Kaczka Master Class.

Kaczka Master Class.

Czas na podanie przepisu na danie główne  kolacji  z okazji rocznicy ślubu :) Pomysł  zaczerpnęłam z programu Masterchef  Australia. Wprowadziłam jednak swoje modyfikacje. Danie jest jak dla nas  doskonałe ;)


KACZKA MASTER CLASS



Deser dla Piotra - mini torcik ToPi.

Deser dla Piotra - mini torcik ToPi.

Dziś jest nasza rocznica ślubu. Zwykle świętujemy takie chwile przygotowując jakieś wyjątkowe dania kulinarne. Sprawa się jednak skomplikowała...Ja mam problemy z poruszaniem się po kontuzji nogi i na dodatek nie wychodzę z domu, a właśnie dziś wrócił Piotr po kilkudniowej nieobecności. Jednak dzięki bratniej duszy do domu dotarły wszystkie niezbędne składniki do rocznicowej kolacji-dania głównego i deseru :) Dziękuję Kasiu :)

Dziś napiszę o deserze  bo jest już późno. Skomponowanie go i opracowanie pomysłu zajęło mi najwięcej czasu, przysporzyło kłopotów w wykonaniu, ale w efekcie końcowym przyniosło sporo satysfakcji.
Deser stanowi dla mnie wyzwanie. Oboje ciągle rozwijamy się w sztuce kulinarnej, jednak uważam,  że Piotr w tym względzie zrobił ogromne postępy. Tym bardziej zależało mi na tym, żeby wywołać zaskoczenie ;D
Muszę się przyznać, że zrobiłam go dwukrotnie. Za pierwszym razem popełniłam błędy (było to dziś w nocy ;), które skorygowałam i oczywiście podaję wersję ostateczną.


TORCIK TOPI
(nazwa deseru wymyślona dla adresata ;)


Podane składniki  są na 3 porcje.

Zielony biszkopt ( na tortownicę o średnicy 23 cm) :

2 duże jajka
40g drobnego cukru
35 g mąki pszennej( typ 450)
7g herbaty matcha (to japońska, tradycyjna  herbata w postaci proszku)
20g rozpuszczonego i ostudzonego masła
dodatkowo masło i mąka do przygotowania foremki

Tortownicę  wysmarować masłem i wysypać delikatnie mąką. Mąkę i matchę przesiać do miseczki ( zrobiłam to trzy razy, żeby dobrze napowietrzyć oba składniki i razem połączyć bez żadnych grudek). Włączyć  piekarnik na 180 stopni.
Przygotować metalową miskę i pasujący do niej garnek. Do garnka wlać trochę wody, podgrzewać żeby woda parowała i ogrzewała spód miski. Do miski wbić jajka, dodać cukier. Miskę postawić na garnku i ubijać, żeby masa stała się puszysta i lekko ciepła, a cukier dobrze się rozpuścił. Gdy jest nieco cieplejsza niż temperatura ciała zdjąć miskę na blat i dalej ubijać. Masa musi być jasna i  gęsta. Po ubiciu dodawać stopniowo  mąkę z matchą delikatnie mieszając   (najlepiej trzepaczką rózgową). Na koniec dodać w podobny sposób masło. Wlać masę  do tortownicy. Piec ok. 15 min (na koniec sprawdzić wykałaczką czy ciasto jest upieczone). Wyjąc ciasto z piekarnika i ostudzić. Biszkopt  powinien  być dość cienki.


Przygotowanie "środka" na 3 obręcze o średnicy 7 cm

truskawki do zrobienia serduszek
4 czubate łyżki sera mascarpone 
5 łyżek musu z truskawek
5 łyżek śmietany kremówki
2 czubate łyżeczki cukru pudru
maliny, cukier puder i listki melisy do przybrania
10 g żelatyny w płatkach
2 łyżki  cherry brandy (można zastąpić wodą, sokiem z cytryny lub jakimś alkoholem np. nalewką z owoców)

Wybrać jędrne ale i dojrzałe truskawki. Pokroić je na plasterki i wykrawać z nich serduszka (ja mam do tego specjalna wykrawaczkę...ale to mogą być koła, trójkąty lub po prostu podobnej wielkości plasterki). Ułożyć je na papierowym ręczniku, przykryć drugim kawałkiem ręcznika i dać im się odsączyć (niestety za pierwszym razem tego nie zrobiłam i serduszka puściły sok). 

Wykroić obręczą cukierniczą biszkopt. Na 3 porcje potrzebujemy 6 kawałków. Wybrać te, które będą wierzchem deseru. Obręcze ułożyć w płaskim naczyniu na pergaminie. Włożyć je na spód obręczy, a następnie układać odwrócone serduszka ( tak jak na zdjęciu poniżej, tylko tu zdjęcie zrobiłam przy porażce i nie włożyłam biszkoptu...miałam to zrobić później).


Namoczyć żelatynę w zimnej wodzie (ok. 5 min). W tym czasie zmiksować mascarpone, mus z truskawek, śmietanę i cukier puder. Masy powinno być ok. 500 ml.
Dobrze odcisnąć z wody żelatynę i włożyć do rondla lub małej patelni. Dodać alkohol i podgrzać, żeby żelatyna rozpuściła się. Zdjąć z palnika, ostudzić i dodać do tego  trochę masy z mascarpone ( nie odwrotnie! ). Potem dodać resztę i dobrze wymieszać. 

Masę wkładać łyżeczką na środek ustawionych obręczy. Równomiernie rozłożyć na 3 porcje, przykryć krążkami biszkoptu,  wstawić do lodówki ( 2-3 godz.).

Odwrócić deser " do góry nogami". Przed podaniem wypchnąć deser z obręczy na talerz, na którym będziemy podawać deser (ja mam do tego specjalny tłoczek, kupiony razem z obręczami). Gdyby deser wychodził opornie-zmoczyć ściereczkę w gorącej wodzie i po wyciśnięciu jej owinąć na chwilę obręcz. Powinno wyjść bez problemu.

Przybrać deser . Wyciąć w kartce pergaminu (większej od naszego talerza, na którym stoi deser) koło, posypać przez tę dziurkę wierzch deseru, ułożyć maliny z listkiem .

Smacznego :)
Andaluzja, ole!

Andaluzja, ole!

Andaluzja jest dla nas kwintesencją Hiszpanii, z pyszną kuchnią i przestrzeniami, które pozostały w naszej pamięci. To wymarzone miejsce do zamieszkania, no może poza okresem upalnego lata. Dziś  tylko kilka impresji z tej krainy.

Kraniec Hiszpanii, koniec Andaluzji, między Europą (z prawej) i Afryką (z lewej). Położenie miało ogromny wpływ na kształt kultury tego regionu

  
Gazpacho z krewetkowym tianem, ogórkowym spaghetti i musem z avocado.

Gazpacho z krewetkowym tianem, ogórkowym spaghetti i musem z avocado.

Dziś chłodnik z Andaluzji - południowej krainy Hiszpanii. Gazpacho jest jedną z najbardziej znanych "wizytówek" kuchni iberyjskiej. To lekkie i proste danie świetnie nadaje się na upalne dni. U nas w wersji nieco "uwznioślonej", jak to mawiają jurorzy jednego z naszych ulubionych programów kulinarnych ;)


Babeczki nadziewane mięsem i  przepiórczymi jajami - pożywna przekąska zarówno na piknik jak i świąteczne śniadanie :)

Babeczki nadziewane mięsem i przepiórczymi jajami - pożywna przekąska zarówno na piknik jak i świąteczne śniadanie :)

Przepis pochodzi z programu " The Great British Bake Off". W jednym z odcinków jurorzy Paul Hollywood i Mary Berry pokazywali jak zrobić wypieki krok po kroku. Podany przez Paul'a Hollywood'a poniższy przepis  już wypróbowałam. Nieco zmodyfikowałam proporcje, które dostosowałam do posiadanych foremek (typowych, metalowych  do pieczenia muffinek, jakie można u nas dostać w wielu różnych sklepach). Te mini pie są bardzo smaczną przekąską w drodze, na pikniku, czy podane jako przystawka lub danie śniadaniowe :)


Babeczki nadziewane mięsem i  przepiórczymi jajami 


Mazury - okolice Krutynia.

Mazury - okolice Krutynia.

Tym razem zdjęcia z okolic Krutynia na Mazurach. Może to nic szczególnego…zwyczajne wędrówki po lasie, spływ kajakiem po rzece Krutyni, przejażdżka po okolicach…ale to wystarczające, żeby móc zatrzymać się w codziennym pędzie i poczuć tę jedność z przyrodą, za którą na co dzień bardzo tęsknimy :) 


  Karmelowy flan

Karmelowy flan




Karmel:
60 ml wody
75 g cukru
kilka kropel soku z cytryny lub szczypta cream of tartar

Custard :
375 ml mleka pełnotłustego
2 jajka
2 żółtka
110 g brązowego cukru
1/8 łyżeczki ekstraktu waniliowego
szczypta soli

Na patelnię wsypać cukier i wlać 30 ml wody w celu zrobienia karmelu. Gotować aż cukier roztopi się, po czym dodać cream od tartar lub sok z cytryny. Gotować dalej, aż karmel się zrumieni i zacznie lekko pienić. Zdjąć z ognia, po czym dodać pozostałe 30 ml wody. Karmel zacznie mocno bulgotać. Należy mieszać mocno, a następnie równo go rozdzielić między 4 ramekiny, tak aby wypełnił je na spodzie.

Zagotować mleko z brązowym cukrem. Ubić żółtka i jajka. Wlewać stopniowo mleko do ubitych jajek ( cały czas mieszając), po czym dodać wanilię i szczyptę soli. Wlać płyn do ramekinów. Piec w kąpieli wodnej przez 25-35 minut w temperaturze 160 stopni. Włożyć do lodówki gdy się schłodzi, najlepiej na noc.

Aby wyłożyć deser na talerz, wstawić na chwilę naczynie z flanem do wrzątku, zluzować nożem i wyjąć, razem z wylewającym się karmelem.




Ngorongoro - nie może być piękniej!

Ngorongoro - nie może być piękniej!

Dziś o pięknie przyrody, o miejscu dla nas szczególnym, takim, do którego chciałoby się wracać. Oto jedno z najpiękniejszych miejsc na Ziemi jakie dane nam było zobaczyć -Ngorongoro - Jesteśmy w Tanzanii :)

Ananas z chińskimi przyprawami.

Ananas z chińskimi przyprawami.

Ten pyszny, aromatyczny deser kojarzy nam się z Singapurem i początkiem chińskiego Nowego Roku, więc dziś o tym.


Ananas z chińskimi przyprawami,  aromatyzowany goździkami 


Brioche wg Julii Child...czyli o wspólnym pieczeniu na zakwasie i na drożdżach.

Brioche wg Julii Child...czyli o wspólnym pieczeniu na zakwasie i na drożdżach.

Niesłychanie podobają mi się pomysły wspólnych akcji kulinarnych :) Inicjatywa Wiesi z ZAPACHU CHLEBA jest szczególna. Jej celem jest zgromadzenie przepisów na pieczywo i inne wypieki na zakwasie i na drożdżach z polskich blogów, które ukazują się w określonym czasie. W akcji  mogą brać udział również osoby, które nie prowadzą blogów, ale chcą podzielić się swoimi pomysłami. Ułatwi to znacznie poszukiwanie  przepisów na tego typu wypieki. Takie inicjatywy są już praktykowane w innych krajach :) Więcej informacji znajdziecie na stronie Wiesi :)
Dla mnie dzielenie się wspólną pasją z innymi jest inspirujące i rozwijające. Z przepisów, rad i wskazówek Wiesi korzystam  nieustająco, gdyż to właśnie ona nauczyła mnie wszelkich podstaw związanych z pieczeniem chleba. Ciągle uczę się od niej i chętnie korzystam z przepisów zamieszczonych na jej blogu. Chętnie też czytam ciekawostki, które rozwijają moją znajomość tematu wypieków. Dziękuję Wiesiu :) a wszystkich odwiedzających akacjowy blog

 ZAPRASZAM SERDECZNIE DO AKCJI 

 a teraz przepis na wypiek (w nawiasie podaję moje dopiski):

Brioche wg Julii Child


Zaczyn:
  • 1/3 cup (80 ml) ciepłego mleka
  • 2 i 1/4 łyżeczki aktywnych suchych drożdży ( czyli 6,6g -odpowiada to 15-16 g świeżych drożdży i 5 g drożdży instant)
  • 1 jajko
  • 2 cup mąki (260 g, użyłam mąki pszennej typ 500)
Na ciasto :
  • 1/3 cup cukru (75 g)
  • 4 jajka
  • 1 łyżeczka soli
  • 1  1/2 cup mąki (195 g)
  • 160 g miękkiego masła
Do tego 1 żółtko i odrobina mleka, jeśli chcecie , żeby skórka na brioche  była błyszcząca.

Podgrzać mleko, żeby było lekko ciepłe, dodać do niego drożdże, wymieszać, odczekać 10 min. Następnie dodać do tej mieszaniny 1 cup mąki i 1 jajko, całość wymieszać silikonową łopatką aż składniki połączą się w jedną masę. Przysypać całość 1 cup mąki i pozostawić na ok. 40 min.Po tym czasie będzie to wyglądać tak :



Do tej masy należy teraz dodać cukier, sól, 1 cup mąki i rozbełtane w jakimś naczyniu 4 jajka. Najlepiej wyrabiać całość mikserem za pomocą haka przez ok. 1 min. Potem dodać pozostałe 1/2 cup mąki i mieszać przez 15 min. Gdyby ciasto było bardzo lepkie to po 10 min. dodać do 3 łyżek mąki ( ja dodałam 2).
Masło w temperaturze pokojowej pognieść widelcem i dodawać  stopniowo do uzyskanej  mieszaniny ciasta. Mieszać powoli, a po dodaniu całości wyrabiać jeszcze 10 min. Można pod koniec dodać 1 łyżkę mąki jeśli ciasto wyda Wam się lepkie.



Uzyskana masa ciasta powinna być gładka, miękka i elastyczna. Należy umieścić ją w naoliwionej misce, przykryć folią, ściereczką i odstawić na 2 godz. lub do podwojenia objętości (u mnie trwało to ok. 1 godz.). Po tym czasie ciasto odgazować, najlepiej wkładając dłoń od spodu pod ciasto i unosząc je do góry. Następnie przykryć ciasto szczelnie folią i wstawić do lodówki na minimum 4-6 godz.( można też zostawić na całą noc i brioche upiec rano na śniadanie). Po tym czasie ciasto jest gotowe do użycia. 
Mnie skusiły rogale (spróbowałam jeszcze zrobić dwie inne bułki, widać to na zdjęciach), choć ciasto brioszkowe w klasycznej formie wygląda zupełnie inaczej. Zapewne zrobię  jeszcze inne  postacie tego wypieku, bo jest on w  moim mniemaniu  doskonały. Próbowałam już upiec brioche z innych przepisów, ale ten Julii Child jest zdecydowanie IMHO najlepszy :)

  Poniżej pokazuję jak zrobić rogale:


Ciasto podzieliłam na 12 równych części. Każdą z nich rozwałkowywałam i nacinałam silikonową łopatką tak jak na zdjęciu poniżej :


Następnie zwijałam rogale :


i układałam po 6 sztuk  na blasze wyłożonej papierem do pieczenia.

 

Po zrobieniu bułeczek dałam im odpocząć i podrosnąć niecałą godzinę. Zaznaczam, że rosną jeszcze podczas pieczenia w piekarniku. Jeśli zdecydujecie się zrobić jedną dużą briochę w foremce, to wg Julii Child należy piec ją w 180 stopniach przez 45-55 min. Ja swoje rogale piekłam 16 minut. Przed pieczeniem posmarowałam je pędzelkiem zamoczonym w wymieszanym żółtku z mlekiem. Skórka pozostała cieniutka, a wnętrze puszyste i "leciutkie" :)


Teraz już tylko kawa z mleczną pianką, ulubione powidła węgierkowe własnej produkcji i pełnia szczęścia zapewniona ;D


Smacznego :)
Czas na jagody

Czas na jagody

To ciasto nieodłącznie kojarzy nam się z latem, zwłaszcza gdy dni są upalne i nachodzi nas ochota na małe co nieco, a włączanie piekarnika jest uciążliwe. Można zrezygnować z klasycznej postaci ciasta i zrobić mini serniczki w stalowych obręczach (będzie to indywidualny i bardzo elegancki deser). Zaznaczamy, że nie warto rezygnować z jagód i zastępować je np. później borówkami amerykańskimi, bo nie osiągniemy takiego jak na zdjęciu koloru masy. Borówki mają w środku jasny miąższ. Do wykonania tego sernika zainspirował nas przepis znaleziony kiedyś w miesięczniku "Kuchnia". Proporcje na tortownicę o średnicy 23 cm. 

Jagodowy sernik



Na spód :

-paczka ciastek digestive 225g
-ok. 150-180 g stopionego masła
-cukier puder do smaku

Piekarnik nagrzać do 180 stopni. Ciastka zmiksować, dodać stopione masło i cukier. Razem zagnieść na jednolitą masę, wyłożyć tortownicę i piec ok. 12 min. Ostudzić.

Masa:

3 szklanki jagód
3 serki śmietankowe typu Philadelphia po 125g
1 szklanka śmietany kremówki 


1 szklanka cukru ( lub mniej, w zależności od preferencji)
50 g żelatyny
1/4 szklanki wody
1 łyżka soku z cytryny

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie ok. 10 min, następnie rozpuścić na wolnym ogniu. Serki, śmietanę, sok z cytryny i cukier zmiksować. Zmiksować w melakserze jagody i wszystko razem wymieszać. Dodać rozpuszczoną żelatynę, zmiksować, żeby masa była gładka i wyłożyć na ostudzony spód.Wsadzić na noc do lodówki.

Wierzch:

Śmietana kremówka( 1-2 szklanki),my daliśmy dwie ;)
Świeże owoce- jagody i ... może jeżyny do przybrania
1 łyżka cukru

Przed podaniem ubić śmietanę z cukrem. Wyłożyć na wierzch ciasta, przybrać świeżymi owocami.
 
 A teraz jagodowa ciekawostka :) 

Będąc na Maderze mieliśmy okazję zobaczyć rosnące tam krzewy jagód. Nie trzeba specjalnie się do nich schylać, bo mają wysokość od 1,5 do 6 m. Właściwie powinniśmy napisać, że trzeba się do nich wspinać ;) To zdjęcie zrobione poniżej przedstwaia taki młody, jagodowy krzew.


Jednak te maderyjskie jagody są wyjątkowe, nie tylko ze względu na swoje rozmiary. Poza Maderą i niewielką, sąsiednią wyspą Porto Santo, nigdzie indziej na świecie nie występują. Łacińska nazwa tej endemicznej rośliny to Vaccinium padifolium. Na rejon występowania wybrała sobie wysokość od 800 do 1700m nad poziomem morza. W okresie kiedy byliśmy na Maderze niestety tylko kwitła


 lub miała jeszcze zielone owoce.


Podobno na przełomie sierpnia i września zaczynają się jej zbiory.

  
Krzewy jagody maderyjskiej zwanej również borówką z Madery widzieliśmy w jednym miejscu- na Paul da Serra. To jedyny na Maderze płaskowyż.


Jego powierzchnia to 24 km kwadratowe. Stanowi on miłą odmianę w górzystym krajobrazie wyspy. Większość opadów w tym rejonie zatrzymywana jest przez wulkaniczne podłoże, które je filtruje i ma wpływ na napełnianie źródeł wyspy. Dlatego też Paul da Serra nazywany jest gąbką Madery :) Roślinność jest tu wielkim bogactwem i atrakcją. Nie bez powodu nazywa się wyspę krainą wiecznej wiosny. O tym jednak przy innej okazji ...
 
Lawendowe wspomnienie

Lawendowe wspomnienie


Czasem podróżowanie pozostawia po sobie zmysłowy ślad. Są nim  smaki, zapachy, jakieś dźwięki...Prowansja, po której w ubiegłym roku podróżowaliśmy ponad dwa tygodnie ma niebywale szeroką gamę atrakcji do zaoferowania. Wielbiciele zabytków, sztuki, dobrej kuchni, imprez kulturalnych znajdą tam zawsze coś dla siebie. Dla mnie Prowansja ma kolor i zapach lawendy... Natura jest tam źródłem piękna i ją podziwiam najbardziej. Piotr zawiózł mnie do miejsc,  które do dziś mam w pamięci...

Pola lawendowe wyglądają bardzo różnorodnie. Kolor lawendy zależy od pory dnia...koloru gleby...nachylenia terenu...kąta padania światła i ułożenia pasów kwiatów.


  Barwy bywają niebieskie


zimno lub ciepło-fioletowe

  
czasem nieco blade, wręcz sine.


Krzewy uprawianego lawandynu są bujne lub rzadkie ... młode dopiero rozrastające się lub gęste wieloletnie...


 Jedno je łączy…prawie wiecznie falują poruszane wiatrem. 


Prawdziwą lawendę spotkałam dopiero w kanionie rzeki Verdon. Tam wśród sucholubnych krzewinek, dziko rosnąca wyraźnie królowała kolorem i zapachem.

 
 Jeśli wybierzecie się kiedyś do Prowansji z zamiarem zobaczenia lawendowych upraw zróbcie to najdalej do 20 lipca i koniecznie odwiedźcie  rejony Valensole, tam znajdziecie najpiękniejsze obiekty do oglądania :) W przewodnikach jest zwykle napisane, że żniwa lawendowe są w sierpniu ale lawendę koszą już w połowie lipca. Wtedy to właśnie pozostają tylko zielone pasy, które też mają swój urok :) 


Prowansja jest największym na świecie lawendowym rejonem produkcyjnym. Podobno uprawia się tu 80% całych zasobów światowych. Jednak lawenda to ok. 25 proc. upraw, pozostałe 75 proc. to lawandyna. Jest ona krzyżówką dużo łatwiejszą w uprawie. Lawendę stosuje się głównie w przemyśle perfumeryjnym. W kosmetyce stosuje się lawandynę, jej esencja jest gorszej jakości i wytwarza się ją z mniejszej ilości roślin. Francja produkuje jedynie 91 ton olejku lawendowego rocznie i aż 1005 ton lawandynowego.


Tuż przed I wojną światową przemysł perfumeryjny i rząd francuski widziały w produkcji lawendy środek na rozwój rejonów zaniedbanych ekonomicznie. Nakazywano wtedy usuwanie sadów migdałowych i rozpoczynanie upraw lawendy. 
Prawdopodobnie to Rzymianie używali jako pierwsi nazwy lawenda, która mogło pochodzić od łacińskiego czasownika "lavare-myć" lub od słowa "livendulo" co oznacza "sine lub niebieskawe". Kiedy grobowiec Tutanchamona został otwarty, znaleziono w nim zbiorniczki z lawendową substancją, które używane były wyłącznie przez rodzinę królewską i kapłanów do celów leczniczych, kosmetycznych i do balsamowania. Lawenda była znana zatem już w starożytnym Egipcie.


O wykorzystaniu aromatów lawendy pisał starożytny grecki lekarz Teofrast. W odróżnieniu od Egipcjan, którzy namaszczali olejkiem lawendowym głowy, Grecy smarowali nim nogi, aby zapach wznosił się i otulał całe ich ciało. Rzymianie cenili lawendę za jej właściwości lecznicze i antyseptyczne. Pierwsza wzmianka o medycznym wykorzystaniu lawendy pochodzi z zapisków wojskowego lekarza z czasów Nerona. Pedanius Dioskurides zbierał rośliny lecznicze w całym basenie Morza Śródziemnego i opisał je w pięciotomowym dziele De Materia Medica. Lawendę stosowano do odkażania ran, rozrzucano na podłodze dla aromatyzowania powietrza, odkażano pokoje chorych, używano do prania i w ceremoniach religijnych. 

( opactwo cysterskie w Senanque)

De Materia Medica posłużyła jako fundament dla arabskich lekarzy, którzy czytali syryjskie i staroperskie tłumaczenia tego dzieła. Arabowie, którzy zdominowali śródziemnomorską kulturę około siódmego wieku naszej ery, wykorzystywali właściwości lecznicze lawendy i udomowili niektóre jej odmiany w Arabii. W średniowieczu lawenda była używana prawie wyłącznie przez zakonników, gdyż głównie klasztory zachowały znajomość uprawy i wykorzystania właściwości ziół.
 

W XVI wieku we Francji lawenda została uznana za skuteczną i niezawodną ochronę przed zakażeniem. Królowa Wiktoria była wielką entuzjastką lawendy. W jej czasach była bardzo modna wśród pań. Świeżą lawendę suszono i wsypywano do muślinowych woreczków. Wkładano je następnie do szafy, używano do mycia ścian i mebli. Lawendę wykorzystano do produkcji perfum i potpourri.
 

Małe muślinowe torebki wykonywano dla młodych kobiet (do noszenia) w nadziei na przyciągnięcie konkurenta. Dziś często zapach lawendy kojarzy nam się ze starszymi paniami :) Ja jakoś za zapachem lawendy nie przepadam, za to na polu lawendowych miałam wrażenie, że jest wyjątkowo aromatycznie i bardzo mi to odpowiadało.


 Nietrudno zauważyć i usłyszeć jak wielka jest obfitość owadów na lawendzie. 


Pilnie zbierają nektar. Dzięki temu wróciliśmy do domu z miodem lawendowym :) 


czas na lawendowe wspomnienie kulinarne z Prowansji...


Lawendowy crème brûlée

(proporcje na dwa duże ramekiny lub cztery małe)

2 żółtka
2 czubate łyżki cukru pudru
300 ml śmietany 30%
drobny cukier
olejek lawendowy lub kwiaty lawendy



Są dwa sposoby, żeby zrobić lawendowy crème brûlée. Obydwa polegają na aromatyzowaniu śmietanki. Ja wybrałam olejek lawendowy (100%), gdyż to krótszy czasowo sposób i dający mi większą możliwość kontroli nad smakiem. Na 300 ml śmietanki dodałam go zaledwie 3 krople. Smak był dla mnie idealny (najważniejsze, żebyśmy czuli delikatny smak lawendy, a nie mieli odczucia, że wcinamy lawendowe mydło ;) Śmietanę podgrzać do momentu zanim zacznie wrzeć.

Jeśli wybierzecie aromatyzowanie śmietany kwiatami, to polecam wziąć ich łyżeczkę. Podgrzać śmietanę z kwiatami w rondelku (nie gotować), następnie zdjąć z "ognia" i odstawić na 30 min. Wyłowić kwiaty lub przecedzić przez sitko. Podgrzać śmietanę na nowo, gdy jajka będą utarte z cukrem ale tylko do momentu, kiedy przy ściankach naczynia zaczną tworzyć się bąbelki.

Rozgrzać piekarnik do temperatury 150 stopni.
Utrzeć żółtka z cukrem w żaroodpornym naczyniu. Do białej niemal masy dodawać stopniowo przygotowaną, gorącą śmietanę z aromatem lawendowym. Wlewać bardzo powoli cały czas mieszając, żeby nie zrobiła się jajecznica (radzę robić to ręcznie, stosowanie miksera spowoduje zbyt duże napowietrzenie masy, a powstała pianka z pęcherzyków pozostanie na wierzchu deseru).

Ramekiny wysmarować masłem, napełnić zrobioną masą, wstawić do naczynia wypełnionego gorącą wodą (tak mniej więcej do połowy wysokości ramekinów) i piec w kąpieli wodnej ok. 35-40 min.

Po wyjęciu z piekarnika ostudzić i włożyć do lodówki (najlepiej na noc). Przed podaniem posypać drobnym cukrem, skarmelizować palnikiem lub pod grillem. Zdecydowanie polecam ten pierwszy sposób :)
voilà, bon appétit :)