, pomagające w realizacji tego procesu. Bo taniej. Część jednak pozostała przy tradycji prac ręcznych. 
 
 
 
 
Po tym procesie okolica wokół szyjki butelki jest zamrażana. Odkapslowanie butelki powoduje wyrzucenie lodowej zawartości drożdży na zewnątrz. Proces zwany jest degorgement. Następuje dopełnienie butelki taką ilością wina, jakie z niej wyciekło, dosłodzenie (zależne od charakteru szampana), zakorkowanie i etykietowanie gotowego trunku. 
 
 
 
Tak otrzymujemy gotową do degustacji finalną wersję wyjątkowego produktu. Spójrzcie na oszroniony kieliszek świadczący o właściwej temperaturze podania trunku.

  

Warto przyjrzeć się etykiecie szampana. Jego charakter zależy od ilości dodanego cukru. Osobiście preferuję wytrawny brut, ale dostępny jest też demi-sec, wersja półwytrawna lub doux - szampan słodki.


Szampany rocznikowe oznaczane są na etykiecie jako Vintage. Podany jest wówczas konkretny rocznik zbioru gron.


Na tylnej etykiecie odczytamy z jakich gron wyprodukowano trunek. Ten zawiera grona Pinot Noir, Meunier i Chardonnay. Dojrzewał dwa lata, powinien byc serwowany w temperaturze od 7 do 9 stopni C i ma 12,5% alkoholu.
 

Po zasłużonej degustacji ruszamy na północ od Epernay. Jedziemy bocznymi drogami w kierunku Reims.


Rozciąga się tam jedna ze stref winiarskich Szampanii - Montagne de Reims. Winnice porastają tu falujące stoki wzgórz pomiędzy rzekami Vesle i Le Marne. Region ten nie jest jednolity.
 
 
Odmienne mikroklimaty, ekspozycja winnic, nachylenie wzgórz i wreszcie rodzaj gleb skutkują różnymi uprawami. Morze winnic robi wrażenie i choć do zbiorów pozostało jeszcze trochę czasu przystajemy i oglądamy rosnące owoce. Przyszły surowiec dla wyjątkowego trunku.
 
 
Mimo mojego braku entuzjazmu dla szampana, stwierdzam obiektywnie, że koneserzy konsumujący 300 milionów butelek rocznie tak drogiego napoju nie mogą się mylić. Może więc zamiast sięgać po wersję non vintage, powinienem zakupić coś bardziej szlachetnego. Na przykład Moet&Chandon Dom Perignon 1961 za 15.000 złotych. Tylko co na to Żona?
 
 
 
To nasz ostatni przepis i ostatnia podróż w tym roku.
 
Wszystkim Wam życzymy pysznych, pełnych smaku potraw i fascynujących podróży, obfitujących w niezwykłe przygody i radość z poznawania Świata.
 
 
 

środa, 24 grudnia 2014

Z wizytą u Moneta. Kulinarnie - lekka klasyka kuchni francuskiej.

 
Dziś Wigilia - dzień wyjątkowy. Dlatego zapraszamy Was w miejsce dla nas szczególne. Mieliśmy od dawna wielką ochotę odwiedzić Giverny. Uwielbiamy impresjonistów, a Claude Monet jest nam szczególnie bliski. Giverny to miejsce jego życia przez 43 lata. Do tego proponujemy lekkie danie :)
  
 
Kiedy mamy niewiele czasu na gotowanie, a chcemy zjeść dobrze, mając przy okazji alibi do konsumpcji kolejnej butelki wina, przychodzi nam na ratunek klasyka kuchni francuskiej. Prosto z Normandii, choć danie jest popularne wszędzie, gdzie dociera morze. Na północy, czy południu kraju. Gotujemy dziś moules mariniere, czyli mule po marynarsku. Przyznam, że będąc we Francji przetrzebiliśmy znaczną populację tych skorupiaków. Dania z nich są proste, szybkie, pyszne, dostępne wszędzie (niekoniecznie u nas) i tanie (jak wyżej).
Klasyka wymaga atencji. Nie ma miejsca na eksperymenty. Składniki są oczywiste, choć ich ilość ... właściwie dowolna. O ile balans smaków będzie odpowiedni.
 
 

MULE PO MARYNARSKU
(Moules Mariniere)
 
 

 

Składniki:
2kg małży (oczyszczonych i opłukanych na sicie zimną wodą)
łyżka masła
2 ząbki czosnku, drobno posiekane
2 szalotki, drobno posiekane
pół pęczka pietruszki, drobno posiekanej
kilka gałązek tymianku
liść laurowy
150ml białego wytrawnego wina
120ml śmietany kremówki
pieprz do smaku

Wykonanie:
W dużym garnku rozpuszczamy masło na patelni. Dodajemy posiekany czosnek, szalotkę, gałązki tymianku i liść laurowy. Gotujemy chwilę, by wydobyć aromat. Wrzucamy oczyszczone małże, wlewamy wino, podkręcamy ogień i przykrywamy przykrywką. Chwile później zmniejszamy ogień do średniego. Gotujemy kilka minut wstrząsając garnkiem co chwilę. Małże będą dusiły się przykryte, otworzą się pod wpływem gorąca i nabiorą aromatu pozostałych składników. Na koniec dodajemy posiekaną zieloną pietruszkę i śmietanę. Mieszamy i gotujemy jeszcze chwilę. Można przyprawić pieprzem, acz nie jest to konieczne.

Danie podajemy z bagietką i białym winem.

Kilo muli na osobę? Dlaczego nie? Jeśli zaplanujecie połowę porcji to będzie to pożywna przystawka, albo delikatna kolacja.
 
 
***
 
 
 
 
 
 
 
Claude Monet - czołowy malarz francuskiego impresjonizmu. Niezwykle bliski mi  ze względu na swoją wrażliwość i zamiłowanie do kwiatów, szczególnie nenufarów. Opuścił Paryż na zawsze, gdy miał 43 lata. W 1879 r. zmarła (na gruźlicę) jego ukochana żona Camille. Na jej leczenie wydał wszystkie pieniądze. Załamany postanowił uciec od ludzi. Znalazł dla siebie nowe miejsce do życia-Giverny. Mieszkał tu w latach 1883-1926, aż do śmierci.
 
 
Wszędzie gdzie zamieszkiwał zakładał ogrody. W Giverny wcześniej wynajmował posiadłość. Po zakupie jej w 1890r. zatrudnił pięciu ogrodników, konsultował stworzenie ogrodu ze sprzedawcami nasion i sadzonek w ogrodzie botanicznym w Rouen.
 
 
Stworzył ogród, w którym można było malować niemal każdego dnia. Sprowadził rośliny z Azji i Ameryki Południowej. Do tego poprawie uległa jego sytuacja finansowa. Jego obrazy znajdowały coraz więcej nabywców.
 

 
W 1893 roku Monet dokupił sąsiednią działkę i uzyskał zgodę na przekierowanie nurtu rzeczki Ru. Dzięki temu założył staw, w którym mogły rosnąć jego ukochane nenufary.
 

 
Monet bardzo lubił obserwować staw z liliami oraz odbicia w nim drzew i obłoków.
 

Malował to co było nieuchwytne - zmieniające się barwy nieba o różnych porach roku, drżenie liści i wody, chłód czy wiatr. Wszystko to potrafił oddać za pomocą różnorodności palety barw, wydobywając na obrazie coraz to nowsze efekty.

 
Pracując nad obrazami mówił "jestem pogrążony w pracy. Te pejzaże z wodą i odbiciami stały się moją obsesją". W sumie namalował ponad trzysta obrazów z motywem lilii wodnych.
 

Jednak w 1904 roku, gdy miał już 64 lata zaczęły się jego problemy ze wzrokiem.


Zaćma spowodowała, że będąc w Wenecji w 1908 roku nie mógł już na palecie odnaleźć niektórych kolorów.

 
Szczególnie chłodne - fiolety, zielenie i błękity przestały być dla artysty widoczne (zdjęcie obrazu ze strony klik).
 
 
Wszystko dlatego, że w zaćmie białka absorbujące zimne barwy gromadzą się w soczewce. Do siatkówki docierają jedynie dłuższe fale świetlne, odpowiadające barwie żółtej i czerwonej. Zwykle otoczenie widziane jest wtedy w ciepłych barwach.
 
claude monet, Bridge, Garden, Japoński mostek 4 1924claude monet, Bridge, Garden, Japoński mostek grążel staw 1899
 
 
 
 
 
 
 
 
 
  
 
 
Jak zmieniało się jego postrzeganie widać na obrazach m.in. japońskiego mostku. Tak bardzo irytowało to czasem artystę, że bywało iż niszczył on swoje prace (zdjęcia obrazów ze strony klik).
 

Japoński mostek, który namalowany został przez Moneta wiele razy, dziś próżno oglądać bez ludzi. Pomalowany celowo na zielono miał odróżniać się od tradycyjnych japońskich, zwykle czerwonych.


Mostek jest na granicy ogrodu, za którym królują na małym obszarze azjatyckie rośliny (bambusy, gingko biloba i japońskie piwonie).

Wracam jeszcze do nenufarów. Monet uwiecznił je m. in. w serii obrazów ofiarowanych państwu. Malował je w specjalnie zbudowanym atelier w sąsiedztwie domu.



Dziś żeby wejść do ogrodu i domu trzeba przejść przez atelier, w którym jest sklep z pamiątkami.
 

Monet potraktował swoje "Nympheas" jako wkład we wdzięczność wobec waleczności narodu w I wojnie światowej. Jego osiem dzieł o ogromnych rozmiarach umieszczono w Paryżu, w Muzeum L'Orangerie położonym w ogrodach Tuileries, w sąsiedztwie Luwru. Państwo francuskie ofiarowało to miejsce artyście w uznaniu dla jego zasług. Monet sam zaprojektował ułożenie obrazów w dwóch owalnych salach, gdzie można oddać się kontemplacji podziwiania uroków chwil zatrzymanych na płótnie.
 
 
Zamysł Moneta najpełniej wyrażają wypowiedziane przez niego słowa: „Jedyną moją zasługą jest to, że malowałem bezpośrednio z natury, próbując oddać moje odczucia w zetknięciu z najbardziej ulotnymi wrażeniami". Inauguracja wystawy odbyła się już po śmierci artysty (zdjęcie ze strony klik ). 



Monet był dumny ze swego ogrodu, bez którego z pewnością nie powstały by te wszystkie piękne dzieła. Jeśli kiedyś dotrzecie do Giverny warto poświęcić sporo czasu na zwiedzanie, bo sam ogród zachwyca i powoduje, że chce się tam zostać na dłużej.
 

Dla miłośników kwiatów i owadów to prawdziwa gratka, zwłaszcza przy pięknej pogodzie.
 
 
W końcu docieramy do domu. Odwiedzamy pierwszą pracownię artysty, w której malował do 1899 roku, zanim powstało pokazane wyżej atelier.

 
Pracownia wygląda jak w czasach Claude Moneta, a wiszące na ścianach obrazy są wiernymi kopiami oryginałów, które dawniej tu wisiały.
 



Na parterze odwiedzamy jeszcze jadalnię, słoneczną i ozdobioną japońskimi grafikami.
 

Na pierwszym piętrze zaglądamy do pokoi domowników. Najpierw jest to sypialnia malarza.

 
 Z niej mógł patrzeć na swój ukochany ogród.


Pokój Alice, drugiej żony Moneta. Zanim pobrali się, Alice była żoną Ernesta Hoschede, kolekcjonera, który kupił wiele obrazów artysty. Zmarł on w 1891 roku. Alice Hoschede i Monet mieli romans kilka lat wcześniej. Kobieta ta opiekowała się dwójką synów Moneta i szóstką własnych dzieci. Stworzyli razem rodzinę, ale pobrali się dopiero po kilku latach, kiedy Alice została formalnie wdową - w lipcu 1892 r. Zmarła w 1911r.


Sypialnia poniżej należała do Blanche Hoschede - Monet. Była jedynym dzieckiem z ośmiorga, które zainteresowało się sztuką. Blanche uczyła się malarstwa już wieku 11 lat. Była uczennicą i asystentką Moneta, malującą z nim w plenerach. Poślubiła najstarszego syna malarza, Jeana Moneta.


Po śmierci matki, a następnie jej męża Jean'a w 1914 r. Blanche przeniosła się z Rouen  do Giverny i zajęła się popadłym w depresję zrozpaczonym Monetem. Była odpowiedzialna za prowadzenie jego domu i ogrodu.


W 1923 roku praktycznie już ślepy, chory na kataraktę obu oczu Monet poddał się operacji. Po niej musiał nosić okulary, dzięki którym mógł powrócić do pracy. Blanche dostarczała mu farb i płócien, opiekowała się swoim ojczymem aż do śmierci w 1926 roku.


Michael-drugi syn Moneta po śmierci ojca zostawił Giverny w rękach Blanche i jej brata Jean - Pierr'a. Oboje umarli bezpotomnie. Zgodnie z ich ostatnią wolą posiadłość i zdobiące ją obrazy przeszły na własność Muzeum Marmottan w Paryżu.
 

Opuszczamy dom Moneta i udajemy się do miejsca jego ostatecznego spoczynku. Niedaleko odnajdujemy Kościół Sainte-Radegonde .
 
 
Po operacji katarakty  u Moneta stwierdzono nieuleczalny nowotwór lewego oka. Zmarł 5 grudnia 1926 roku.
 
 

  
 
Dziękujemy, że do nas zaglądacie :)
 
 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...