W japońskich ogrodach.

W japońskich ogrodach.


Podczas podróży po Japonii odwiedziliśmy sporo ogrodów. Większość z nich otaczała różne świątynie.  Były to dla nas miejsca wytchnienia, kontemplacji piękna przyrody, relaksu, którego próżno było szukać w miejskim zgiełku. Wystarczyło wysiąść z autobusu, wejść przez bramę do ogrodu i mieliśmy wrażenie, że jesteśmy w innym świecie. Dziś to bardzo miłe wspomnienia. Marzy mi się wyjazd do Japonii w porze Hanami (kwitnienia wiśni), ale jeszcze bardziej w tej jesiennej, kolorowej.  Dlatego coraz częściej wracam wspomnieniami do japońskich wakacji i postanowiłam napisać nie o jakimś konkretnym miejscu, ale o różnych ogrodach, które z Piotrem odwiedziliśmy.
Według zasadniczych założeń japoński ogród ma naśladować przyrodę, powinien być harmonijny. Pierwsze zakładane ogrody były związane z religią shinto i  silnymi wpływami chińskimi, z taoizmem i buddyzmem (ok. VI w.). Jednak z czasem Japończycy wypracowali swoje własne zasady estetyki. Pierwsze prace o ogrodnictwie pojawiły się już w VIII wieku. Dziś ogrody traktowane są niczym dzieła sztuki, inspirowane naturą są jej interpretacją, a nie kopią. Mają być naturalne, ale nie dzikie. Są, mimo wspólnych zasad ich tworzenia, bardzo różne, pełne ukrytej symboliki, o której napisałam poniżej. Niezwykłe w dbałości o detale, eleganckie i proste, budzą zachwyt Japończyków i obcokrajowców. Bez ogrodów wizerunek tego kraju byłby niekompletny.
Ogrody, które widzieliśmy można podzielić na dwa rodzaje. Tsukiyama to ogród z pagórkami, kamieniami, stawami i strumieniami. 
(Kinkaku-ji - Świątynia Złotego Pawilonu - świątynia buddyjska zen, Kioto)

Chleb pytlowy na zakwasie z pestkami dyni.

Chleb pytlowy na zakwasie z pestkami dyni.

Dziś w październikowej Piekarni Amber moja propozycja chleba. Dziękuję Amber za zaproszenie. Bardzo lubię wspólne pieczenie, bo oprócz dobrej energii, która towarzyszy naszemu przedsięwzięciu, wiele się uczę i próbuję wypieków, o których istnieniu często nie wiedziałam. To bardzo inspirujące zajęcie, które wzbogaca również mój dom w nowe smakowe doświadczenia. Do październikowego pieczenia wybrałam chleb, który bardzo lubię. Prosty i wdzięczny, bo zawsze się udaje pod warunkiem posiadania aktywnego zakwasu. Pierwotny przepis pochodzi z bloga Wisly - Zapach Chleba, ale z czasem ewoluował i u mnie ostatecznie przyjął taką postać jak poniżej. Najczęściej piekę go z pestkami słonecznika, ale sezon dyniowy natchnął mnie do zmiany. 


CHLEB PYTLOWY NA ZAKWASIE Z PESTKAMI DYNI


Śladami Claude'a Moneta w Normandii.

Śladami Claude'a Moneta w Normandii.


Gdy wracam wspomnieniami do naszych podróży, tych długich czy krótkich, najbardziej trwałe okazują się wrażenia, składające się z widoków i emocji, które stają się kombinacją jakiejś chwili. Jest w tym pewien rodzaj sprzeczności, wszak wrażenie to coś bardzo ulotnego i osobistego...a okazuje się że to właśnie ono pozostaje niczym tafla na powierzchni wspomnień, w które próbuję się zanurzyć. Może ta skłonność spowodowała, że tak bardzo cenię sobie malarstwo impresjonistów, bo oni pragnęli przekazać nam wrażenia konkretnej chwili, z jej ulotnością kryjącą się w nastroju, oświetleniu, barwach. Dziś wspomnienia z podróży do miejsc, w których bywał największy spośród impresjonistów - Claude Monet. Pisałam już kiedyś o jego domu i ogrodzie w Giverny, miejscowości położonej w Normandii. Dziś zapraszam Was w podróż do innych miejsc tej krainy, związanych z malarzem, bo wywarła ona wielki wpływ na jego życie i twórczość.

Monet urodził się w Paryżu, jednak w wieku pięciu lat jego rodzina przeprowadziła się do Hawru. Jako młodzieniec zajmował się rysowaniem karykatur. W wieku 26 lat poznał malarza  Eugène Boudina i to wywarło ogromny wpływ na jego dalsze losy jako artysty. Boudin wprowadził go w arkana techniki olejnej i zachęcał młodego Moneta do malowania w plenerze, co w akademickim malarstwie było wręcz niedopuszczalne.

Wierny swojej pasji wyruszył do Paryża, by studiować malarstwo w Akademii Suisse. Nie sprostał tym samym oczekiwaniom ojca, który miał wobec niego inne plany dotyczące przejęcia rodzinnego sklepu w Hawrze. Było to przyczyną późniejszych napięć między nimi. Na nasze szczęście Claude Monet rozwijał się w Paryżu jako artysta, poznał również wielu innych o podobnych aspiracjach. Byli to Camille Pisarro, Frédéric Bazille, Alfreda Sisley czy Auguste Renoira, z którym połączyła go przyjaźń na całe życie. W ich towarzystwie chętnie wyjeżdżał na wspólne plenery i dzielił niedostatki codzienności. Z czasem założył rodzinę, której z trudem zapewniał środki do życia. Dopiero w okresie, gdy przeniósł się do Giverny zaczął odnosić sukcesy finansowe, mogące mu zapewnić możliwość kupienia domu i godnego życia.

Cały jego okres twórczości związany jest z wyjazdami czy pobytem w Normandii.

W 1856 roku w Rouen odbyła się pierwsza wystawa Moneta, na której pokazywano jego rysunki. Jednak najbardziej znane jego dzieła powstały dużo później i przedstawiają katedrę w Rouen. Mieliśmy szczęście obejrzeć jego obrazy w 
Musée des Beaux-Arts w Rouenw której odbywała się czasowa wystawa artysty z obrazami zgromadzonymi z różnych miejsc na świecie.  Wśród nich był ten poniższy obraz, przedstawiający panoramę miasta uwiecznioną ze Wzgórza Św. Katarzyny.

("Widok na Rouen")

Lawendowa brioszka na Światowy Dzień Chleba.

Lawendowa brioszka na Światowy Dzień Chleba.


Jak co roku 16 października obchodzimy  Światowy Dzień Chleba. Z przyjemnością celebrujemy ten dzień i dołączamy do akcji Zorry - WORLD BREAD DAY,  w której biorą udział piekarze - bloggerzy z rożnych krajów. Tym razem wypiek, którym ostatnio często się zajadamy. To lawendowa brioszka, na którą przepis znalazłam u Renaty prowadzącej bloga Forks'N'Canvas. Brioszka podbiła nasze serca, dlatego dziś w to szczególne święto przepis na nią gości na  blogu (z drobnymi odstępstwami od oryginału).

LAWENDOWA BRIOSZKA


Składniki na foremkę o wymiarach 31 cm x 12,5 cm

120 ml ciepłego pełnotłustego mleka
25 g świeżych drożdży
500 g mąki pszennej z dużą zawartością białka (użyłam manitoby)
5 jajek o temperaturze pokojowej
90 g cukru trzcinowego
1 łyżeczka ekstraktu wanilii

duża szczypta soli
175 g masła o temperaturze pokojowej, pokrojonego w kostki

2 płaskie łyżki suszonych, jadalnych kwiatów lawendy

1 jajko lekko ubite,  z odrobiną mleka do smarowania


World Bread Day 2016 (October 16)Zrobić rozczyn : mleko lekko podgrzać, rozkruszyć do niego drożdże i z odmierzonego cukru dodać 1 łyżeczkę, a z mąki 1 łyżkę. Wymieszać i odstawić w ciepłe miejsce, aż drożdże zaczną "bąbelkować".
Jajka utrzeć z cukrem na tyle, żeby stanowiły jednolitą masę, następnie dodać rozczyn, przesianą mąkę, sól i całość ucierać. Ja robię to mikserem i ukręcam, aż ciasto odchodzi od ścianek (ok. 10 min.). Następnie dodawać po kawałku masła. Gdy masa wchłonie je, dodawać kolejne kostki. Na koniec dodać ekstrakt waniliowy i lawendę, dobrze wymieszać, przykryć folią spożywczą i odstawić w ciepłe miejsce do podwojenia objętości (ok. 30 - 60 min.). Następnie ciasto odgazować, ponownie przykryć folią i wstawić do lodówki, najlepiej na całą noc.
Przygotować foremkę - wysmarować ją masłem i wysypać mąką. Po wyjęciu z lodówki (ciasto powinno w niej wyrosnąć) ciasto zwinąć w zgrabny rulon (dzięki temu znów je odgazujemy) i ułożyć w foremce do wyrośnięcia. Można również tak jak u Renaty pozwijać podzieloną na kawałki masę w rulony ( na 6-8 szt.).
Przykryć i odstawić do wyrośnięcia aż podwoi swoją objętość (od 30 do 60 min.). Przed pieczeniem posmarować brioszkę jajkiem rozbełtanym z odrobiną mleka. Piec w 190 stopniach przez 30-40 min. W piekarniku ciasto jeszcze rośnie! Po upieczeniu wyjąć z foremki i ostudzić na kratce. Moja brioszka ze zdjęcia miała 15 cm wysokości :)