Bajgle

Bajgle

Po preclach czas na bajgle czyli bułeczki z dziurką, wywodzące się z żydowskiej tradycji kulinarnej. Kuchnia żydowska jest dla mnie coraz bardziej interesująca, zwłaszcza jeśli chodzi o wypieki. Dlatego w ostatnim czasie pojawiły się na blogu rugelach, chałki, a teraz bajgle. Oświadczam, że na tym nie koniec ;)


Bajgle


proporcja na 12 bajgli:

500 g maki pszennej typ 650
300 g letniej wody
7 g drożdży instant/ 10-11 g drożdży suszonych
2 płaskie łyżeczki soli
1 łyżka cukru trzcinowego

dodatkowo
1 łyżka oleju roślinnego
1 łyżeczka masła
sezam czarny i biały
mak
płatki owsiane
1 białko jaja
2 łyżki cukru

Wodę wymieszać łyżką w dzieży miksera razem z cukrem i drożdżami i odstawić na ok. 5 minut. Dodać mąkę i sól, miksować końcówką z hakiem ok. 10 minut. Potem wyjąć ciasto i jeszcze zagnieść przez chwilę rękoma. Ciasto powinno być gładkie i elastyczne i nie powinno przywierać do rąk. Posmarować ciasto olejem, włożyć do misy i odstawić pod przykryciem do podwojenia objętości (od. 45 do 60 min.). 

Po tym czasie wyjąć ciasto z misy, podzielić na 12 części. Każdą część ukształtować w kulę. Następnie przy pomocy palca wskazującego zrobić w środku dziurę i okręcić ciasto na palcu jak hula hop. W ten sposób rozciągamy ciasto z dziurką w środku. Średnica  otworu powinna mieć ok. 5 cm. Jeśli ciasto jest nierówne, to palcami ugnieść te miejsca i wyrównać. Następnie odłożyć pod ściereczkę do wyrośnięcia na dobrze omączonej powierzchni. Odczekać 30 minut, ale już pod koniec wstawić wodę 2-3 litry z dwiema łyżkami cukru. Rozgrzać piekarnik do 220 stopni C. Przygotować również dwie blachy wyłożone pergaminem. Każdy arkusz dodatkowo wysmarować masłem. Roztrzepać białko z 1 łyżką wody do smarowania bajgli.

Pracę rozpocząć od bajgli, które zrobiliśmy jako pierwsze. Bułeczki wkładać do wrzącej wody po 3 sztuki,  na ok. 1 minutę. Następnie przewrócić na drugą stronę i powtórzyć czynność. Po tym czasie przy pomocy łyżki cedzakowej wyjmować pojedynczo bajgle. Przy wyjmowaniu stuknąć łyżką o brzeg garnka, żeby woda opadła. Bajgle wyłożyć od razu na pergamin i powtórzyć z kolejną trójką. Ułożyć po 6 na blasze. Posmarować je roztrzepanym białkiem, posypać sezamem, płatkami owsianymi i makiem i włożyć do nagrzanego piekarnika na 20-22 minuty. W czasie gdy piecze się pierwsza partia przygotować analogicznie pozostałe sześć, powtarzając czynności. Bajgle po  upieczeniu ostudzić na kratce. Smacznego :)
Miękkie, domowe precle.

Miękkie, domowe precle.

Przyznam, że wspólne wypiekanie to jedno z bardziej oczekiwanych przeze mnie zajęć. I nie chodzi tu o czas pandemii, ale o to, że wielu wypieków po prostu nigdy  bym nie zrobiła. Przyczyn jest wiele ;) Nie znałam przepisów i nie wiedziałam, że "coś" takiego istnieje. Tak jak z croissantami, przymierzałam się jak przysłowiowa "sójka za morze". Doszłam do wniosku, że nie ma po co wychodzić ze strefy komfortu i robić tak trudny wypiek. A jednak się udało i warto było. Teraz Amber "wynalazła" dla nas precle. Pewnie nie pomyślałabym, że mogłabym je zrobić. Na oko to takie mało praktyczne pieczywo ;D Oj byłam w błędzie. To pyszny dodatek do dań i przekąsek, który zniknął w okamgnieniu. Precle są mięciutkie, pyszne i będę je powtarzać. Z pewnością od razu z podwójnej porcji, bo teraz nawet nie miałam okazji sprawdzić jak smakują następnego dnia. Przepis pochodzi z bloga Salt & Baker, gdzie znajdziecie też instrukcję obrazkową wykonania precli.


PRECLE


proporcje na 8 sztuk:

250 ml letniej wody
1 łyżeczka cukru
2 i 1/2 łyżeczki drożdży suszonych/ 2 i 1/4 łyżeczki drożdży instant/ 30 g drożdży świeżych
310 g mąki pszennej uniwersalnej
1 łyżeczka soli
1 łyżka niesolonego masła zmiękczonego
sól morska do posypania precli
1-2 łyżki stopionego masła do posmarowania precli

1 1/2 szklanki wody*
3 łyżki sody oczyszczonej*

Zagotuj wodę - 1 i 1/2 szklanki. Gdy zacznie wrzeć, zestaw wodę z grzania. Dodaj sodę oczyszczoną i mieszaj, aż się całkowicie rozpuści. Przenieś mieszaninę wody do płaskiego naczynia (użyłam patelnię). Odstaw mieszaninę na bok do ostygnięcia.

W misce miksera połącz za pomocą haka do ciasta ciepłą wodę, cukier i drożdże. Pozostaw tę mieszaninę na 5 minut. 

Po 5 minutach dodaj 1 szklankę mąki, sól i masło. Mieszaj aż do połączenia.

Dodaj pozostałą mąkę. Wyrabiaj ciasto przez 5-6 minut na niskiej i średniej prędkości. Ciasto będzie miękkie i gładkie. Lekko posmaruj olejem dużą miskę, włóż ciasto do miski (odwróć, aby wierzch był lekko pokryty olejem), a następnie przykryj miskę folią i pozostaw  do podwojenia objętości (ponieważ używałam drożdży suszonych, u mnie trwało to ok. 60 minut).

Rozgrzej piekarnik do 200 st C. Wyłóż blachę do pieczenia pergaminem.

Przenieś ciasto na precle na czystą powierzchnię roboczą. Podziel ciasto na 8 równych kawałków. Rozwałkuj ciasto na wałek o długości 60 cm. Przekręć wałek do kształtu precla.

Umieść 2-3 precle w kąpieli z sodą. Polej łyżką mieszankę na każdy precel. Pozostaw precle w sodowej kąpieli na 2 minuty (zrobiłam roztwór z podwójnej ilości składników i na patelnię z płynem wykładałam od razu po 4 precle*). Po 2 minutach przenieś precle do przygotowanej blachy do pieczenia. Zanurzaj po kolei wszystkie precle w wodzie z sodą. Posyp je gruboziarnistą solą.

Pozostaw precle na blasze do pieczenia przez 10 minut. 

Las po "kwarantannie"- koniec kwietnia 2020 r. - cz.1.

Las po "kwarantannie"- koniec kwietnia 2020 r. - cz.1.

Izolacja to dla nas wszystkich trudny czas. Wprowadzenie zakazu wstępu do lasu bardzo nas dotknęło i od razu odczuliśmy jego skutki. Trudno nam było funkcjonować, patrząc tylko przez okno. Na szczęście znów możemy chodzić w leśne ostępy, podglądać życie ptaków, cieszyć oczy wiosennymi kwiatami, oddychać świeżym powietrzem i  na dodatek bez maseczki. Cały ubiegły tydzień, co dzień odbywaliśmy długie spacery. Spotykaliśmy widywane o tej porze roku ptaki. Jednak tu jak i w wielu miejscach na łonie natury nic "dwa razy się nie zdarza". Każdy sezon z ptakami jest inny. Każdy napotkany ptak może się już więcej nie pojawić. Jedno jest pewne - ptaków z roku na rok jest co raz mniej. Jest to zauważalne i nie ulega wątpliwościom. Tym bardziej cieszymy się z każdej obserwacji, a jak jeszcze uda się to utrwalić na zdjęciu to już lepiej być nie może.

Robienie zdjęć w lesie to wyzwanie pod wieloma względami. Ptaki są bardzo nieufne, co jest zrozumiałe i niech tak zostanie dla ich bezpieczeństwa. W słoneczny dzień trzeba sobie radzić z plamami słońca i cienia na każdym skrawku powierzchni. Ptaki przeskakując z miejsca na miejsce momentalnie zmieniają siłą rzeczy warunki fotografowania. Gdy nie ma słońca na zdjęciach wychodzi "ziarno", a barwy są niewyraźne. W obecnych warunkach trudne jest podchodzenie do ptaków, a właściwie to mija się z celem. Ściółka jest wysuszona i każdy krok wywołuje ogromny hałas, bo wszystko trzeszczy pod butami. Duża część skrzydlatych stworzeń siedzi wysoko w koronach drzew, które są dla nas nieosiągalne. Chodzimy zwykle wcześnie rano, kiedy ptaki są najbardziej aktywne i jest najmniej ludzi. Światło słoneczne jest jeszcze wtedy dość słabe. Dlaczego o tym wszystkim piszę? Bo robienie udanych zdjęć w naturze to ogromne wyzwanie, ale i  szczęście, którego doświadczamy każdego dnia, choć w skromnej ilości. Niech to się nie zmienia. Patrząc na zdjęcia bądźcie wyrozumiali :)

Raniuszki, to ptaki, o sfotografowaniu których marzę od lat. Widywałam je bardzo rzadko i tylko raz czy dwa udało mi się zrobić niezbyt udane zdjęcie. W tym sezonie pojawiła się para, tuż przy drodze. Jednak przylatują dopiero, gdy ściana lasu jest nagrzana przez słońce. Nie ma tu reguł godzinowych, jest łut szczęścia. Nie zawsze je spotykamy. Na dodatek to miejsce bardzo ruchliwe, gdzie jest najwięcej ludzi. Raniuszki zwykle przysiadają na chwilę, ktoś biegnie, idzie lub jedzie na rowerze więc podrywają się, odlatują i tyle. Gdy już zdecydują się powrócić sytuacja się powtarza. Mimo tych trudności zrobiłam kilka zadowalających zdjęć.

Lody mango z imbirem i limonką

Lody mango z imbirem i limonką

Oto idealny deser na upalne dni. Owocowy i lekko pikantny, dzięki dodatkowi imbiru, przypomina smakiem klimat tropikalnych plaż. Dodatek mleczka kokosowego świetnie uzupełnia owocowy aromat. Jeśli macie taki kaprys, posypcie lody wiórkami kokosowymi, albo dodajcie listki mięty. My pozostajemy przy wersji saute... 

Skąd wziąć dobre mango? To dobre pytanie. Niestety małe jest prawdopodobieństwo, że świeży i dojrzały owoc zawita w nasze strony. Dlatego polecam doskonałą alternatywę - pulpę z mango alphonso w puszce, dostępną w sklepach internetowych lub nawet wybranych supermarketach. Zawiera zmiksowany owoc z dodatkiem zaledwie 2-3% cukru. Wiedzcie, że ta rosnąca w Indiach odmiana mango ma przydomek króla tegoż owocu i jest wśród tysiąca odmian uważana za jedną z najsmaczniejszych. 

My mango z Indii wspominamy mile, ale najlepszy owoc jedliśmy na Zanzibarze. Trzy gigantycznej wielkości sztuki, które kupiliśmy na targu za cenę naszych jabłek konsumowaliśmy przez kilka dni jako pożywny lunch. Po sparzeniu skórki wrzątkiem obierałem je, kroiłem i oblizywałem palce z ociekającego soku. Te niezwykłe smaki pamiętam do dziś.

No to do dzieła. Sprawcie sobie przyjemność tym kremowym, aromatycznym deserem, a w dobie izolacji zamknijcie oczy i przenieście się na tropikalne plaże.



Składniki:

500 ml pulpy mango
sok z 2-3 cm korzenia imbiru (w zależności od oczekiwanego stopnia pikanterii)
sok z 1 limonki

4 duże żółtka (lub 5 średnich)
250-300 ml mleczka kokosowego
60 g cukru

Wykonanie:

Są to lody na bazie custard'u. Ucieramy najpierw żółtka. Następnie zagotowujemy mleczko kokosowe z cukrem. Kiedy dochodzi do wrzenia, zestawiamy z ognia. Lekko przestudzamy i wlewamy płyn cienką strużką do żółtek cały czas mieszając. Następnie wlewamy do garnka i przez około 20 minut redukujemy na małym ogniu, cały czas mieszając silikonową łopatką (najlepiej "kręcić ósemki"). Kiedy płyn zgęstnieje, czyli podczas mieszania pojawiać się nam będzie na dłuższą chwilę dno garnka, custard jest gotowy. Zestawiamy go z ognia i wkładamy garnek do zimnej wody, celem przestudzenia.

Wcześniej wyciskamy sok z korzenia imbiru (robię to za pomocą wyciskarki wolnoobrotowej), dodajemy sok z limonki i pulpę z mango. Całość mieszamy. Wstawiamy do lodówki.

Custard dodajemy do mieszanki mango, limonki i imbiru. Mieszamy, by smaki połączyły się. Wstawiamy do lodówki na minimum kilka godzin, najlepiej zaś na noc.

Lody ukręcamy w maszynie do lodów. Jak zawsze najsmaczniejsze są bezpośrednio po przygotowaniu. Lekkie, kremowe, aromatyczne, puszyste - to jedne z naszych ulubionych smaków.
Keks wytrawny - wędzony łosoś, seler naciowy, pistacje i cheddar.

Keks wytrawny - wędzony łosoś, seler naciowy, pistacje i cheddar.

To druga propozycja wytrawnego keksu. Pierwszy był z gruszką roquefortem i orzechami włoskimi - klik. Keks to danie kompletne. Nie wymaga żadnego towarzystwa. Możemy go zjadać jako przekąskę, podać na śniadanie czy przystawkę na obiad lub kolację. Pycha :) Polecamy.


Keks wytrawny z wędzonym łososiem, selerem naciowym, pistacjami i cheddarem.


proporcje na klasyczną keksówkę (ok. 25 cm x 11-12 cm)

I
5 dużych jaj
4,5 łyżki oleju rzepakowego
200 g mleka

II
260 g mąki pszennej
2 łyżeczki proszki do pieczenia
1 łyżeczka soli
pieprz czarny, świeżo zmielony

III
150 g łososia wędzonego na zimno w plastrach, pokrojonego na drobne kawałki
1 łodyga selera naciowego (70-80 g) pokrojonego w drobne plasterki
3 czubate łyżki zielonych pistacji grubo posiekanych
85 g startego sera cheddar (na drobnej tarce)
garść posiekanej natki pietruszki z nacią selera

Jaja ubić i połączyć z pozostałymi składnikami z grupy I. Wymieszać razem składniki z grupy II. Połączyć obie grupy składników w jednolitą masę. Dodać składniki z grupy III. Przygotować foremkę (wykładam ją tylko papierem do pieczenia). Masę wlać do przygotowanej foremki i wstawić do nagrzanego do 180 stopni C piekarnika. Piec 1 godzinę lub do momentu, aż włożony do ciasta  patyczek będzie suchy. Po upieczeniu wyjąć keks na kratkę i ostudzić. 
Chałka - pieczywo wielce pożądane.

Chałka - pieczywo wielce pożądane.

Uwielbiam chałki. Mam sentyment do tego rodzaju pieczywa, bo kojarzy mi się z moim dzieciństwem. Dlatego od czasu do czasu piekę je. Na blogu jest już jeden świetny przepis tu-klik. Ten jest podobny, znalazłam go na stronie King Arthur Flour, amerykańskiej firmy produkującej składniki i akcesoria na potrzeby profesjonalnych i domowych piekarzy. Nie wiem, która chałka jest lepsza, bo oba przepisy są dla mnie doskonałe. Wypiek bardzo udany i będę go powtarzać. Dokładnie to z proporcji, które zrobiłam wyszły mi  dwie sztuki. Przepis oryginalny jest na jedną dużą chałkę, dlatego zamieszczam poniżej obie wersje. Chałkę można zamrażać, dlatego preferują zrobienie 2 szt. Zresztą zawsze mam się z kim taką chałką podzielić :)


Klasyczna chałka


Wersja I - składniki na 2 szt. o długości ok 27-30 cm:
730 g mąki pszennej uniwersalnej
3 jaja
2 łyżeczki soli
170 g letniej wody
110 g oleju roślinnego 
130 g płynnego miodu
1,5 łyżki drożdży instant

dodatkowo na glazurę
1 jajo ubite z 1 łyżką  wody

Wersja II - składniki na 1 dużą szt. 
480 g maki pszennej uniwersalnej
113 g letniej wody
74 g oleju roślinnego
85 g płynnego miodu
2  jaja
1 1/2 łyżeczki soli
1 łyżka drożdży instant

dodatkowo na glazurę j.w.

Wykonanie:


Mąkę przesiać do dzieży miksera. Jeśli robimy ciasto ręcznie to na blat lub stolnicę. Dodać do mąki pozostałe składniki i wyrabiać, aż uzyskamy miękkie  i gładkie ciasto. 
Odstawić ciasto pod przykryciem w dzieży miksera lub misce do wyrośnięcia w temperaturze pokojowej na ok. 2 godziny.

Podzielić ciasto na dwie równe części jeśli robimy ze składników wersji I. Następnie każdą masę na chałkę na odpowiednią ilość równych kawałków. Jeśli robimy tradycyjny warkocz na 3, jeśli chcecie taką chałkę jak na zdjęciu to na 6. Jak zapleść z sześciu kawałków znajdziecie na filmie tu - klik. Każdy z kawałków warkocza zrolować w wałek o długości 20-22 cm. Jeśli podczas formowania wałków ciasto będzie się kurczyć, trzeba dać mu odpocząć na ok. 10 minut pod ściereczką, następnie wznowić czynność. 

Po zapleceniu chałek położyć je na pergaminie i pod przykryciem (np. z dużej foliowej torby) dać im wyrosnąć w pokojowej temperaturze przez ok. 1,5 - 2 godziny. Pod koniec wyrastania rozgrzać piekarnik do 190 stopni C. Wyrośnięte chałki posmarować delikatnie glazurą zrobioną z roztrzepanego jajka i łyżki wody i wstawić do nagrzanego piekarnika. Po ok. 20 minutach sprawdzić, czy chałki robią się brązowe, jeśli tak to trzeba je przykryć folią aluminiową i kontynuować pieczenie przez kolejne 10-15 minut. Następnie wyjąć je z piekarnika i ostudzić na kratce. Smacznego!

Park Narodowy Golden Gate Highlands w RPA. Raj dla miłośników natury i trekkingów.

Park Narodowy Golden Gate Highlands w RPA. Raj dla miłośników natury i trekkingów.

Los sprawił, że tuż przed stanem epidemicznym udało nam się jeszcze odbyć arcyciekawą, trzytygodniową podróż po RPA. Taki roadtrip z Johannesburga do Kapsztadu.

Kiedy przywołujemy nazwę Golden Gate, zwykle myślimy o słynnym moście w San Francisco. My znaleźliśmy miejsce o tej nazwie na innym kontynencie, w innym kraju. W Południowej Afryce.

Makaronowa rolada ze szpinakiem, dynią piżmową i serem ricotta

Makaronowa rolada ze szpinakiem, dynią piżmową i serem ricotta

Niedawno w jednej ze stacji telewizyjnych trafiłem na ciekawy program, w którym Jamie Oliver objeżdżał kolejne rejony Włoch i czerpał z tradycji kucharzy i kucharek amatorów. Zwykle były to osoby w zaawansowanym wieku, pamiętające jeszcze lata wojny i powojennej biedy, ale pełne entuzjazmu, radości i czerpiące pełnymi garściami z wieloletnich doświadczeń. 

Postanowiłem sięgnąć po jedną z książek Jamie'go, która ma już swoje lata i znalazłem tam coś co z prostego dania makaronowego przybrało inną, niespotykaną dla mnie wcześniej formę. Bardziej wykwintną, choć wykorzystującą proste składniki. Niby troszkę przypomina canelloni, ale sposób jego wykonania i charakter potrawy jest zgoła inny.  Wymaga nieco pracy, lecz warto jej się podjąć, bo ostateczny efekt może zaskoczyć.


Rotolo di zucca a ricotta, czyli wegetariańska makaronowa rolada


Składniki (2-3 porcje):

na makaron:
ok. 180-200 g mąki
2 jajka
łyżeczka oleju

na nadzienie:
400 g świeżych liści szpinaku
mała cebula
dwa duże ząbki czosnku
5-6 suszonych pomidorów
oregano
masło klarowane
sól, pieprz

150 g dyni piżmowej
łyżeczka nasion kopru włoskiego
łyżeczka ziaren kolendry
suszona papryczka ostra
łyżka oliwy
sól, pieprz

100 g ricotty

2 łyżki masła
świeże gałązki tymianku lub szałwi

tarty parmezan lub gran padano

Przygotowanie:

Zaczynamy od dyni, którą kroimy na drobne kawałki, mniej więcej 1,5 x 1 cm. W moździerzu rozcieramy koper włoski, ziarna kolendry i sporą suszoną ostrą papryczkę. Pokrojoną dynię rozkładamy na blasze, posypujemy przyprawami, doprawiamy solą i pieprzem, polewamy oliwą, mieszamy i pieczemy w temperaturze 200 C przez około 25-30 minut. Ja oczywiście upiekłem całą dynię, której tylko niewielką część wykorzystałem do naszego dania. Reszta zaś będzie składnikiem innego posiłku.

Wyrabiamy ciasto na makaron, po czym odkładamy przykrywając by odpoczęło. Wrócimy do niego później, rozwałkowując (lub używając maszynki do makaronu). Moja ma ok. 15 cm szerokości, więc przygotowałem 4 płaty o wymiarach 23 x 15 cm. Mają one grubość nieco większą niż typowy makaron tagliatelle. 

Siekamy drobno czosnek i cebulę. Podsmażamy w partiach na maśle klarowanym, dodając po kilku chwilach szpinak. Robimy to w partiach, bo ilość liści jest ogromna. Doprawiamy sporą ilością oregano, solą i pieprzem. Do każdej partii dodajemy suszone pomidory. Gotowy szpinak odkładamy.

Pozostaje nam złożenie dania przed gotowaniem.

Rozkładamy bawełniana ściereczkę. Na niej układamy dwa plastry makaronowe, łącząc je za pomocą wody na grubości około 2-3 cm. To ważne, żeby podczas zwijania rolada nam się nie "rozeszła".

Kilka centymetrów od początku plastra układamy upieczone kawałki dyni, jak na poniższym zdjęciu. Następnie nakładamy połowę szpinaku, tak aby ostatnie 5 cm plastra makaronu było puste. Następnie nakładamy spore kawałki ricotty. To ważne, by nie były zbyt drobne, bo będą ładnie prezentować się w ostatecznym daniu oraz dopełnią efektu smakowego.


Zwijamy naszą roladę. Pierwsza "zakładka" odseparuje kawałki dyni i sprawi, że znajdą się one po środku rolady. Następnie zwijamy resztę, pamiętając by za mocno jej nie ściskać. Ma być zwinięta "neutralnie" bez użycia siły.


Boki rolady zaklejamy w taki sposób jak na zdjęciu, przy użyciu wody. To zagwarantuje nam, że nadzienie nie wyjdzie na zewnątrz.


Z podanej ilości składników przygotujemy dwie rolady. Gotową do ugotowania, zawiniętą w ściereczkę, z końcówkami ściśle zawiązanymi sznurkiem widać na drugim planie.


Obie rolady gotujemy w garnku z osoloną wodą na małym ogniu przez 20-25 minut. Aby nie wypływały w trakcie gotowania, można je przycisnąć od góry talerzem. Jeśli macie większy garnek lub brytfannę, możecie pokusić się o przygotowanie odpowiednio dłuższej rolady.

Tak oto wygląda nasza rolada bezpośrednio po ugotowaniu i odwinięciu ze ściereczki. Jest gotowa do pokrojenia.


W międzyczasie na małej patelence roztapiamy masło. Wrzucamy kilka gałązek tymianku lub szałwi, które smażymy przez chwilę.

Kroimy rolady na kawałki grubości ok.3 cm. Podajemy na talerzu posypując parmezanem i skrapiając talerz stopionym masłem z ziołami.


Smacznego.
Ciasto marchewkowe - najlepsze ;)

Ciasto marchewkowe - najlepsze ;)

Pyszne ciasto marchewkowe, które uwielbiamy. Jest szwajcarskim specjałem, na który recepturę podała dwanaście lat temu Bea. Piekę je od tamtej pory. Przepis tylko nieznacznie zmodyfikowałam jeśli chodzi o dodatki smakowe i wielkość składników. Zrobiłam też do niego krem pomarańczowy, który świetnie pasuje. Nie jest konieczny, można z niego zrezygnować.  Głównym składnikiem oprócz marchewki są orzechy laskowe. Nie używam gotowych zmielonych, mielę je sama w melakserze używając orzechów w ich naturalnych skórkach. Z pewnością takie świeżo zmielone są bardziej aromatyczne. Poza tym uwielbiam ziarnistą strukturę ciasta, którą zapewniają takie nie do końca zmielone na pył orzechy. Nie róbcie tego ciasta! Jest uzależniające ;)


Ciasto marchewkowe - najlepsze ;)


Składniki na tortownicę 26 – 28 cm 

na ciasto
5 jaj (oddzielnie żółtka i białka)
150 drobnego cukru trzcinowego
sok  z 1/2 dużej cytryny
1 płaska łyżeczka cynamonu
1/4 łyżeczki zmielonych goździków
1/4 łyżeczki gałki muszkatołowej
1/4 łyżeczki ziela angielskiego
otarta skórka z 1 dużej pomarańczy
380 g mielonych orzechów laskowych
380 g marchewki startej na najdrobniejszych oczkach
szczypta soli
5  łyżek mąki pszennej
1 czubata łyżeczka proszku do pieczenia 

Żółtka utrzeć z cukrem do białości. Do masy  dodać przyprawy, skórkę z pomarańczy, marchew i orzechy. Wszystko razem dobrze wymieszać. Białka ubić na sztywną pianę ze szczyptą soli. Mąkę wymieszać z proszkiem do pieczenia. Masę jajeczną połączyć z mąką, wymieszać, a następnie dodać pianę z białek i ostrożnie całość połączyć, żeby nie utracić napowietrzonej struktury. Wlać całość do przygotowanej tortownicy i wstawić formę do nagrzanego do 100°C piekarnika, następnie podwyższyć temperaturę do 180°C i piec ok. 50 min. Pod koniec pieczenia sprawdzić patyczkiem czy ciasto  jest upieczone. Gdy jest gotowe wyjąć z piekarnika i po lekkim ostudzeniu wyjąć na kratkę i ostudzić.

Składniki na krem:
300 g serka typu Philadelphia 
180 g miękkiego masła 
85 g cukru pudru, 
2 małe pomarańcze lub 1 duża - tylko otarta skórka 

Masło utrzeć z cukrem, dodać serek, razem wszystko dokładnie wymieszać. Na koniec dodać skórkę z pomarańczy. Ciasto przekroić w poprzek na dwie części, przełożyć kremem. 

Składniki na lukier:
200 g cukru pudru
1 białko lub sok z cytryny

Do cukru pudru dodać stopniowo białko lub sok z cytryny. Chodzi o to, żeby nie dać od razu za dużo. Powinniśmy uzyskać konsystencję gęstej śmietany. Utrzeć razem wszystko na jednolitą masę i polać ostudzone i przełożone kremem ciasto. 

Składniki na 12 marchewek:
60 g migdałów
40 g cukru pudru
1/2 lub mniej białka z  jaja albo sok z cytryny
1/2 łyżeczki ekstraktu migdałowego
barwnik spożywczy pomarańczowy i zielony

Składniki razem połączyć bez barwników. Następnie oddzielić nieco na zielone ogonki i poszczególne części zabarwić. Zrobić pomarańczowe marchewki, które przed położeniem na cieście ozdobić końcem noża robiąc im nacięcia. Ułożyć zielone ogonki, na nie położyć marchewki i gotowe :) Smacznego.


P.s. zdjęcia są dwóch różnych wypieków, górne bez przełożenia kremem, dolne z kremem i 12 marchewkami. 
Keks wytrawny - roquefort, gruszka i orzech włoski.

Keks wytrawny - roquefort, gruszka i orzech włoski.

Keks wytrawny to danie kompletne. Nic do niego nie potrzeba. Możemy jeść go na śniadanie, na kolację lub jako przystawkę do obiadu. Przepis z inspiracji Ilony Chovancov'ej nieznacznie tylko pozmieniałam i dostosowałam proporcje do swoich foremek. Połączenie wyrazistego sera jakim jest roquefort, orzechów włoskich i gruszki to klasyka doskonała. Polecam :)


Keks wytrawny



proporcje na klasyczną keksówkę (ok. 25 cm x 11-12 cm)
I
200 g sera roquefort'a
90 g orzechów włoskich, grubo posiekanych
250 g gruszek twardych
II
5 dużych jaj
130 ml mleka
4,5 łyżki oleju z orzechów 
4 łyżki oleju rzepakowego
III
280 g mąki 
2 łyżeczki proszku do pieczenia
150 g startego na drobnej tarce sera gruyère
1 płaska łyżeczka soli
świeżo starty pieprz

Wymieszać w dużym naczyniu składniki z grupy III. W osobnym składniki z grupy II, które powinniśmy połączyć w jednolitą masę przy pomocy np. trzepaczki rózgowej. Masę dodać do składników sypkich. Wymieszać dokładnie razem. Na koniec do masy dodać składniki z grupy I -  poruszony roquefort, orzechy oraz obraną i pokroją w kostki gruszkę (kostki  o boku ok. 1 cm). Wymieszać i wylać do wyłożonej papierem do pieczenia foremki. Piec 1 godzinę w nagrzanym do 180 stopni C piekarniku. Po upieczeniu wyjąć keks z foremki i wystudzić na kratce. 
Babka warszawska, czyli babka drożdżowa z rodzynkami i skórką pomarańczową.

Babka warszawska, czyli babka drożdżowa z rodzynkami i skórką pomarańczową.

To delikatna i pyszna drożdżowa babka, tak nazwana przez autora. Przepis pochodzi z kultowej dla mnie książki Jana Czernikowskiego "Ciasta, ciastka, ciasteczka". Podzieliłam podane w książce składniki na pół, a i tak wyszły mi dwie baby.


Babka warszawska


Składniki na dwie dwie foremki na babki o wielkości ok. 1,8 l:
500 g mąki pszennej
150 g drobnego cukru
150 g roztopionego masła
10 żółtek
250 ml mleka
50 g  świeżych drożdży
80 g rodzynek
70 g skórki pomarańczowej, kandyzowanej

na lukier:
cukier puder i 
sok z cytryny


Rodzynki namoczyłam na noc. Zalałam je likierem z gorzkich pomarańczy, ale może być też sok pomarańczowy, rum itp.

Z odmierzonych składników wzięłam ciut mleka, mąki i cukru, rozkruszyłam drożdże i nastawiałam rozczyn. 

Sto gram mąki zalałam wrzącym mlekiem, dobrze rozbijałam żeby nie było grudek. Poczekałam aż ostygnie. Utarłam w tym czasie żółtka z cukrem aż  do uzyskania jasnej masy. Do misy z utartymi żółtkami dodałam wyrośnięty rozczyn, zaparzoną mąkę, dosypałam resztę mąki i wlałam rozpuszczone masło. Całość zagniatałam  ok. 30 min (w oryginale 1 godz.). Najpierw robiłam to robotem, a potem wyjęłam ciasto na blat i ręcznie rozciągałam i zagniatałam. Pod koniec dodałam rodzynki (osuszone w ręczniku papierowym) i skórkę. Formy wysmarowałam tłuszczem. Włożyłam ciasto do foremek (powinno go być tyle, żeby sięgało do 1/3 wysokości formy). Odstawiłam pod przykryciem - w torbie foliowej do wyrośnięcia w ciepłym miejscu. 

Piekłam w temperaturze 170 stopni C z termoobiegiem ok. 35 minut. 

Po upieczeniu wyjęłam z formy i ostudziłam na kratce. Na ostudzone ciasto wylałam zrobiony lukier z cukru pudru i soku z cytryny (trzeba wymieszać oba składnik, żeby osiągnąć konsystencję gęstej śmietany).  Moje foremki są żeliwne i myślę, że 35 minut to maksymalny czas pieczenia.


Ptaki Australii Zachodniej - część 3.

Ptaki Australii Zachodniej - część 3.

W trzeciej i ostatniej części chcę pokazać ptaki buszu i otwartych przestrzeni. Będą to przedstawiciele różnych gatunków, ptaki małe i duże. Zacznę od maleńkiego, którego uroda ujęła mnie najbardziej. To skalinek czerwonoczelny, a w dosłownym tłumaczeniu "rudzik w czerwonej czapce", uznany za jednego z najbardziej ruchliwych ptaków Australii. Waży ok. 7-9 g i jest endemiczny dla kontynentu, wybierając na miejsca bytowania suche tereny. Drobny, płochliwy i skryty  ptaszek dzięki swoim wyrazistym piórom nie może być niezauważony. 


Ptaki Australii Zachodniej - część 2.

Ptaki Australii Zachodniej - część 2.

W drugiej części chcę Wam przedstawić ptaki związane ze środowiskiem wodnym. Niezależnie czy jest to ocean, estuaria, jeziora słodkie lub słone. Najbardziej niezwykłym ptakiem jaki widzieliśmy i od którego chcę zacząć ten wpis to maleńka sieweczka rdzawogłowa.


Ptaki Australii Zachodniej  - część 1.

Ptaki Australii Zachodniej - część 1.


Podczas naszej podróży po Australii Zachodniej - jak wszędzie - wypatrywaliśmy ptaków. Świat przyrody australijskiej i w tym względzie okazał się dla nas bardzo egzotyczny. Odkrywanie nowego, nieznanego świata to jedna z wielkich przyjemności podróżowania. Gdyby ktoś Was zapytał jakie znacie ptaki z Australii pewnie większość odpowiedziałaby emu i papugi np.kakadu. My przed wyjazdem też. Jednak świat australijskich ptaków kryje sporo niespodzianek. 

Jedna z największych pojawiła się w grudniu 2014 roku w prestiżowym czasopiśmie "Science"(klik).  Wszystko zaczęło się od odnalezienia najstarszych na Ziemi skamielin skrzydlatych istot, pochodzących sprzed 54 milionów lat. Na podstawie wielu badań genetycznych okazało się, że Australia jest ojczyzną ptaków śpiewających, obejmujących dziś ok. 5000 gatunków. Zaczęły się one różnicować jakieś 33 miliony lata temu i przez ok. 10 milionów lat nie opuszczały Australii. Wyobraźmy sobie, że ten kontynent rozbrzmiewał śpiewem ptaków, podczas gdy inne trwały "w milczeniu". Przez cały XX wiek ornitolodzy uważali, że ptaki ewoluowały na terenach na północ od Australii, a potem ją zasiedlały. Jak to czasem bywa w dziejach, jedno odkrycie diametralnie zmienia dotychczasową wiedzę.

Na antypodach mamy największą różnorodność genetyczną ptaków. Oprócz ptaków śpiewających w Australii ewoluowały dwie inne,  powszechne na całym świecie grupy -  gołębie i papugi.

Trzech przedstawicieli rodziny gołębiowatych udało nam się uwiecznić na zdjęciach. Poniżej aborygenek długoczuby, ptak endemiczny dla Australii. Żeruje zwykle na ziemi, gdzie szuka nasion roślin. Jest ceniony za to, że zjada nasiona wielu chwastów. Spójrzcie na piękne, mieniące się w słońcu metalicznie kolorowe pióra skrzydeł i czarne paski na grzbiecie.





Błyskolotka białogardła to bardzo ostrożny ptak, za którym musiałam się nieźle nachodzić, żeby w końcu zrobić jakieś zdjęcie. 


Synogarlica perłoszyja to ptak pochodzący z południowo-wschodniej Azji i został introdukowany w Australii, a dokładnie w Melbourne w latach 60. XIX wieku. Od tego czasu rozprzestrzenił się. Zwykle można go zobaczyć na ziemi, gdzie szuka nasion i owoców.


Niepowtarzalny charakter roślin australijskich jest ściśle związany z ptakami, bo jest to jedyny kontynent, na którym główną rolę w zapylaniu odgrywają właśnie one. Szczególnie predystynowane są do tej roli miodojady. Rodzinę tych ptaków tworzy 178 gatunków żyjących głównie w Australii, Nowej Gwinei i wyspach Pacyfiku. Jednocześnie jest to największa rodzina ptaków śpiewających w Australii.


Ich smukły  i lekko wygięty dziób jest przystosowany do sięgania w głąb kielicha  kwiatowego, do tego mają długi  język z rurkowatymi rowkami bo bokach, zakończony szczoteczką. Koralicowiec czerwony ma na końcu języka aż sto dwadzieścia włosków, które wchłaniają nektar. 


Oprócz spijania nektaru zjada drobne owoce i owady. Te ostatnie łapie głównie w okresie lęgowym, żeby wykarmić potomstwo.


Jest jednym z największych roślinożernych ptaków na świecie (mierzy ok. 35-37 cm), żywiącym się różnymi roślinami kwiatowymi. Preferuje eukaliptusy, banksje, grevillee i drzewa trawiaste, czyli typowych przedstawicieli flory australijskiej o czym pisałam tu - klik


Miodaczek białolicy  jest prawie o połowę mniejszy od koralicowca.


Za to podobnie jak on dość głośny i przywiązany do swojego terytorium, zwłaszcza bogatego w kwiaty, którego zażarcie będzie bronić.


Spotkaliśmy go w strefie umiarkowanej jak i subtropikalnej.


Miodojad żółtoskrzydły żyje w rodzinach. Gdy na terytorium pojawi się intruz, nawet dużo większy, ptaki współpracują żeby się go  pozbyć. 


W dosłownym tłumaczeniu z języka angielskiego to śpiewający miodojad. Jak wykazały badania MC Baker prowadzone pod koniec XX wieku te miodojady  nie mają możliwości komunikowania się z innymi ptakami tego samego gatunku. Ptaki z kontynentu nie zareagowały na śpiew innych miodojadów żółtoskrzydłych znalezionych na wyspie u zachodniego wybrzeża Australii. Piosenki ptaków na wyspie były krótsze, miały mniej rodzajów pieśni i sylab oraz mniej sylab i nut na piosenkę. Jakże przypomina to nas ludzi, mówiących różnymi językami  ;)


Miodojadek brązowy występuje w Australii i Nowej Gwinei. Spotkaliśmy go w lesie eukaliptusowym. Nektar i owady to jego podstawowe pożywienie. Okresowo nomadyczny, wraca na stare miejsce lęgowe. Oboje w parze ptaków budują gniazdo i karmią młode. Ma głośną, czystą,  piosenkę, opisaną jako najpiękniejszą ze wszystkich miodojadów.



Kolcoliczek to spory nektarożerca, osiąga od 22 do 27 cm. Jego głównym środowiskiem są tereny suche i przybrzeżne zarośla. Żyje wyłącznie w Australii. Podobnie jak inni przedstawiciele rodziny zjada nektar przyczyniając się do zapylenia kwiatów. Gdy z kwiatów powstają dojrzałe owoce, zjada je i przy okazji pomaga rozsiewać nasiona, zwiększając tym samym rejon występowania roślin. Nie gardzi też pająkami, drobnymi larwami czy jaszczurkami.


Podróżując po Australii nie sposób nie spotkać papug, a z pewnością nie sposób ich nie usłyszeć. Wszędzie tam gdzie pojawiały się ich stada, najpierw słychać było głośną kakofonię dźwięków, zwłaszcza o poranku. 



Na krótkim filmiku nakręconym przez Piotra widać dwie kakadu sinookie. Stado tych ptaków towarzyszyło nam na polu kempingowym za Exmouth, na północnym zachodzie. Wyglądający na dorosłego ptak był "odchowanym dzieckiem", które ciągle domagało się od rodzica karmienia. Papugi obsiadały naszego campervana tuż po wschodzie słońca i hałasowały. My wstawaliśmy razem z nimi. Noc spędzały na okolicznych drzewach.



Spotykaliśmy kakadu sinookie w trasie. Niestety stada dziko żyjące w buszu, bez kontaktu z ludźmi, nie dały się fotografować. 


Raz tylko zdarzyło się, że spotkaliśmy dwie odważne.


Kakadu sinookie są dość powszechne w Australii,  można je też spotkać w Nowej Gwinei. Aborygeni gotowali je i zjadali, a pióra używali do ceremonii plemiennych.


Ptaki te zwykle żywią się nasionami roślin dziko rosnących i uprawnych. Lubią pszenicę, jęczmień i kukurydzę i z tego powodu postrzegane są jako szkodniki. Zwykle mierzą od 35 do 40 cm.


Razem z kakadu sinookimi na polu kempingowym towarzyszyły nam  każdego ranka kakadu różowe.



To najliczniejsze kakadu na świecie i  powszechnie spotykane w Australii. Poniżej  dla odmiany zdjęcie wieczorne na tle Księżyca, jedno z  moich ulubionych z podróży po Australii.


Kakadu różowa jest endemiczna dla Australii i została introdukowana na Tasmanii. Podobnie jak sinooka  żyje długo. Średnia wieku określana jest na 40 lat, ale w niewoli i w dobrych warunkach może dożyć 80. Poniżej zdjęcie samicy, którą można rozpoznać po jaśniejszej tęczówce. Zdjęcie zrobiłam podczas silnego wiatru, dlatego ptak ma pochyloną sylwetkę i mocno trzyma się gałęzi. Wszystkie pozostałe zdjęcia przedstawiają samce z ciemnym okiem. Podobnie jak inne kakadu - różowe łączą się w pary na całe życie.


Czarne kakadu Carnaby w języku polskim nazywane jest żałobnicą eukaliptusową. Występuje wyłącznie w południowo - zachodniej Australii i zagrożone jest wyginięciem. Poniżej para, z lewej samiec z różową otoczką oka.


Żałobnice widzieliśmy wyłącznie w Yanchep National Park. Było ich tam bardzo dużo. W parku, w środku lasu spędziliśmy naszą pierwszą noc i w drodze powrotnej ostatnią. To jedno z najpiękniejszych miejsc w jakich było nam dane nocować. Z pewnością o parku jeszcze napiszemy. Papugi zlatywały się nad jezioro po wschodzie słońca dużymi stadami. Były bardzo głośne.


To duże ptaki mające ok. 55 - 60 cm. Ich głównym środowiskiem są lasy zdominowane przez eukaliptusy.  Potrzebują dużych i starych, ponad stuletnich drzew nie tylko jako nocne schronienie, ale przede wszystkim szukają wystarczająco dużych dziupli, w których mogłyby się rozmnażać. Niestety konkurują o nie z innymi ptakami i pszczołami. Do tego samice rozmnażają się dopiero gdy skończą 4 lata. Długi okres dojrzewania jak i dawne polowania, kłusownictwo oraz kurczenie się naturalnych siedlisk mocno wpłynęły na spadek populacji.


Pary, które łączą się ze sobą na całe życie wracają co roku do swoich miejsc lęgowych. Samica składa jedno lub dwa jaja, które wysiaduje. Pisklęta karmią oboje rodzice. To bardzo społeczne ptaki i mają dość skomplikowany i różnorodny język porozumiewania się


W tym samym parku spotkaliśmy  mniejsze papugi - rozelle czarnogłowe.


Spotkaliśmy pojedyncze ptaki idąc po lesie szlakiem wokół jeziora. Ta poniżej sfotografowana przyleciała w odwiedziny o poranku, kiedy spędziliśmy w Yanchep nasza ostatnią noc w Australii. Dzięki temu udało mi się zrobić takie zbliżenie.


Mimo, że rozelle są endemiczne dla Australii południowo-zachodniej, nie są gatunkiem zagrożonym. Konkurują jednak o miejsca lęgowe z introdukowanymi w tym rejonie lorysami tęczowymi.


Ptaki te naturalnie występowały kiedyś tylko na wschodnim wybrzeżu Australii. Z czasem wprowadzono ten gatunek do Perth, na Nową Zelandię, do Tasmanii i Hongkongu. To nieduży ptak, do 30 cm długości. Agresywnie broni swoich terenów żerowania i rozmnażania. Konkuruje  nawet z dużymi ptakami, takimi jak dzierzbowrony, ale o nich napiszę już w kolejnej części :)