Duszony jeleń w pikantnym sosie winno-czekoladowym. Spektakularne szkockie zamki - Eilean Donan.

Duszony jeleń w pikantnym sosie winno-czekoladowym. Spektakularne szkockie zamki - Eilean Donan.

Kontynuujemy nasze kulinarne doświadczenia z dziczyzną i wspomnienia ze Szkocji. Dziś będziemy dusić udziec jelenia. To jeden ze sposobów na uzyskanie głębokiego smaku z dobrego jakościowo mięsa. Jeśli posiadacie tańsze części mięsa - karczek lub łopatkę jelenia, będą równie dobre. Uparcie promujemy to pyszne, choć trudno dostępne mięso, bo ma w sobie niezwykły aromat i jak rzadko które świetnie komponuje się z owocami ogrodowymi i leśnymi. Tym razem mięso wykorzystamy nieco inaczej. Wiedzcie też, że dziś możecie zastąpić je wołowiną.

Nigdy nie byłem przekonany do podawania mięs z sosem czekoladowym, choć od czasu do czasu słyszałem o takich próbach. Gdy zapoznałem się z przepisem z magazynu "Good Food" stwierdziłem, że zaryzykuję. Zmodyfikowałem nieco przepis dodając pikantnej nuty, która według mnie wspaniale komponuje się z gorzką czekoladą. Było pysznie, ale od razu uprzedzam - podajcie danie z warzywnym puree np. z selera, do tego intensywne w smaku czerwone wino, które zrównoważy mocny sos. I skromnie z czekoladą. W przepisie jest 1 deko, czyli 1/10 tabliczki czekolady. Uwierzcie, że tyle wystarczy.


PIKANTNY DUSZONY UDZIEC JELENIA W SOSIE WINNO-CZEKOLADOWYM Z WARZYWAMI



Tarta cytrynowa. Na słodko w Paryżu.

Tarta cytrynowa. Na słodko w Paryżu.

Uwielbiam tarty cytrynowe. Jeśli gdzieś zamawiam coś słodkiego, a w menu jest tarta cytrynowa, to z niej nie rezygnuję :) Mam do nich słabość. Kilka lat temu obejrzałam film "Toast" ("Tost. Historia chłopięcego głodu"), opowiadającego o losach Nigela Slatera. Piekłam wtedy przez jakiś czas tarty z włoską bezą. Nie jest to jednak to czego szukałam. Wolę proste tarty cytrynowe. Dziś właśnie przepis na mój ideał. Tak...to trochę ryzykowne sformułowanie, ale w końcu smak to bardzo indywidualna sprawa.

Tarta cytrynowa


Składniki na lemon curd:
wg Davida Lebovitza

225 ml soku z cytryny
115 g  drobnego cukru
150 g masła
4 jaja
3 żółtka

Należy przygotować metalową miskę, w której można gotować na parze oraz garnek.
Otrzeć skórkę z dwóch wyparzonych cytryn do miski. Wycisnąć sok z tych i pozostałych owoców i wlać przecedzony do garnka, dodać cukier i masło, podgrzewać i mieszać aż masło i cukier rozpuszczą się.
W osobnym (dostatecznie dużym, żeby dodać masę z garnka) naczyniu ubić jajka z żółtkami. Kiedy mieszanina soku będzie ciepła (nie gorąca!) dodać ją strumieniem do jajek pamiętając o tym, żeby cały czas mieszać jajka na wysokich obrotach. Wlać mieszaninę do garnka i na małym ogniu podgrzewać cały czas mieszając do momentu aż zgęstnieje. Potrwa to kilka minut.
Otrzymaną masę wlać do miski z otartymi skórkami z cytryny (najlepiej to zrobić przez sito) i wymieszać. Zagotować trochę wody w garnku i ustawić na nim miskę z custardem. Mieszać cały czas (najlepiej trzepaczką rózgową) żeby dodatkowo go zagęścić. Jeśli miska będzie się mocno nagrzewać , to zdejmować ją na blat, ale nie przerywać mieszania. Po chwili znów ustawić ją na parującym garnku. Trwa to od 8-10 minut.
Otrzymany lemon curd można zużyć od razu lub po ostudzeniu włożyć do pojemnika z przykrywką i wstawić do lodówki.
  
Składniki na ciasto:
składniki na foremkę prostokątną o wymiarach zewnętrznych 35cm x 11cm lub okrągłą o średnicy 22cm 

170 g mąki krupczatki
70 g masła
40 g cukru pudru
2 żółtka jaj L
szczypta soli
1-2 łyżki zimnej wody

Ciasto szybko zagnieść (lub zmiksować w melakserze), tylko do połączenia składników w gładką masę. Włożyć zawinięte w folię na godzinę do lodówki. Po odpoczynku w chłodzie wyłożyć ciasto i odczekać kilka minut. Rozwałkować i wyłożyć wysmarowaną tłuszczem formę do tarty. Nakłuć widelcem ciasto, przykryć pergaminem i obciążyć. Piec w nagrzanym piekarniku do 180 stopni przez 20 min.
Następnie na podpieczony spód wylać lemon curd i piec 8-10 minut.

 

Dodatkowe uwagi:
-smak tarty zależy od kwaśności cytryn, wybierajcie więc dojrzałe owoce i próbujcie sok,
-tartę można podać z małymi bezikami lub quenelle z bitej śmietany z cukrem, co złagodzi kwaśność.



***


We Francji trudno mi było przejść obojętnie obok pattiserie. Muszę chociaż popatrzeć, bo te wszystkie cukiernicze wyroby wyglądają jak małe dzieła sztuki.


W Paryżu mieliśmy dwa obowiązkowe punkty - cukiernie Laduree i Pierre Hermé. Obie firmy mają kilka punktów w Paryżu i wybraliśmy sobie te, które były dla nas przy trasie zwiedzania. Pierra Hermé nie trzeba przedstawiać miłośnikom słodkości. Jest autorem popularnej w Polsce książki "Desery". W czwartej generacji cukiernik dziś osiągnął już chyba wszystko. Uznanie w branży (określany jest jako Picasso cukiernictwa) i wśród klientów oraz butiki w kraju i poza nim ze swoimi wyrobami. Odwiedziliśmy salon przy 4 rue Cambon.


W miłym wnętrzu najpierw skupiliśmy się na oglądaniu.


Kusiły nas ciasta, ale nie miały one szans przy


czekoladach


i czekoladkach, którymi nas poczęstowano.


Ostatecznie kupiliśmy makaroniki. Zupełnie nieświadomie wybrałam dla siebie ispahan, nie wiedząc, że zostały one uznane jako najlepsze autorstwa Hermé. Zaintrygowała mnie nazwa i skład (róża, liczi i maliny). Piotr wybrał mogador - kombinację marakui i mlecznej czekolady i też były pyszne.


Ladurée jest wiekową marką. Początki cukierni sięgają aż 1862 roku. Są podobno najbardziej znanym wytwórcą makaroników i sprzedają ich 15 000 dziennie.  Tu wystawa w letnim klimacie.


Taka ilość sprzedaży mnie nie dziwi, gdyż Ladurée ma swoje salony na wszystkich kontynentach - najwięcej w Europie, nieco mniej w Azji. Łącznie jest ich 48.


Rozwój firmy nastąpił od 1993 roku, kiedy została ona przejęta przez Holder Groupe. My wybieramy cukiernię na rue Bonaparte (pod numerem 21). W środku prawdziwe cuda cukiernicze.


Kusimy się na makaroniki...ale bez wielkich szaleństw.



Ceny w salonach cukierniczych są adekwatne do sławy marki ;)


Odwiedzamy jeszcze niedaleko położony, bo pod numerem 27 salon  Richart słynący z czekoladek.


Misternie ozdobione wzbudzają zachwyt. Każdy kolor łączy się z innym smakiem.


Podziwiamy też makaroniki, ale nie kusimy się już na zakupy.

 

Namawiamy Was za to na domową tartę cytrynową ;)
Marynowany, pieczony filet łososia z ziemniaczanym "risotto", mini fondantami ziemniaczanymi i świeżą sałatką z rukoli. Chałupy zimą.

Marynowany, pieczony filet łososia z ziemniaczanym "risotto", mini fondantami ziemniaczanymi i świeżą sałatką z rukoli. Chałupy zimą.

Nie mam na myśli chałup pokrytych śniegiem na Mazurach, ani tych spod których dachów w Zakopanem zwisają sople lodu. Wybraliśmy się na półwysep Helski. Piękna plaża, piękna pogoda i prawie brak śladu zimy. W sam raz na długi, trzygodzinny spacer.

Najpierw jednak rzućmy okiem na dzisiejsze danie. Mamy złe doświadczenia z konsumpcji łososia poza domem. Spora część naszych restauratorów nie potrafi dobrze go przyrządzić. To przykre, biorąc pod uwagę, jak nieskomplikowany to do przygotowania produkt. Przegotowują go, przesmażają, za długo trzymają w piecu. Efektem jest wysuszona i niejadalna dla nas ryba. Postanowiłem zatem podać łososia tak jak lubimy, by był pysznie soczysty. A podamy go z ziemniakami inaczej.

MARYNOWANY PIECZONY ŁOSOŚ Z ZIEMNIACZANYM "RISOTTO",
MINI FONDANTAMI ZIEMNIACZANYMI I SAŁATKĄ Z RUKOLI 



Składniki (porcja na dwie osoby):

300-350g fileta z łososia
70ml wytrawnego białego wina

na marynatę do łososia:
musztarda
miód
sok z cytryny
mały posiekany ząbek czosnku
kilka kropel sosu Worcestershire
sól, pieprz, szczypta chili

na mini fondanty ziemniaczane:
wykroić niewielkie "walce" z ziemniaka o średnicy ok.1cm i wysokości ok. 1-1,5cm - 12 sztuk
gałązka tymianku
łyżka masła klarowanego

na ziemniaczane "risotto":
2 ziemniaki
szalotka
pół ząbka czosnku
50ml półwytrawnego sherry (jeśli nie macie użyjcie białego wina)
pół szklanki bulionu
łyżka startego parmezanu
łyżeczka masła
sól, pieprz

na sałatkę z rukoli:
rukola
vinegrette: oliwa, balsamico, miód, pół posiekanego ząbka czosnku, sól, pieprz
starty parmezan

Wykonanie:
Fileta z łososia pozbawiamy skóry. Następnie przekrawamy w miejscu, gdzie staje się cieńszy. Przekrawamy na pół, by otrzymać cztery kawałki, dwa grubsze i dwa cieńsze. Przygotowujemy marynatę (ilość składników należy tak dobrać, by smak był zbalansowany; pomieszać i próbować, ewentualnie zmienić proporcje). Kawałki łososia smarujemy marynatą i odstawiamy na 30 minut.

W międzyczasie wykrojone fondanty smażymy na maśle klarowanym, aromatyzowanym gałązką rozmarynu. Zmniejszamy ogień i smażymy, obracając je co kilka minut. W zależności od wielkości zajmie to około 15 minut. Odstawiamy.

Przygotowujemy ziemniaczane "risotto". Obrane ziemniaki kroimy na cieniutkie plastry grubości ok. 1mm (ja robię to na maszynie do krojenia chleba). Następnie kroimy je na paski, równiez grubosci ok. 1mm i w końcu na malutkie cząstki wielkości ziarnka ryżu. Warto przyłożyć się do tego, bo nierówno lub zbyt grubo pokrojone kawałki będą niedogotowane.
W garnku na oliwie na dużym ogniu podsmażamy posiekaną drobno szalotkę z czosnkiem, po czym dodajemy pokrojone ziemniaki. Mieszamy, deglasujemy półwytrawną sherry. Zmniejszamy ogień i dodajemy porcję bulionu. Przykrywamy garnek i dusimy. Dodajemy do smaku sól i pieprz. Ziemniaki w przeciwieństwie do ryżu nie chłoną bulionu, dlatego należy dolewać go w bardzo małych ilościach, mieszając co jakiś czas potrawę. Gotujemy na małym ogniu około 20 minut. Czas gotowania będzie zależał od wielkości cząstek ziemniaków. Na koniec wyłączamy ogień, dodajemy starty parmezan i masło. Mieszamy i przykrywamy, by potrawa odpoczęła przez kilka minut. Technika gotowania jest analogiczna jak w przypadku przygotowania risotto, ilość bulionu zaś znacznie mniejsza.

W międzyczasie przygotowujemy łososia. Pamiętajcie, by miał temperaturę pokojową. Jeśli będzie prosto z lodówki upiecze się na zewnątrz, wnętrze zaś pozostanie pół surowe. Zamarynowane duże kawałki pieczemy w piekarniku 180 stopniach C, w małej brytfance z białym winem przez 13-14 minut. Po 4 minutach dokładamy "cieńsze" kawałki łososia. Te będą piekły się maksymalnie 10 minut.

Przygotowujemy sałatkę z rukoli. Umytą i wysuszoną rukolę łączymy z winegrettem i startym parmezanem.

Podajemy kawałki fileta łososia na ziemniaczanym "risotto", z ziemniaczanymi mini fondantami i sałatką z rukoli. Z drobnym dodatkiem ostrej papryczki dla niestroniących od pikanterii. To lekkie, acz pożywne danie wyzwoli chęć na dłuższy, energetyczny spacer, albo ukoi głód bezpośrednio po nim.
***

Dziś zawitaliśmy znacznie bliżej niż zwykle. Okolice Chałup na Półwyspie Helskim są jednym z naszych ulubionych miejsc poza sezonem. Nie ciągnie nas do komercyjnej Jastarni, czy Juraty. Tu jest przyjemnie pusto. Wystarczy zatrzymać się na jednym z leśnych parkingów. Gdzie? Tam gdzie stoi zaledwie kilka samochodów. Czasem żaden.

Gdy dopisuje pogoda, świeci słońce i brak jest wiatru, trudno znaleźć bardziej pociągające miejsce w naszej strefie klimatycznej. Inaczej wówczas prezentuje się morze. Jest błękitne i zachęca, by się w nim zanurzyć. Tylko rozsądek podpowiada, że to nie ten czas.

Nawet ptaki wolą obserwować morską toń z drewnianych falochronów. A wcale nie muszą, bo wokół pustka i prawie nie ma ludzi. 


Widać jednak, że oprócz nas jakieś stworzenia korzystają z uroków spaceru zimową plażą. Przeszły ledwo chwilę temu. Moment i kolejne fale wyczyszczą ich świeże ślady.


Jesteśmy nad otwartym morzem, więc mimo braku wiatru spieniona woda dowodzi, że żywioł ma się dobrze. Czasem, zwłaszcza gdy dotrzemy tu w środku tygodnia, na horyzoncie widać przepływające statki. Dziś w to świąteczne popołudnie horyzont mieni się jedynie kolażem wydobytym z chmur i słonecznego światła. Dzień jest krótki, nie znaczy że nie jest piękny.


Pogoda potrafi zmienić się w chwil kilka. Dziś jest jednak bardzo łaskawa, mimo formującej się gdzieś w oddali warstwy chmur. Piasek o tej popołudniowej porze przybiera odcienie szarości, zaś woda pieszczona ostatnimi promieniami słońca mieni się różnymi kolorami. Pastelowymi, ciepłymi, zgoła innymi niż temperatura otoczenia.
Czas na powrót do domu.


Mija kolejny dzień. Przychodzi czas kolacji. Mewy, jak my, też pewnie myślą ... czas na rybę.

Rustykalny chleb hiszpański i pueblos blancos.

Rustykalny chleb hiszpański i pueblos blancos.

Znów pieczemy razem chleb. Wyboru wypieku do Styczniowej Piekarni Amber dokonała Ania z Bajkorady. Przepis pochodzi z tej strony. Chleb pyszny, wdzięczny w wykonaniu, chętnie będę go powtarzać, polecam :)


Rustykalny chleb hiszpański/ Pan Rustico

 
Starter:

– 150 ml ciepłej wody
– 1 łyżeczka cukru
– 26 g świeżych drożdży

– 125 g mąki pszennej chlebowej (użyłam typu 650)

Wodę wymieszać z cukrem i drożdżami. Pozostawić w ciepłym miejscu około 10 minut. Wymieszać z mąką, uzyskując konsystencję  pasty. Przykryć folią i zostawić w temp. pokojowej na 24 godziny.

Ciasto właściwe:

– 200 ml ciepłej wody
– 1 łyżeczka cukru
– 9 g świeżych drożdży

– 275 g mąki pszennej chlebowej( typ 650) + do podsypywania
– 100 g mąki pszennej razowej (typ 1850)
– 1 łyżeczka soli
– 1 łyżka oliwy


Wodę wymieszać z cukrem i drożdżami. Odstawić na 10 minut. Mąki wymieszać z solą, starterem, rozpuszczonymi drożdżami oraz oliwą. Mieszać łyżką do osiągnięcia lepkiego ciasta. Przenieść na stolnice i zagniatać przez ok. 10 minut, aż będzie elastyczne i gładkie (rozciągać ciasto i składać z powrotem do siebie). Nie podsypywać zbyt dużo mąki, żeby ciasto nie zrobiło się za suche. Gotowe przełożyć do naoliwionej miski i odstawić na min. 1 godzinę do wyrośnięcia (podwojenia objętości)
Blachę wysypać mąką.
Ciasto przełożyć na blachę. Rozciągnąć na ok. 30 cm długości złożyć na pół – czynność dwukrotnie powtórzyć. Uformować bochenek i naciąć go kilkakrotnie ostrym nożem. Posypać mąką i odstawić w ciepłe miejsce na 45-60 minut (powinien dobrze wyrosnąć).
Wstawić do piekarnika rozgrzanego do 240 stopni. Piec ok. 20-25 minut, aż się zarumieni, a spód będzie wydawał głuchy odgłos. Studzić na kratce.
p.s.
-do ciasta właściwego dodałam 50 g mąki, w oryginale jest to 225 g,
-gdy chleb wyrastał przed pieczeniem, ułożyłam go na blasze tuż przy brzegu i z drugiej strony położyłam zrolowaną, omączoną ściereczkę; dzięki temu chleb nie rozlał się i zachował ładny kształt (miał długość 38 cm).

Pan Rustico na blogach:

Akacjowy blog
Bajkorada
Eksplozja smaku
Fabryka kulinarnych inspiracji
Grahamka, weka i kajzerka
Jagodziana Coffee
Każdy ma jakiegoś bzika
Konwalie w kuchni
Kuchnia Alicji
Kuchnia Gucia
Kuchennymi drzwiami
Kuchenne wojowanie
Kulinarne przygody Gatity
Leśny zakątek
Magnolia rozmaryn
Manufaktura Moni
Małe kulinaria
Mozaika życia
Nie tylko na słodko
Nieład malutki
Ogrody Babilonu
Posadzone i zjedzone
Proste potrawy
Smak mojego domu
Smakowity chleb
Smakowe kubki
Stare gary
Sto kolorów kuchni
W poszukiwaniu slowlife
Ugotujmy to
Zacisze kuchenne
Z miłości do słodkości


Chleb dodaję do comiesięcznej listy Wisly NA ZAKWASIE I NA DROŻDŻACH, która w styczniu gości u Agaty na blogu Kulinarne przygody Gatity oraz do PANISSIMO.

***

Hiszpański chleb rustykalny przywołał wspomnienia z Hiszpanii. Dziś zapraszam Was do pueblos blancos czyli białych miast Andaluzji.

 Gaucin

Tak nazywane są miasta i miasteczka, które leżą na terenie gór Sierra de Grazalema  oraz Parku Narodowego Andaluzji – Parque Natural de la Sierra Grazalema (prowincja Kadyksu i Malagi). 


Dawniej były to ufortyfikowane twierdze, które miały zapewnić mieszkańcom bezpieczeństwo.
Cortes de la Frontera
Ich nazwa wzięła się od bielonych wapnem ścian (mającego właściwości antybakteryjne), które odbijają słoneczne światło.
Wszystkie budynki mają dachy pokryte płytkami w odcieniach brązu.

Pierwotnie były to osady budowane i zamieszkiwane przez Berberów z północnej Afryki. Istniały już na początku pierwszego tysiąclecia. Podczas rekonkwisty chrześcijanie pokonali Berberów, przejęli miasta, ale zachowali w nich dawny układ architektoniczny i elementy architektury mauretańskiej. Wybudowano w nich przynajmniej jeden kościół, który zwykle góruje nad miastem, aby podkreślić zmianę jaka dokonała się na tych ziemiach. Tak jak tu w Casares.

Poniżej Olvera z widocznym na wzgórzu kościołem i arabską fortecą.


Wokół niej znajdują się największe na świecie plantacje oliwek.
Setenil de las Bodegas to wyjątkowe miasto rozciągające się wzdłuż rzeki Trejo. Niektóre z domów przylegają do nawisów skalnych wyrzeźbionych przez rzekę w wulkanicznym tufie.
Ronda to jedno z najefektowniej położonych miast nad urwistą, wapienną rozpadliną.  


Była jednym z ostatnich bastionów arabskich zdobytych przez chrześcijan. Z pewnością położenie miasta było wielkim atutem obrońców. 

Między pueblos blancos prowadzi malownicza trasa wśród pofałdowanych terenów rolniczych,

 
lasów z dębów korkowych,

 
łąk pokrytych późną zimą dzikimi narcyzami.


Przy drogach można zobaczyć budzące się do życia migdałowce


i odpoczywające po płodnej jesieni kasztanowce.


Pieczony udziec jelenia z aromatycznymi pomarańczami i warzywami. Urok szkockich dolin - Dolina Łez, Glen Coe.

Pieczony udziec jelenia z aromatycznymi pomarańczami i warzywami. Urok szkockich dolin - Dolina Łez, Glen Coe.

Mięso jelenia nieodmiennie kojarzy nam się za Szkocją. Jedliśmy tam najlepsze potrawy w kilku restauracjach. Na doświadczeniach tamtejszych Szefów uczyliśmy się przygotowywać mięso w domu. Z wielu opisów w internecie wiemy, że hodowlane jelenie są łatwiejsze w przygotowaniu, niż prawdziwa dziczyzna. Mięso jest bardziej kruche i nie wymaga specjalnych zabiegów. W przeciwieństwie do wołowiny niewskazane jest marynowanie, zwłaszcza z udziałem alkoholu. Mięso z jelenia jest chude i świetnie komponuje się z owocami, zwłaszcza porzeczkami, czy jeżynami. Uwielbia też owocowe sosy na bazie wina, porto, czy sherry.

Trafiłem ostatnio na stronę zawierającą kilka ciekawych przepisów z mięsa jelenia. Był tam polecany przez uhonorowanego tytułem Szefa roku w Glasgow, Geoffrey'a Smeddle, udziec z pomarańczami i warzywami. Choć przepis znacznie zmodyfikowałem, to inspiracja pochodzi właśnie od niego. Połączenie jelenia z zimowym smakiem pomarańczy aromatyzowanych egzotycznymi przyprawami wydało mi się doskonałe. Mięso upieczone zostało idealnie. Spójrzcie na te wciąż lekko różowe w środku kawałki udźca. Warto więc skorzystać z doświadczeń Geoffrey'a co do czasu pieczenia. Zjedliśmy, smakowało, polecamy. Bardzo polecamy...


PIECZONY UDZIEC JELENIA
Z AROMATYZOWANYMI POMARAŃCZAMI I WARZYWAMI



Składniki (na 3 porcje):

550 g udźca jelenia bez kości
łyżka masła klarowanego
sól, świeżo mielony pieprz
2 duże marchewki, posiekane
ząbek czosnku, posiekany
mała biała cebula, posiekana
gałązka rozmarynu i tymianku

pomarańcza
500 ml wody
łyżeczka cukru
50 ml octu winnego
kawałek kory cynamonu
3 rozkruszone owoce jałowca
2 goździki

Przygotowanie:

Najpierw zajmujemy się pomarańczą. Kroimy ją na cieniutkie plastry o grubości ok.1 mm wraz ze skórką (robię to na maszynie do krojenia chleba). Plastry gotujemy w wodzie przez trzy minuty. Zlewamy wodę, odstawiamy plastry pomarańczy. Na patelnię wlewamy kolejne 250 ml wody. Dodajemy laskę cynamonu, cukier, rozkruszony jałowiec i goździki. Zagotowujemy. Dodajemy plastry pomarańczy i gotujemy na minimalnym ogniu przez 40 minut. Po tym czasie skórka przestaje być gorzka. Odcedzamy, odstawiamy.

Warzywa przez kilka minut obsmażamy na maśle klarowanym. Wykładamy z patelni i odstawiamy.
Związany sznurkiem (w celu uzyskania odpowiedniego kształtu) udziec przyprawiamy solą i świeżo mielonym pieprzem.  Obsmażamy na maśle klarowanym ze wszystkich stron. Dokładamy wcześniej obsmażone warzywa oraz zioła, kładziemy na nich udziec i pieczemy w piekarniku w 200 stopniach C przez  18 minut. Stosujemy zasadę, że każde 450 g mięsa z udźca jelenia piecze się przez 15 minut. Mięso jest wówczas lekko krwiste, w przypadku jelenia - idealne. Mięso musi jeszcze odpocząć około 10 minut. Po tym czasie kroimy je na plastry.

Składamy danie.

W czasie, gdy mięso odpoczywa układamy na talerzu 4 plastry pomarańczy. Wkładamy do piekarnika i podgrzewamy talerz przez kilka minut. Pokrojone plastry udźca jelenia układamy na pomarańczach. Na nich układamy warzywa. Całość podajemy z kuskusem lub quinoa.


Konsumujemy i wspominamy, no właśnie, jedną z najpiękniejszych...

Są takie dwie szkockie doliny, które darzymy wyjątkową atencją. Dziś kolej na Glen Coe, czyli Dolinę Łez. O Glen Affric pisaliśmy ostatnio. Porównanie ich to jak konkurs między Miss Świata, a Żoną. Tą pierwszą podziwiasz przez chwilę, z tą drugą chcesz spędzić resztę życia. Nawet jak będziesz chwalił uroki Glen Coe, to u bram Glen Affric zbudujesz dom. Glen Coe jest wielce spektakularna, Glen Affric uroczo piękna, duchowo bliska. Starczy porównań.

Nie ma wątpliwości, że Glen Coe zachwyci każdego. Wyrastające z ziemi szczyty, mieniące się różnymi kolorami, urozmaicające krajobraz rzeczki i wodospady definiują piękno tego dzikiego rejonu. Ale i turystów tam sporo, choć my mieliśmy szczęście być prawie sami.

Trafiliśmy tam po południu. Mieliśmy zaledwie kilka godzin, by powędrować, zatrzymać się, delektować urokami doliny. Popołudniowe słońce rozświetlało zielono-wrzosowy krajobraz, a cisza pomogła w jego kontemplacji.


Glen Coe zajmuje 57 kilometrów kwadratowych. Znajduje się tu osiem Munros, czyli szczytów sięgających trzech tysięcy stóp. Dolina wraz z okalającymi ją górami powstała jakieś 420 milionów lat temu w wyniku ogromnej erupcji wulkanu. Dzisiejszy kształt doliny i gór jest wynikiem przechodzącego 10 tysięcy lat temu lodowca, który uformował gigantyczne "kopce" i wyrzeźbił w skałach najdziwniejsze kształty.


My nie mieliśmy planów wspinania się na szczyty. Skupiliśmy się na wędrówce szlakiem w dolinie, mając wokół siebie perspektywę okolicznych gór. Czas nie był naszym sprzymierzeńcem, pogoda - jak najbardziej. Przed nami An Torr Woods i Signal Rock. Poszliśmy ścieżką wzdłuż szlaku, który mimo że płaski odkrywał przed nami spektakularne widoki.


Te zmieniały się co chwilę, ale ich wspólną cechą była zieleń traw, purpura wrzosów, szarość skał, błękit nieba i biel chmur.  Pomijam dziesiątki odcieni tych kolorów, które tworzyły obraz niczym malowany przez impresjonistę.


Pustka i dramatyzm tych krajobrazów przywołuje również wyjątkową historię. Masakrę z Glen Coe. Otóż 13 lutego 1692 roku o świcie rządowe wojsko pod dowództwem Roberta z klanu Campbellów wykorzystały gościnność klanu MacDonaldów mordując 38 osób, w tym kobiety i dzieci. Honor nakazywał ugościć nawet wroga. Wróg tego nie docenił. Wielu z klanu MacDonaldów uciekło w góry, gdzie część nie przeżyła skrajnie zimowych warunków.  A wszystko odbyło się na rozkaz Williama III, władcy Anglii i Irlandii.


Szlak biegnie dalej. Przemieszczamy się kawałek samochodem, po czym wchodzimy na kolejną ścieżkę. Kolor zieleni zniewala choć to końcówka lata, ale do tego w Szkocji zdążyliśmy się już przyzwyczaić.


Oto dwie z Trzech Sióstr (Three Sisters), czyli trzech szczytów tworzących spektakularny górski łańcuch. Za nimi kryje się najwyższy szczyt Glen Coe, Bidean nam Bian o wysokości 1150m n.p.m. Te góry nie porażają wysokością, ale zmienne warunki w Szkocji sprawiają, że nie są tak łatwe do zdobycia.


Pustka i przestrzeń sprzyja dzikim zwierzętom. Nie trudno spotkać tu jelenie, a nad głową spostrzec sokoły i orły.


Wodospad Glen Coe to strumień spadający kilkanaście metrów w dół. Na pewno w trakcie deszczu wygląda bardziej dramatycznie, ale dla nas dobra pogoda jest lepszą alternatywą. Pojęcie tłumu w Szkocji definiuje tych kilka, czy kilkanaście osób przyglądających się wodospadowi z innej niż my perspektywy. Kontemplujemy szum wody, robimy zdjęcie i udajemy się dalej...

... mijając kolejne zielone połacie równiny i szare skały na tle zachmurzonego już nieba. Słońce jest w odwrocie, bo oto nastało późne popołudnie.


Wreszcie docieramy do Buachaille Etive Mor. To tu pionierzy Szkockich wspinaczy wyznaczali nowe drogi by zdobyć ten niepozorny szczyt. Strome podejście i bagniste zejście wymagają doświadczenia. Zimą zaś bez czekana, raków i umiejętności amator niewiele zdziała. Nam pozostaje udowodnić, że jest to jeden z najczęściej fotografowanych szczytów.



Poniższe zdjęcie dowodzi, że oprócz góry sama okolica warta jest podziwu. Oto łąka, kwiaty i dolina ciągnąca się w dal. 


Charles Dickens nazwał tą okolicę cmentarzyskiem gigantów. Coś jest w tym określeniu.


Pobyt w Glen Coe był dla nas krótką, bo zaledwie kilkugodzinną wycieczką. Podtrzymał w nas przekonanie o pięknie szkockich krajobrazów, ale też przekonał, że na pewno tu wrócimy. I choć w Glen Coe spędzimy pewnie co najmniej dobę, to nie zapomnimy o Glen Affric, naszej wyjątkowej, duchowej przystani.