sobota, 30 stycznia 2016

Korzenna konfitura z kumkwatów. Spacer po Lizbonie cz. 1

Sezon cytrusów w pełni. Bardzo lubię robić z nich konfitury, na które znajdziecie  na blogu kilka przepisów. Ubolewam, że wybór  różnych odmian owoców jest u nas dość skromny, a kumkwaty są prawdziwą rzadkością. Ponieważ cena nie zachęca do zakupu dużej ich ilości, ograniczam się do przepisu na dwa słoiczki. Dla mnie to prawdziwy rarytas i bardzo Wam go polecam.


Korzenna konfitura z kumkwatów
 
 
 


 
proporcje na 2 małe słoiczki

600 g kumkwatów
3/4 szklanki świeżego soku pomarańczowego
100 g cukru trzcinowego
1 strączek zielonego kardamonu
1 goździk
1/2 gwiazdki anyżu
4-5 cm  laski wanilii
4-5 cm kory cynamonu z połowy zwoju


Kumkwaty umyć, odkroić końcówki.

 

Przekroić na pół wzdłuż owoców, wykroić środkowy biały segment, wyjąć pestki (są duże tak jak w cytrynach i pomarańczach). Połówki przekroić na dwie części.

 
Po oczyszczeniu i pokrojeniu owoców włożyć je na patelnię/ do rondla  z grubym dnem. Wsypać cukier, dodać przyprawy i sok, gotować do zeszklenia owoców i zagęszczenia całości.


Zrobić próbę na talerzyku. Jeśli skapnięta z łyżki konfitura zestala się na nim  po chwili i jest lepka to znaczy, że konfitura jest gotowa. Gorącą nakładać do wyparzonych słoików.  Po zakręceniu odwrócić do góry dnem i zostawić do ostygnięcia.
 
 
***


Zapraszam Was na wspólny spacer po Lizbonie :)  W stolicy Portugalii najbardziej zauroczył mnie brak wielkomiejskiego zgiełku, spokój, wyluzowane tempo życia i brak tłumów.
Specyficzna architektura dominująca w starszych dzielnicach, azulejos, stare tramwaje stanowią o uroku tego miasta. Wąskie uliczki, zwłaszcza w Alfamie, najstarszej dzielnicy Lizbony, tworzą prawdziwe labirynty, w których warto się zgubić…
Do wizyty w stolicy Portugalii zachęcił nas film Wima Wendersa „Lisbon Story”.   Była też dla nas przystankiem w wyprawie na Maderę. Polecamy Wam taką właśnie trasę lotniczą, bo bilety lokalnymi liniami lotniczymi z Lizbony do Funchal można kupić przy odrobienie szczęścia za bardzo nieduże pieniądze.

 

Żółte tramwaje lizbońskie są wizytówką miasta i jej bardzo urokliwym elementem.


Korzystanie z nich sprawiało nam frajdę. Najbardziej podobało mi się pokonywanie tramwajem odcinków, gdzie było bardzo wąsko.


Przechodnie wtedy stawali tyłem do ścian budynków… a tramwaj przejeżdżał niemal na kilka centymetrów od nich. Ruszyliśmy zatem tramwajem w drogę docierając do wybrzeży Tagu.


Praca do Comércio przylegający do rzeki Tag. Tu dawniej podróżnicy przybywający drogą morską, rozpoczynali swoją wizytę w Lizbonie. Tu też koncentrował się handel, rozrywka i kultura stolicy. Stąd jego nazwa - Plac Handlowy.
 

Dziś plac ten jest nadal jednym z najpopularniejszych, a że jest rozległy, turyści chętnie poruszają po nim i okolicach dzielnicy Baixa na segwayach.
 
 
Jeśli do placu będziemy szli deptakiem Rua Augusta, przejdziemy pod pięknym łukiem triumfalnym. Na przedłużeniu osi ulicy stoi na placu pomnik króla Józefa I.
 
 
Za jego rządów w 1755 r., w Lizbonie  miało miejsce ogromne trzęsienie ziemi i następujące po nim tsunami. Zginęło wtedy 100 tys. osób. Stolicę odbudowano, a statua króla stoi tu od 1775r.
 
 
Marynarze nad brzegiem Tagu. W tle Ponte 25 de Abril, najdłuższy most wiszący w Europie.
 
 
 
Nazwa mostu nawiązuje do daty zamachu stanu, który rozpoczął "rewolucję goździków" w 1974 r. Dzięki niej obalono dyktaturę Marcelo Caetano i rozpoczęto proces demokratyzacji.

 
Wizytówka miasta - Torre de Belém czyli Wieża Betlejemska, przykład architektury stylu manuelińskiego z XV w. Jest symbolem złotego wieku odkryć i ówczesnej potęgi militarnej Portugalii.


W okresie wielkich odkryć geograficznych,  stojąc u ujścia Tagu do Atlantyku   stanowiła punkt orientacyjny dla żeglarzy i była strażnicą portu.


Z czasem stała się więzieniem i to na tym etapie przebywał tu przez dwa miesiące Józef Bem, który organizował Legion Polski w Portugalii.


Idąc od wieży w kierunku pomnika odkrywców, warto nie przegapić tego miejsca. Upamiętnia ono pierwszy przelot samolotem nad południowym Atlantykiem. Gago Coutinho i Sacadura Cabral wylecieli z Lizbony 30.03.1922 i dotarli po kilku etapach do Rio de Janeiro 17.06.1922. Podróż ta była kamieniem milowym w świecie lotnictwa, bo przyczyniła się do udowodnienia skuteczności zastosowania w nawigacji lotniczej sekstantu udoskonalonego przez Gago Coutinho, z pomocą Sacadura. Dzięki tej podróży nawigacja lotnicza stała się dokładniejsza i zyskała poziom jakiego nigdy wcześniej nie osiągnięto.


Wapienny, monumentalny pomnik odkrywców ma kształt kamiennej karaweli, której żagiel sięga 50 metrów wysokości. Został on ufundowany dla uczczenia 500 rocznicy śmierci księcia Henryka Żeglarza.

 
Postać księcia stoi na dziobie kamiennego statku, a za nim z obu stron „podążają” różne postacie Portugalczyków znane z odkryć i osiągnięć w dawnych czasach.

 
Klasztor Hieronimitów wpisany na Listę światowego dziedzictwa UNESCO w 1984 r. Jest uważany za perłę stylu manuelińskiego. Styl ten stanowi połączenie późnego gotyku z rzeźbami o morskich motywach i elementami orientalnymi.

 
 
Do roku 1934 klasztor był pod opieką zakonu Św. Hieronima stąd jego nazwa.


W klasztorze, a dokładnie w kościele św. Marii  znajdują się groby m.in. żeglarza Vasco da Gamy (na zdjęciu) i pisarza Luisa de Camoes.


Budynek upamiętnia złoty wiek portugalskich odkryć i zauroczył nas swoim pięknem. Zwłaszcza krużganki.

 
 

Tu umieszczono prochy Fernando António Nogueira Pessoa, najsłynniejszego portugalskiego poety, żyjącego w latach 1888-1935.

 
W Lizbonie odwiedzamy jego dom przy R. Coelho da Rocha 16.  Cały budynek na zewnątrz i w środku  pokryty jest cytatami z jego utworów.


"Moja dusza jest ukrytą orkiestrą: nie wiem, na jakich w moim wnętrzu gra instrumentach, skrzypcach czy harfach, cymbałkach czy tamburynach. Znam siebie tylko jako symfonię..."

 
Pessoa tworzył poezję w stylu fikcyjnych, stworzonych przez siebie postaci, które nazywał heteronimami. Za każdym nazwiskiem, którym sygnował publikację, stała postać o specyficznej osobowości, poglądach literackich i filozofii. Álvaro de Campos był inżynierem i nihilistą, Ricardo Reis - lekarzem i monarchistą, Alberto Caeiro - obserwatorem natury, Bernard Soares - księgowym - introwertykiem.


Niezależnie od heteronimów, Pessoa publikował wiersze również pod własnym nazwiskiem.


Poeta chętnie bywał w najstarszej i najbardziej znanej dziś kawiarni starej Lizbony, przy Rua Garrett 120. Dlatego  jest tu jego brązowa figura przy kawiarnianym stoliku.


My docieramy tu metrem wysiadając na stacji  Baixa-Chiado. Początkowo był tu sklep założony przez  Adriano Telles w 1905 r., w którym sprzedawał importowaną kawę z Brazylii. Każdemu, kto kupił kilogram kawy serwował bezpłatną filiżankę napoju przypominającego espresso. Po trzech latach miejsce przebudowano i zrobiono z niego kawiarnię. Stała się ona  ulubionym miejscem spotkań intelektualistów, artystów, pisarzy i wolnomyślicieli.

 
Więcej w kolejnym poście  :)

niedziela, 24 stycznia 2016

Klasyka karnawału - pączki z różą. Wspominamy Mumbai - chrześcijańkie enklawy w Bandrze i Khotachiwadi.

Zdarzają się Wam takie chwile, że chęć na coś do zjedzenia po prostu Was nie opuszcza ? Tak było z  pączkami. Nieczęsto robię takie rarytasy kulinarne, bo oprócz smaku dostarczają organizmowi dodatkowych "wątpliwych uroków". Poza tym czy można zjeść jednego pączka ? Nie można ! Jednak myśl o usmażeniu pączków nie odpuszczała, aż w końcu zaczęły mi się śnić. Cóż miałam zrobić, nie było wyjścia. Korzystałam już z wielu receptur, ale tę - moim zdaniem najlepszą jaką wypróbowałam, postanowiłam umieścić na blogu. Przepis pochodzi od Ani - Bajaderki, a dokładnie to receptura jej mamy, do której dołączam własne uwagi.
 
Zanim zaczniemy przygotowywać ciasto na pączki warto pamiętać o tym,  że wszystkie składniki powinny mieć pokojową temperaturę. Mąkę można nawet położyć na kaloryferze, żeby była ciepła.
 
 
 
Pączki z różą
 
 
 
 
Składniki na ok. 22-24 szt.
 
600 g mąki pszennej z dużą zawartością białka *
125 g miękkiego masła
1 szklanka ciepłego mleka
60 g drobnego cukru
50-55 g świeżych drożdży
8 żółtek dużych jaj
2  całe jaja
otarta skórka z 1 cytryny
kilka kropel olejku arakowego
 
330-350 g płatków róży utartych z cukrem**
 
tłuszcz do smażenia
cukier puder do posypania lub zrobienia lukru z gorąca wodą
opcjonalnie skórka pomarańczowa do polukrowanych pączków
 
*użyłam manitoby, polecam również mąkę typu "luksusowa"
 **można zastąpić zwartą konfiturą lub marmoladą o ulubionym smaku
 
Wykonanie:
 
Do ciepłego mleka rozkruszyć drożdże, dodać łyżeczkę cukru i łyżkę mąki. Odstawić do wyrośnięcia.
 
Masło utrzeć razem z cukrem na puszystą masę, następnie dodawać po 1 żółtku i ucierać tylko tyle, żeby żółtko połączyło się z masą. Na koniec dodać w ten sam sposób jaja.
 
Mąkę przesiać, żeby ją napowietrzyć. Dodać do niej wyrośnięte drożdże z mlekiem, utartą masę maślaną i pozostałe składniki. Wyrabiać ciasto aż stanie się miękkie, zwarte i odklejające się od ścianek naczynia (Bajaderka podaje, że powinno to trwać godzinę. Ja wyrabiałam ciasto robotem przez 30 min. Następnie gotowe już ciasto wyjęłam z dzieży i wyrabiałam rękoma na blacie kuchennym. Ciasto wyczuwałam jako jedwabiste i delikatne. Nie wymagało podsypywania mąką, gdyż pod własnym ciężarem świetnie odklejało się od podłoża. Po 10 min włożyłam ciasto do dzieży, przykryłam folią i wstawiłam do piekarnika "pod żarówkę". Wyrosło w ciągu 30 min.) Ciasto musi odpocząć i podwoić swoją objętość w ciepłym miejscu.
 
Następnie podzielić ciasto na części (zrobiłam to przy pomocy wagi-odmierzając kawałki po 50 g do maksymalnie 53 g). Lnianą, czystą ściereczkę zmoczyć w ciepłej wodzie i przykryć nią kawałki ciasta, żeby nie wysychały. Wyjmować spod ściereczki po jednej porcji, spłaszczyć delikatnie (żeby nie zniszczyć struktury) na kształt placka, wyłożyć na wierzch łyżeczkę utartych płatków róży z cukrem. Skleić dokładnie ciasto w "sakiewkę", uformować w kulę i odłożyć na deskę wyłożoną papierem do pieczenia stroną sklejaną (od niego dobrze wyrośnięty pączek się odklei). Gdy zrobimy ostatniego pączka, pierwsze trzy już powinny być wyrośnięte.
Dobrze wyrobione i wyrośnięte ciasto nie wymaga w czasie robienia pączków podsypywania mąką. Należy również pamiętać, że użyta na tym etapie będzie palić się w tłuszczu podczas smażenia.
 
Tłuszcz podgrzać w garnku do temperatury 180 stopni (używam  do sprawdzenia termometru cukierniczego). Do gotowego tłuszczu wkładać po trzy wyrośnięte pączki (więcej spowoduje spadek temperatury i pączki będą chłonąć tłuszcz) i smażyć z każdej strony po ok. 3 min. Jasna obrączka zrobi się na pączkach jeśli będą dobrze wyrośnięte, bo lekkie unoszą się na tłuszczu.  Usmażone pączki wykładać na papierowy ręcznik w celu odsączenia tłuszczu (przekręcam i zdejmuję pączki przy pomocy patyczka do szaszłyków).
Jeśli chcemy ozdobić pączki lukrem, to można to zrobić na ciepłych pączkach (mieszając cukier puder z gorącą wodą). Na świeżo polany lukrem pączek wyłożyć drobno pokrojoną kandyzowaną skórkę pomarańczową.
Jeśli chcemy oprószyć pączki cukrem pudrem, należy odczekać aż ostygną, bo inaczej cukier nam się na nich rozpuści.
 
 
 ***

 
 
Dziś, po roku od podróży  do stanu Maharasztra, znów wracam do  Mumbaiu. W zakładce PODRÓŻE znajdziecie kilka postów pokazujących to największe miasto Indii. Dziś  zapraszam Was w zakamarki, związane z chrześcijańską mniejszością jego mieszkańców. W 1534 roku sułtan Gudźaratu podarował to miasto Portugalczykom. Już w 1661 roku Mumbai przeszedł w ręce Brytyjczyków, jako posag Katarzyny Bragança, portugalskiej księżniczki,  następnie żony Karola II, a tym samym królowej Anglii i Szkocji. Mimo, że Mumbai był w rękach Portugalczyków tylko ponad sto lat, to do dziś jest to widoczne w życiu miasta i jego mieszkańców.
Khotachiwadi to  enklawa chrześcijańskiej mniejszości o portugalskich korzeniach. Składa się z drewnianych, dwukondygnacyjnych domów. Nie było łatwo tam trafić. Miejsce położone jakieś 500 m na północny wschód od Girgaum Chowpatty (czyli najbardziej znanej w Mumbaiu plaży, rozciągniętej wzdłuż Marine Drive). Aby znaleźć Khotachiwadi, najprościej jest dojść do do kościoła św. Teresy, na rogu Jagannath Shankarsheth Marg (JSS Marg) i Rajarammohan Roy Marg (RR Rd / Charni Rd), a następnie udać się naprzeciwko kościoła na JSS Marg i w dół drugą lub trzecią uliczką w lewo.

 
Historia Khotachiwadi sięga  1850r., kiedy to Dadoba Waman Khot, bramin, który posiadał ziemię w Girgaum ("dzielnicy" Mumbaiu) przyczynił się do rozwoju osady, składającej się z lokalnych rybaków, portugalskich imigrantów z Goa, pracujących dla Kompanii Wschodnioindyjskiej.
 
 
 
Domy zbudowano wśród społeczności hinduskich i muzułmańskich. Kręte i wąskie uliczki zapewniają dziś spokój od gwaru ulic Mumbaiu, bez riksz i taksówek.
 
 
 
Z 65 domów pozostało 28. Resztę rozebrano pod budowę nowoczesnych wieżowców.
 
 
Wszystkie werandy wykonane są z drewna tekowego sprowadzonego z Birmy, z dziedzińcami i zewnętrzną klatką schodową, która zapewniała wejście do położonych na górze sypalni i była drogą ewakuacyjną w razie pożaru. Ściany wykonano z wapienia i piasku.
 

Kaplica postawiona jako wotum wdzięczności za zachowanie przy życiu wszystkich mieszkańców Khotchatiwadi podczas epidemii dżumy w 1890 r. Kaplica pomalowana jest w kolorze kwiatów drzew, które dawniej rosły tuż obok. Dziś  obok kaplicy można podziwiać mural o tematyce chrześcijańskiej z charakterystycznymi ozdobami w stylu hinduskim - słoniami i kwiatami lotosu.

 
 
Będąc w innej części Mumbaiu - Bandrze, również zajrzeliśmy do chrześcijańskich zaułków dzielnicy. Kierowała nami ciekawość tych jakże odmiennych w hinduskiej rzeczywistości miejsc.
 
 
Ku naszej radości natknęliśmy się na karnawałową paradę, której celem nie była tylko zabawa.
 


 

 
Propagowano przede wszystkim hasła związane z zachowaniem czystości i dbaniem o środowisko miasta.
 





 
Bardzo podobało nam się to tętniące życiem i pozytywną energią miejsce oraz pomysłowość uczestników parady.
 
Życzymy Wam wspaniałych wypieków  i udanej, karnawałowej zabawy.
 
 

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...