środa, 23 września 2015

Wegetariańska uczta wśród dzikich zwierząt. Bobotie inaczej.

Jakiś czas temu przy okazji wędrówek po Royal Natal odkryliśmy klasyczne danie z RPA zwane bobotie. Znajdziecie je tutaj: KLIK.

Stało się ono jednym z naszych ulubionych dzięki prostym składnikom, bogactwu smaków i złożonym aromatom. Gotowaliśmy je w domu. Wspominaliśmy też w czasie jednej z naszych podróży, gdzie raczyliśmy się nim w pensjonacie przed jedną z wypraw. O niej też napiszę za chwilę.

Dziś Bobotie, zaprezentujemy w nieco inny sposób. Alternatywnie. Bezmięsnie. Oto uczta dla wegetarian, co zwłaszcza w kontekście opowieści o zwierzętach ma sens.

Danie jest proste w przygotowaniu, choć ilość składników jest spora.
 

WEGETARIAŃSKIE BOBOTIE
 
 
 

Przepis na 4 porcje pieczone w obręczach o średnicy około 8cm lub w naczyniu do zapiekania o powierzchni około 200-250 cm kwadratowych.

Składniki:

mieszanka przypraw:
łyżeczka nasion kuminu
łyżeczka nasion kolendry
1/3 łyżeczki nasion kozieradki
1/4 gwiazdki anyżu
2 goździki

pozostałe przyprawy:
łyżeczka oregano
łyżeczka chili w proszku
łyżeczka curry

Na bobotie:
3cm korzenia imbiru, drobno posiekane
2 ząbki czosnku, drobno posiekane
4cm laski cynamonu
liść laurowy
łyżka orzechów laskowych i płatków migdałów
2 białe cebule, posiekane
2 marchwie, posiekane
1 łodyga selera naciowego, posiekana
mały bakłażan
3 łyżki zielonej soczewicy
1 figa lub 3 suszone morele, drobno pokrojone
2 kawałki białego chleba lub bułki (bez skórki)
100ml mleka
1/2 soku z limonki
starta skórka z 1/2 limonki
sól i pieprz do smaku
oliwa i masło

na górę bobotie:
pół szklanki kwaśnej śmietany 18% (lub jogurtu)
1 jajko

Wykonanie:

Mieszankę przypraw uprażyć na patelni, po czym zetrzeć w moździerzu.

Chleb (bez skórki) pokroić na drobne kawałki i zamoczyć w mleku.

Posiekaną marchewkę ugotować w wodzie przez kilka minut.

Na oliwie i maśle usmażyć cebulę, czosnek, imbir i seler naciowy. Dodać podgotowaną marchewkę. Dodać mieszankę przypraw, pozostałe przyprawy, sok i skórkę z limonki. Gotować na małym ogniu, aż warzywa będą dość miękkie.

Bakłażana pokroić na cienkie, półcentymetrowe plastry. Podsmażyć z obu stron na oliwie,  po czym podgotować w niewielkiej ilości wody przez minutę. Część będzie podstawą bobotie (wykrojone obręczą na dnie dania). Pozostałą część pokrojoną w drobną kostkę dodać do pozostałych warzyw.

Wcześniej moczyć soczewicę w wodzie przez 20 minut, po czym kolejne 20 minut gotować w osolonej wodzie.

Dodać ugotowaną soczewicę do pozostałych warzyw, wraz z chlebem z mlekiem oraz uprażonymi na patelni i posiekanymi drobno orzechami i migdałami.

Na koniec dodać posiekane owoce (figi lub suszone morele) i gotować jeszcze przez chwilę. Doprawić solą i pieprzem. Całość lekko przestudzić.

Wymieszać kwaśną śmietanę z roztrzepanym jajkiem. Doprawić solą i pieprzem.

Na dnie obręczy ułożyć plastry bakłażana (wycięte na wymiar obręczy). Na nie wkładać masę warzywno owocową. Górę zalać niewielką ilością kwaśnej śmietany z jajkiem, aby przykryć całość. Piec przez 30 minut w 180C, ostatnie 5 minut z górną grzałką, by zarumienić "pierzynkę" ze śmietany i jajka.

Wyłożyć z piekarnika i poczekać, by danie odpoczęło przez 5 minut (lepiej się zwiąże). Mięsna wersja tęskni za ryżem, zaś wegetariańska broni się sama. A jeśli komukolwiek braknie dodatku to jakakolwiek mieszanka sałat z winegretem uzupełni smak tego wegetariańskiego dania.

***
 
Nigdzie nie mieliśmy okazji z tak bliska obserwować tych ogromnych, niezwykle inteligentnych i społecznych ssaków. Nigdzie nie widzieliśmy ich tylu w jednym miejscu. Nigdy też nie dane nam było uczestniczyć w ich fascynujących, rodzinnych spotkaniach i obserwować prawdziwą troskę z jaką do siebie podchodzą. Nigdy też tak blisko nie przebywaliśmy obok ogromnego dzikiego zwierzęcia. To nie ZOO, to natura.

Słonie są jednymi z naszych ulubionych stworzeń. Kiedy okazało się, że możemy spędzić fantastyczny dzień tropiąc je w Addo National Park w Południowej Afryce, nie wahaliśmy się ani chwili. Wsiedliśmy w samochód i wczesnym rankiem, kiedy dzień zaledwie się budził, wyruszyliśmy ku bramom rezerwatu. Z naszego pensjonatu w ciągu pół godziny byliśmy na miejscu.

Addo National Park jest miejscem wyjątkowym. To trzeci największy park narodowy w RPA. Powstał w roku 1931, kiedy w okolicy żyło zaledwie jedenaście słoni. Wówczas nastąpił proces ich reintrodukcji i obecnie są tu gatunkiem dominującym. Tereny te zamieszkuje około 600 osobników, a oprócz nich sporo innych zwierząt: bawoły, guźce, lamparty, lwy, szakale, hieny, nosorożce i różne gatunki antylop.

Dzięki wczesnej pobudce szybko trafiliśmy na parkę Kudu, która pożywiała się o poranku. Oto dumny samiec stojący dosłownie kilka metrów od nas. Wpatrywał się  swymi ciemnymi oczami przez dłuższą chwilę, po czym majestatycznie zniknął w zaroślach.


Podobnie zachowała się jego partnerka. Patrzyliśmy sobie w oczy zauroczeni. My oczywiście, bo stanu ducha pani kudu nie było nam dane poznać.


Jechaliśmy przez bezdroża Addo Parku i jakoś nie mogliśmy trafić na obiecane słonie. A to przecież jedno z miejsc obfitujących w te ssaki. Pojawiały się inne stworzenia.

Guziec ze stadkiem młodych ...

 
... szakal ...


... struś.


Wiedzieliśmy, że słonie uwielbiają sadzawki, w których mogą taplać się, pić wodę, obmywać się nawzajem. W końcu zobaczyliśmy całe stado zbliżajace się majestatycznie do niewielkiego źródła wody, z którego korzystało stado guźców.



Słonie szybko wypłoszyły znacznie mniejszych kolegów i zajęły preferowane miejsce, którym nie miały zamiaru dzielić się z nikim.


Była to cała rodzina składająca się z  samic i młodych - młodzieży i dzieci.



Jeden z malców chwiał się na nogach. Urodził się ledwie kilka dni wcześniej i chronił się przed słońcem pod brzuchem mamy. Wyraźnie czuł się bezpiecznie pod opieką swej rodzicielki.


Słonie są wyjątkowo społecznymi i towarzyskimi zwierzętami. Oczywiście towarzyskimi w stosunku do siebie samych. Słonie tworzą matriarchalne rodzinne społeczności. W stadzie najważniejszą osobą jest doświadczona samica, która prowadzi stado i ma wiedzę pozwalającą mu przetrwać. Ta wiedza to pamięć, gdzie można znaleźć wodę i pożywienie. Niezwykłym jest fakt, że potrafi przewędrować setki kilometrów i w odpowiednim czasie wrócić do miejsca bogatego w niezbędne dla słoni składniki odżywcze. Ma też na tyle charyzmy, że nawet samce nie kwestionują jej wyborów. Jednak te dojrzałe, próbujące wieść prym często przemieszczają się samotnie, pojawiając się zwykle by zawalczyć o płodną samicę. 


W czasie naszego pobytu nie było żadnych konfliktów między poszczególnymi stadami zbliżającymi się do źródeł wody. Zwykle kolejne stado słoni czekało aż obecne ruszy dalej ...
 

 
... po czym zbliżało się do upragnonego miejsca odpoczynku.
  
 
Podobnych scen w trakcie całodniowego pobyty widzeiliśmy wiele. Ta zgodność poszczegónych rodzin wynikała pewnie z faktu, że nie było zagrożenia braku wody i wszyscy mieli gwarancję zaspokojenia pragnienia lub zamoczenia ciała uprażonego słońcem. W trakcie pobytu udało nam się zliczyć ponad setkę słoni reprezentujących kilka rodzin znajdujących się w jednym miejscu.
 

Jednak nie zachowania grupy, a jednostek były najciekawsze. Młode słonie zajmowały się swoim młodszym rodzeństwem.


Nieco starsze wyrażały wobec siebie uczucia. Bliskość jest bardzo ważna dla tych zwierząt.

 
Młodzież zaś baraszkowała ciesząc się wolnością i próbując zaczepiać innych. Zwykle znacznie mniejsze guźce.
 
 
Te natomiast prowadziły ze sobą walkę, która była bardziej przekomarzaniem się niż realną próbą sił. To takie zmagania między jednym a drugim spa w sadzawce.
 
 
Do rodziny słoni z młodymi schowanymi wokół ich wielkich ciał udało nam się zbliżyć na kilka  metrów. Stanęły i wpatrywały się w nas z ciekawością, a może nieufnością. Mieliśmy świadomość, że jest to sytuacja niebezpieczna, bo nie można przewidzieć reakcji dzikich zwierząt. Mając nogę na sprzęgle i włączonym wstecznym biegu byliśmy gotowi wycofać się w każdej chwili. Nie raz bedąc w afrykańskich parkach narodowych widzieliśmy jako przestrogę zdjęcia samochodów, które odcięły słoniom drogę. Pasażerom zwykle wychodzili bez szwanku, czego nie można powiedzieć o samochodach.
 

Oprócz przemierzenia kilkudziesięciu kilometrów po szutrze trafiliśmy tez do czatowni. Tam mieliśmy możliwość obserwować różne zwierzęta, które nie miały świadomości naszej obecności. Najzabawniejsze były zmagania słonia i bawołu. Samotny słoń, choć miał dość miejsca nie akceptował drugiego dużego zwierzęcia. Zaczął regularnie oblewać biedne zwierzę wodą, choć nie on zjawił się tu pierwszy. 


Bawół zaś niewiele sobie z tego robił, wychodząc pewnie z założenia, że drink wspomagany prysznicem w ponad trzydziestostopniowym upale jest znakomitą alternatywą dla chodzenia po spieczonym słońcem terenie. Po wielu próbach straszenia i oblewania intruza, słoń w końcu ruszył przed siebie przeganiając konkurenta. Mógł się tym samym cieszyć właścicielem stawu do chwili, aż przyszli kolejni amatorzy wody, stado słoni, z którym musiał się już liczyć.


Addo Park to wyjątkowe miejsce dla miłośników słoni. Miejsce dla osób, które chcą zobaczyć ich naturalne zachowania i relacje rodzinne. Mało jest takich miejsc, bo zwykle w innych parkach narodowych człowiek szuka rozmaitych stworzeń. Tu, ze względu na ich dominującą ilość i pozycję, naprawdę można skoncentrować się na tych największych ssakach na ziemi.

wtorek, 15 września 2015

Chleb jęczmienny z owczym serem i kminkiem w szkockiej scenerii - wspominamy Falkirk.

Cieszę się, że znów uczestniczę we wspólnym wypiekaniu chleba w "Piekarni Amber". Brakowało mi tego :) Wrześniowy chleb zaproponowała Magda prowadząca bloga "Konwalie w kuchni". Przepis pochodzi z bloga Wisly "Zapach chleba" i świetnie wpisuje się swoimi smakami w nasze wspomnienia z wakacji. Jęczmienna mąka, owczy ser pasują do szkockiej scenerii jak ulał ;) W przepisie dokonałam drobnej zmiany. Niewielką część mąki zastąpiłam mieloną trawą jęczmienną, która nadała miąższowi zielony odcień i wzmocniła jęczmienny smak. Chleb upiekłam wyłącznie na zakwasie. Wygłodniały po miesięcznej przerwie spędzonej w lodówce po prostu szaleje...W moim chlebie ser rozpuścił się i jego smak wtopił się w smak chleba. Bardzo dobry wypiek, aromatyczny i wyjątkowy przywołuje wspomnienia kraju, za którym już tęsknimy.
 
 
Chleb jęczmienny z owczym serem i kminkiem
 
 

Proporcje na 2 średnie bochenki 
 
zaczyn
50 g aktywnego zakwasu żytniego
100 g mąki pszennej, chlebowej
120 g wody


Wszystkie składniki wymieszać i zostawić na blacie, na 12-14 godzin.

bibosz
100 g mąki jęczmiennej
150 g wody


Składniki wymieszać i pozostawić na 8-12 godzin.

ciasto chlebowe
zaczyn
bibosz
615 g mąki pszennej chlebowej

35 g mielonej trawy jęczmiennej
230-250 g wody
1 łyżeczka słodu jęczmiennego
1 łyżeczka soli
150 g owczego sera pleśniowego (użyłam Roquefort'a)
1 łyżeczka całych nasion kminku
 



Ze wszystkich składników oprócz sera pleśniowego, wyrobić gładkie ciasto (jeśli wyrabiamy robotem to przez 5 minut za pomocą haka  na najwolniejszych obrotach). Ciasto pozostawić do wyrośnięcia na 45 minut.
Po tym czasie ciasto wyłożyć na naoliwiony blat i delikatnie, powoli rozciągnąć je tworząc prostokąt. Ser owczy pokroić w dużą, 1-1,5 cm kostkę i rozłożyć równomiernie na powierzchni ciasta. Zwinąć ciasto z serem w rulon, jak roladę i nie dbając o jej kształt ułożyć w naoliwionej misce do ponownego wyrośnięcia.
Po 30 minutach podzielić ciasto na dwie części, lekko odgazować i uformować dwa bochenki na posypanym mąką jęczmienną blacie.
Bochenki ułożyć na blasze wyłożonej pergaminem i rozdzielić zrolowaną, omączoną ściereczką (lub w koszykach) i pozostawić do wyrośnięcia na 30-45 minut (pod przykryciem).
Piec chleb  z parą, w 240 stopniach przez 10 minut, a następnie bez pary w temperaturze 220 stopni przez następne 25-30 minut.


Chleb z Wrześniowej Piekarni na blogach:

Akacjowy blog
Codziennik kuchenny
Gotuj zdrowo! Guten Apetit!
Konwalie w kuchni
Kuchnia Gucia
Kuchennymi drzwiami
Nieład malutki
Nie tylko na słodko
Leśny zakątek
Ogrody Babilonu
Polska zupa
W poszukiwaniu slowlife
 
 
 
 ***
 
 
 
Dotarliśmy do Falkirk, niewielkiego miasteczka położonego między Edynburgiem, a Glasgow. Oba największe miasta Szkocji łączy dziś 80-kilometrowa autostrada, która jeśli tylko omija się godziny szczytu, pozwala dotrzeć z jednego do drugiego w godzinę. Jest też inna możliwość dostępna dla posiadajacych alternatywny środek transportu. Na przykład barkę.
 
 
Cofnijmy się ponad dwieście lat wstecz. Rewolucja przemysłowa i coraz większe potrzeby związane z transportem produktów zainicjowały budowę pierwszego na świecie kanału łączącego morze z morzem. 60-kilometrowy kanał Forth&Clyde połączył zatokę Firth of Forth z rzeką Clyde i tym samym Morze Północne z Oceanem Atlanyckim. Na jego drodze powstało 38 śluz, tyleż mostów i 25 akweduktów. W tym samym czasie powstała droga wodna łącząca tenże kanał z centrum Glasgow, zaś trzydzieści lat później Union Canal połączył istniejący Forth&Clyde z centrum Edynburga. 
 
 
50-kilometrowy Union Canal był ewenementem, bo został poprowadzony w taki sposób, by uniknąć budowania śluz. Biegł po terenie płaskim jak stół. Musiały natomiast powstać 84 mosty, by zapewnić komunikację między dwoma brzegami. Dodatkowo, by dostać się nań z kanału Forth&Clyde trzeba było wspiąć się około 25 metrów wyżej, korzystając z 11 śluz znajdujących się w pobliżu miasteczka Falkirk.
 
 
Powstałe kanały stały się głównym traktem dla wszelkiego rodzaju transportu. W latach trzydziestych XIX wieku kanałami Union i Forth&Clyde podróżowało rocznie dwieście tysiecy ludzi i trzy miliony ton towarów. Ludzie, to głównie bogaci jednodniowi wycieczkowicze, korzystający ze stateczków wyposażonych w maszyny parowe. Obrót towarowy zaś to potrzeba ówczesnych czasów, bo drogi lądowe i kolej były w powijakach.
 
 
Jednak rewolucja przemysłowa wymusiła szybki rozwój infrastruktury. To właśnie kolej stała sie gwoździem do trumny dla popularności wewnątrzlądowych dróg wodnych. Szybkość dostaw i niski koszt sprawił, że już w połowie XIX wieku rola transportowa kanałów znacznie zmniejszyła się. Niedługa była więc ich kariera. Co prawda kanały funkcjonowały lepiej lub gorzej do lat sześćdziesiatych XX wieku, ale ich znaczenie znacznie spadło. Wreszcie powstałe autostrady biegnące wzdłuż kanałów i przecinąjace je zlikwidowały na dobre możliwość rekreacyjnego korzystania z drogi wodnej. 
 
 
W latach osiemdziesiątych powstał pomysł reaktywacji kanałów. Zaczęto rekonstruować zniszczone fragmenty dróg wodnych i remontować mosty oraz akwedukty. Pozostała komplikacja w postaci połączenia obu kanałów. I tu postanowiono stworzyć coś na miarę nadchodzącego XXI wieku.
 
 
Jako alternatywę dla kilkunastu śluz, zaprojektowano i zbudowano gigantyczną windę transportujacą barki i łodzie z niższego poziomu kanału Forth&Clyde na położony 25 metrów wyżej Union Canal. Pierwszą taką na świecie.
 
 
Tym samym uniknięto remontu 11 śluz łączących oba kanały i skrócono czas rejsu o dobrych kilka godzin. Jednak inwestycja, która pochłonęła 20 milionów funtów nie wszystkim przypadła do gustu.
 
 
Dziś jednak "Falkirk Wheel", bo taką nazwą ochrzczono ten cud inżynierii, broni się dając przyjemność podróżowania entuzjastom turystyki wodnej i pół milionowej rzeszy turystów odwiedzającej to miejsce każdego roku.
 

I my znaleźliśmy się wśród nich, płynąc jednym ze statków, lewitując z pomocą Falkirk Wheel na wyższy poziom...


... płynąc dalej łącznikiem w kierunku Union Canal ...



... mijając prawdziwych entuzjastów, spędzających często dużą część wakacji na swoich łodziach ...


... i kontynuujac krótką podróż kilkusetmetrowym tunelem łączącym nowo powstałą drogę wodną z oryginalnym kanałem Union.


Najbardziej zaskoczył nas fakt, że Falkirk Wheel działa bezgłośnie, a samo wznoszenie trwa zaledwie kilka minut.


Jak to cudo działa?


Zacznę od tego, że jest to naprawdę gigantyczna konstrukcja. Jej wysokość to 35 metrów, a waga przekracza 1200 ton. Do tego dochodzą dwie gondole, które mieszczą łodzie o wadze do 250 ton każda.


Statki wpływają do każdej z dwóch gondoli wypełnionych wodą, które podczas podnoszenia za pomocą hydraulicznych silników gwarantują idealny poziom i brak przechyłów. Odpowiednie wyważenie konstrukcji gwarantuje niewielkie zużycie energii, bo gondole znajdują się po przeciwnych stronach, zapewniając odpowiedni balans. 


Otwarcie tak innowacyjnego urządzenia mające miejsce w 2002 roku nie obyło się bez Królowej, a dziesięciolecie jego funkcjonowania uświetniła Księżna Anna.  Jak zwykle w Wielkiej Brytanii - nowoczesność i tradycja muszą iść ze sobą w parze.


Na koniec jeszcze widok Falkirk Wheel z góry (zdjęcie ze strony klik).

 
 

środa, 9 września 2015

Parkin - imbirowy chlebek z Yorkshire. W poszukiwaniu Wichrowych Wzgórz...

Po miesiącu podróży powróciliśmy do domu. Naszym celem była  Szkocja, ale ponieważ postanowiliśmy tym razem wybrać się tam samochodem, przejechaliśmy całą Brytanię. Dziś napiszę o pobycie w Anglii, w Yorkshire i miejscach związanych z powieścią "Wichrowe Wzgórza". Do wspomnień wybrałam proste danie-korzenne ciasto-piernik z Yorkshire nazywany parkinem. Wyobrażam sobie, że w XIX wieku, kiedy żyły siostry Brontë  i kiedy karierę w Brytanii robiły przyprawy zwożone z kolonii, takie ciasto mogło pojawić się na ich stole do popołudniowej herbaty. Skorzystałam z przepisu londyńskiego szefa kuchni Marka Hixa. Ciasto proste i zyskuje z czasem na smaku i wilgotności. Warto je upiec jakieś dwa dni przed konsumpcją.
 


Parkin - imbirowy chlebek z Yorkshire



 
 
proporcje na foremkę o wymiarach 22 cm X 22 cm
 
115 g masła (plus do wysmarowania foremki)

115 g czarnej melasy
3 łyżeczki miodu wrzosowego*
225 g mąki pszennej
110 g zmielonych drobno płatków owsianych
1 łyżeczka sody oczyszczonej
2 1/2 łyżeczki mielonego imbiru
1 łyżeczka cynamonu
mieszane przyprawy (1goździk, 1 ziele angielskie, 1 strączek zielonego kardamonu, 1/3 gwiazdki anyżu-roztarte na proszek w moździerzu)**
1/2 łyżeczki startej gałki muszkatołowej
1/2 łyżeczki soli
150 g cukru Muscovado
150 ml mleka
1 roztrzepane jajko
opcjonalnie grubo posiekane orzechy włoskie

*w oryginale golden syrop
** u Hixa jest podana po  prostu mieszanka przypraw

Masło, melasę i miód rozpuścić razem w rondelku i odstawić do ostygnięcia. Przygotować foremkę-wyłożyć ją pergaminem i wysmarować masłem. Wymieszać w naczyniu do przygotowania masy ciasta wszystkie suche składniki, następne dodać do nich przygotowaną, ostudzona masę, mleko i roztrzepane jajko. Wszystko dokładnie wymieszać i wylać do foremki. Piec 45 min. w piekarniku nagrzanym do 180 stopni. Po upieczeniu ostudzić w foremce. Następnie zawinąć w pergamin i folię, odstawić do ' dojrzewania" na około dwa dni. Świetnie smakuje z sosem "toffee", zwłaszcza jeśli dodamy do niego również korzenne przyprawy lub aromatyzujemy nimi śmietankę przed dodaniem do karmelu :)


***
 
Miejscowość Haworth jako literacki "ślad" na naszej mapie podróży związana jest z siostrami Brontë. Mała osada położona wśród wrzosowych wzgórz Gór Penińskich dziś odwiedzana jest głównie przez wielbicieli wiktoriańskiej literatury, do kanonu której weszły powieści trzech sióstr-Charlotte, Emily i Anne.
 
 
Najpierw odwiedziliśmy "Brontë Personage Museum".
 
 
Budynek powstał w 1778 roku i stał się on domem dla rodziny Brontë w 1820 roku, kiedy to  urodzony w Irlandii, wielebny Partick Brontë przybył by zamieszkać na plebanii w Haworth (razem  z pochodzącą z Kornwalii żoną Marią i sześciorgiem małych dzieci-Marią, Elizabeth, Charlotte,  Branwellem, Emily i Anne).
 
 
W II połowie XIX wieku, następca Patrica Brontë dobudował dodatkowe skrzydło. Dom z zewnątrz robi wrażenie dużego, ale pomieszczenia w środku są bardzo małe, wręcz ciasne. Jednak zebrana ilość pamiątek (osobistych drobiazgów, obrazów, książek, rękopisów) jest bardzo duża, zachowano również wystrój wnętrz  i wyposażenie z których korzystała rodzina. O robieniu zdjęć nie było mowy, muzeum strzeżone jest najlepszy bank ;) Poniżej we wrzosowym ogródku obok domu umieszczono rzeźbę z brązu autorstwa Jocelyn Horner, przedstawiającą siostry Brontë.
 
 
Na klatce schodowej domu można zobaczyć kopię obrazu sióstr (oryginał znajduje się w Londynie, w National Portrait Gallery), którego  autorem jest Patrick Branwell Brontë. Namalował on obraz umieszczając między siostrami również siebie. Następnie usunął swoją podobiznę. Ślad po tym wyraźnie widać na obrazie (zdjęcie z Wikipedii)
 
 
 
 
 
Od lewej namalowana jest Anne, autorka "Agnes Grey "i "Lokatorki Wildfell Hall", w środku Emily, która napisała "Wichrowe Wzgórza" i z prawej Charlotte, autorka "Dziwnych losów Jane Eyre", "Shirley", "Villette", 'Profesora" i 'Niedokończonych opowieści". Trudno określić na ile obraz oddaje wiernie prawdziwy wygląd sióstr. Wykonany na podstawie rysunku portret Charlotte (z lewej) nieco inaczej oddaje jej urodę.
 
 
Plebania usytuowana jest po sąsiedzku z cmentarzem, okalającym dom z dwóch stron
 
 
 i kościołem, w którym pastorem był ojciec pisarek.
 
 
 W środku znajduje się kaplica poświęcona rodzinie Brontë.
 
 
 
 
W krypcie pod podłogą pochowani są członkowie rodziny, a wśród nich dwie siostry - Emily i Charlotte. Anne została pochowana na  cmentarzu w Scarborough, gdzie zmarła.
 
 
 
W Haworth, w ciągu kilku lat po wprowadzeniu się na plebanię wraz z matką zmarły najstarsze z rodzeństwa - Maria i Elizabeth. Emily zmarła na gruźlicę  w 1848 roku, mając trzydzieści lat. Rok po jej śmierci z tego samego powodu odeszła 29-letnia Anne. W 1855 roku zmarła na gruźlicę również Charlotte. Żadne z dzieci pastora nie dożyło czterdziestu lat. Patrick Brontë przeżył wszystkich, zmarł w 1861 r. mając 84 lata.
 
Między probostwem a kościołem znajduje się budynek szkoły niedzielnej, do którego chodziło rodzeństwo Brontë.
 
 
Opuszczamy Haworth, by odetchnąć przestrzenią i widokiem przyrody Gór Penińskich. Ruszamy w poszukiwaniu miejsc związanych z 'Wichrowymi Wzgórzami". Z rysunkiem mapy i współrzędnymi geograficznymi miejsc najpierw docieramy do budynku, będącego inspiracją dla "Drozdowego gniazda" (domu Lintonów). Miałam szczęście robiąc to zdjęcie. Po kilku minutach przyjechał przed dom samochód terenowy i zasłonił widok. Jeśli ktoś z Was oglądał (chyba najpopularniejszą) ekranizację powieści Petera Kosminskyego, to dodam, że pokazane tam siedziby Lintonów i Earshawów wygladają bardzo okazale i nie mają nic wspólnego z tym,co inspirowało Emily Brontë w okolicach Haworth.
 


 Późnym popołudniem wąską drogą dojeżdżamy w okolice wzgórz.
 
 
Przeszliśmy najpierw ścieżką, potem trochę na wyczucie przez pastwiska. Niebo zmieniało się wpływając tym samym na kolory otoczenia.
 
 

W końcu trafiliśmy na drogowskaz, który choć nadszarpnięty przez czas, upewnił nas że idziemy w dobrym kierunku. Na tych pustkowiach nie było kogo spytać o drogę.
 
 
"To było prawdziwe Yorkshire, z równym murkiem ułożonym z piaskowca i przecinającym pagórek oraz ścieżką biegnącą przez zieloną łąkę i gęstwinę wrzosów.
 

Idąc z twarzą owianą przez wonny wietrzyk poczułem dobrze znaną radość samotności na rozległym wrzosowisku, gdzie wszystko trwało w bezruchu, a wielomilowe połacie purpurowego kwiecia i zielonej murawy rozpościerały się jak okiem sięgnąć, aż po przestwór błękitnego nieba.” J. Harriot.Cytat ten znalazłam na blogu "Miasto książek" i w pełni się pod nim podpisuję. W Yorkshire można znaleźć miejsca bardzo malownicze, dzikie i pobyć w nich z własnymi myślami.
 
 

 
 
Po drodze mijamy w oddali Wodospad Brontë schowany w zagłębianiu między wzgórzami. Woda płynie po nim wąskim strumieniem.
 
 
Naszym celem jest Top Withens - farma położona wśród smaganych wiatrem dzikich wrzosowisk. To właśnie to miejsce identyfikowane jest z opisanymi w powieści przez  Emily Brontë 'Wichrowymi Wzgórzami", gdzie mieszkała rodzina Earnshawów. Na horyzoncie pojawił się punkt, to drzewa rosnące obok ruin domu, który  w czasach pisarki  zamieszkiwał Jonas Sunderland z żoną Ann Crabtree (od 1811 roku), a następnie ich syn, Jonas z Mary Feather (od 1833 roku). 
 
 
Docierając do Top Withens zdajemy sobie sprawę jak specyficzne musiało być to miejsce. Zadajemy sobie mnóstwo pytań (Skąd mieszkańcy brali wodę? Jak się zaopatrywali? W jaki sposób docierali do wioski? Czy mogli coś uprawiać na tej kwaśnej ziemi ?) i nie znajdujemy na nie odpowiedzi.
 
 
Odnajdujemy tablicę informacyjną umieszczoną tu przez Stowarzyszenie Brontë.


Zaglądamy do wnętrza ruin domu, w którym ostatni mieszkańcy żyli w 1926 roku.


Czas na odpoczynek i refleksje pcha nasze myśli ku bohaterom "Wichrowych Wzgórz": Cathy i Heathcliffa, których miłość i wybory z nią związane zmieniły życie rodziny Earnshawów i Lintonów. Myślimy o potędze uczuć, sile emocji, o tym jak skomplikowane staje się wszystko gdy robimy coś wbrew sobie.


Siedzimy tam na wzgórzu sami, do zachodu słońca oddając się tej chwili, temu miejscu, ciszy i kontemplacji...

 
Powracają słowa Cathy: "Nie umiem tego wyrazić, ale z pewnością każdy człowiek zdaje sobie sprawę, że istnieje jakaś część nas samych gdzieś całkowicie poza nami. Na cóż by się zdało moje istnienie, gdyby ograniczało się tylko do tego świata? Ilekroć cierpiałam dotąd, zawsze to były cierpienia Heathcliffa. Widziałam je i czułam od pierwszej chwili. Przewodnią myślą mojego życia jest on. Gdyby wszystko przepadło, a on jeden pozostał, to i ja istniałabym nadal. Ale gdyby wszystko zostało, a on zniknął, wszechświat byłby dla mnie obcy i straszny, nie miałabym z nim po prostu nic wspólnego. Moja miłość do Lintona jest jak liście w lesie. Wiem dobrze, że czas ją zmieni, tak jak zima zmienia wygląd lasu. Moja miłość do Heathcliffa jest jak wiecznotrwała ziemia pod stopami, nie przykuwa oka swoim pięknem, ale jest niezbędna do życia. (...) Heathcliff (...) jest zawsze, zawsze obecny w moich myślach – nie jako radość, bo i ja nie zawsze jestem dla siebie radością, ale jak świadomość mojej własnej istoty."
  
 
 
Koniec dnia decyduje o naszym powrocie, wracając oglądamy się na powoli znikające na horyzoncie Top Withens.
 

Powracają też w pamięci słowa autorki: „Marzyłam w ciągu mojego życia. Marzenia, które zawsze ze mną zostawały, zmieniały moje poglądy, przechodząc wciąż przeze mnie, jak wino przechodzi wodę, odmieniały kolor moich myśli"
 

 
Z odmienionymi myślami docieramy jeszcze do Malham, by tam powędrować po Yorkshire Dales National Park. Z pewnością napiszemy o tej wyprawie, podczas której ubranie mokło na nas i schło na zmianę. Udaliśmy się tam m.in. ze względu na to miejsce.
 

To rodzaj kamiennego amfiteatru położonego na wapiennej skale. Natura wyrzeźbiła tu głębokie szczeliny, znacznie głębsze niż wygląda to na zdjęciu. Miejsce z pewnością bardzo malownicze i stanowiło ciekawą scenerią do scen z filmu "Wichrowe Wzgórza". Podczas deszczu skały robią się śliskie i trzeba być bardzo ostrożnym, by w tych pięknych okolicznościach nie zrobić sobie krzywdy ;)



Gdyby ktoś z Was miał możliwość wybrania się do Teatru Studio w Warszawie na spektakl "Wichrowe Wzgórza", to gorąco polecamy. Przedstawienie w reżyserii Kuby Kowalskiego jest bardzo nowatorskie, oszczędne w scenografii z piękną muzyką i ekspresyjną grą aktorów. Niezwykle wyraziście ukazane zostały relację między bohaterami.  Trzy godziny minęły nam nie wiadomo kiedy. Jedno z najlepszych przedstawień minionego sezonu jakie mięliśmy okazję zobaczyć.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...