Sałatka z mieszanej fasoli

Sałatka z mieszanej fasoli

Uff jak gorąco! W takie dni jak te warto zjeść coś lekkiego i oczywiście dobrze się nawadniać. Dzisiejsza propozycja jest świetna na obiad lub kolację, jeśli nie macie czasu zjeść czegoś pożywnego w ciągu dnia. Przepis z małymi modyfikacjami jest autorstwa Y. Ottolenghi i pochodzi z jednej z naszych ulubionych książek kulinarnych "Jerozolima". Danie lekkie i pożywne, do tego kolorowe i smaczne :)


Sałatka z mieszanej fasoli


proporcje na 2 dania:

po 140 g zielonej i żółtej fasoli szparagowej
1 czerwona papryka pokrojona na paski o szerokości 0,5 cm
2 łyżki oliwy + 1 łyżeczka do papryki
1 duży ząbek czosnku pokrojony w plasterki
25 g kaparów
1/2 łyżeczki ziaren kuminu
1 łyżeczka ziaren kolendry
1 mała czerwona cebulka
2-3 łyżki posiekanych świeżych ziół (natka pietruszki, estragon, koperek)
otarta skórka z połowy cytryny
sól i pieprz

Fasolki przygotować  myjąc je i obcinając końcówki. Wrzucić je na wrzątek z solą - najpierw żółte a po jakiś 2 minutach zielone. Gotować 4-7 minut, aż będą ugotowane ale i jeszcze chrupiące. Czas zależy od tego jak świeże i młode są strąki. Trzeba próbować. Po ugotowaniu zahartować pod zimną wodą, osuszyć i włożyć do miski. 
Nagrzać piekarnik do 220 stopni C. Paprykę wymieszać z łyżeczką oliwy, ułożyć na blasze i piec ok. 5-7 minut. Dodać po upieczeniu do fasolki. 
Do rondelka wlać 2 łyżki oliwy, podgrzać, dodać czosnek i posiekaną drobno cebulkę, smażyć ok. 20 sekund, następnie dodać kapary (osuszone, ale i tak mogą pryskać), smażyć ok. 15 sekund, dodać kumin i kolendrę, smażyć ok. 15 sekund. Zdjąć z ognia i wlać do fasolki. Wymieszać całość. Dodać skórkę z cytryny, sól i pieprz oraz drobno posiekane zioła. 
Danie można serwować od razu, albo wstawić do lodówki i zjeść kolejnego dnia, pamiętając żeby przed podaniem wyjąć wcześniej. Sałatka powinna mieć temperaturę pokojową, cokolwiek to dziś znaczy ;D. Smacznego !

Pai Bao - bułeczki z Hongkongu w Czerwcowej Piekarni.

Pai Bao - bułeczki z Hongkongu w Czerwcowej Piekarni.


Dokładnie sześć lat temu pojawił się w internecie "Akacjowy Blog". Tak się złożyło, że Amber zaprosiła mnie do Czerwcowej Piekarni nie tylko w roli uczestnika, ale i pomysłodawczyni wypieku. Dobrze się składa, bo udział we wspólnym wypiekaniu bardzo sobie cenię i mogę świętować "urodziny" bloga nie tylko w towarzystwie Piotra, ale i wszystkich pasjonatów domowego pieczywa.  

Pomyślałam, że skoro to ciepła pora, przyda się lekki wypiek. Bułeczki mają swój rodowód w Hongkongu. Są delikatne i puszyste. Ich charakterystyczną cechą jest podłużny kształt. To bułeczki do odrywania o miękkich brzegach. Piekłam je wiele lat temu, ale nie byłam w pełni zadowolona. Przejrzałam w związku z tym trochę przepisów i wybrałam ten z bloga Zoe. Przepis (jak dla mnie) okazał się bardzo dobrym wyborem. Bułeczki się udały, mięciutkie i puszyste szybko zniknęły. Polane przywiezionym z Australii miodem z kwiatów krzewu manuka smakowały idealnie. Przepis do powtarzania, zwłaszcza do letnich śniadań. 
Jestem ciekawa czy czerwcowi Piekarze też będą zadowoleni ?


Pai Bao 


Proporcje podane w przepisie dotyczą foremki o wymiarach łącznych 40 cm, u Zoe to 15 na 25 cm, u mnie 29 cm na 11 cm.

Potrzebujemy do ciasta:

210 g letniej wody, w temperaturze około 37 ° C
35 g mleka skondensowanego
300 g mąki pszennej z dużą zawartością białka (użyłam manitoby)
25 g cukru pudru
15 g mleka w proszku
4 g soli
50 g masła, zmiękczonego, w temperaturze pokojowej
1 łyżeczka suchych drożdży instant

Do posmarowania Pai Bao:

1 żółtko
1 łyżeczka mleka

Z podanych składników wyrobić ręcznie lub przy pomocy robota elastyczne i gładkie ciasto. Następnie odstawić je na 30 do 60 minut w celu podwojenia objętości w ciepłym miejscu pod przykryciem. 

Po tym czasie podzielić masę na 15 równych porcji, każdą uformować w kulę. Każdą porcję rozwałkować trzykrotnie i składać, wg instrukcji filmowej klik. Najpierw rozwałkowujemy i składamy jak papier listowy, krótszym bokiem, a ostatni raz wzdłuż długich boków, których długość powinna być dopasowana do szerokości foremki.

Złożone porcje ciasta ułożyć w formie w poprzek. Jeśli nie mamy powłoki zapobiegającej przywieraniu ciasta, foremkę trzeba wysmarować lub wyłożyć papierem do pieczenia. Wstawić pod żarówkę do piekarnika, żeby podwoiło objętość (od 30 do 60 minut). Po wyrośnięciu posmarować roztrzepanym żółtkiem z mlekiem i wstawić do nagrzanego do 180 stopni C piekarnika na 20 minut lub dłużej, żeby ciasto było wypieczone. Po wyjęciu z foremki ostudzić na kratce.

Bułeczki dobrze się odrywają, nie wymagają użycia noża, maja delikatną strukturę i lekko słodki posmak. Polecam. Smacznego :)


Podróż po Etiopii - część 14 - W stronę Yabello i ku dolinie Omo

Podróż po Etiopii - część 14 - W stronę Yabello i ku dolinie Omo

Wyruszając z okolic Wondo Genet czeka nas ponad 300 kilometrowy przejazd do Yabello, administracyjnej "stolicy" strefy Borena. To niezbyt spektakularne miejsce, ale chcąc dotrzeć do doliny Omo można pojechać główną drogą, bądź inną, prowadzącą przez plantacje kawy w okolicach Yirgalem i zapomniane okolice na południe od tychże terenów. Ta druga opcja wydaje się nam ciekawsza i mniej komercyjna. Plantacje kawy fotografujemy z drogi, nie odwiedzając ich. Właściwie nie wiemy dlaczego. Ponoć są jakieś rządowe restrykcje, czy inne niezidentyfikowane ograniczenia. 


Pozostaje nam więc postój tu i tam, by skosztować świeżo palonej kawy przy drodze.


Droga ma to do siebie, że się zmienia. Raz asfaltowa, innym razem gruntowa. A jeśli gruntowa, to widoczność jest mniej więcej taka jak na poniższym zdjęciu.


Krajobraz przypomina rdzenną Afrykę. Wioski złożone z prymitywnych, ale zadbanych, kolorowych domostw, pojawiają się co kilkanaście kilometrów. Ich obecność gwarantuje, że mieszkańcy na pewno zainteresują się potencjalnymi przybyszami.


Kiedy tylko zatrzymujemy się spotykamy ciekawskich ludzi, którzy nie omieszkają pozować nam do zdjęcia.


Kolejne domostwa i kolejny postój, by zrobić kilka zdjęć. Zadziwia nas czerwona gleba ciągnąca się kilometrami.


Publiczność wyrasta jak spod ziemi. W ciągu kilku chwil jest zwykle przy nas kilka osób i kilkanaście innych biegnących na spotkanie. Nie ma szans na samotność, mimo pozornego pustkowia.


W końcu docieramy do Yabello. Po drodze tropiliśmy abisyniaka, endemicznego ptaka zamieszkującego tylko te tereny. Niestety nie było nam dane go zobaczyć  (zdjęcie ze strony - klik)


Widzieliśmy za to inne ptaki, o których wspomnimy przy okazji opisu doliny Omo, bo też tam występują. Małgosia zmęczona podróżą relaksuje się w motelu, ja zaś ruszam na wieczorny obchód miasteczka, nie licząc na spektakularne widoki, lecz raczej spotkania z lokalną społecznością.


Nie zawiodłem się. Jest co i kogo oglądać. Niełatwo jednak uchwycić koloryt ulicy, bo jako turysta jestem tu zupełnie sam i niechętnie afiszuję się z aparatem.


Zachwycają kolorowe stroje tutejszych mieszkańców. To ich powszedni ubiór, nie odświętne odzienie.


Młodziaki mają inna strategię. Oni chcą być fotografowani za wszelką cenę i snują się za mną przyjmując różne pozy. Nie są nawet zainteresowani nagrodą w postaci cukierka, czy jakiegokolwiek gadżetu. Dla nich biały człowiek na tym pustkowiu stanowi wystarczającą atrakcję.


Nie raz robiłem podobne zdjęcia w miejscach, gdzie nawet nie było prądu. Zimna Coca Cola jest wszędzie. Nawet jeśli nie ma lodówki, są nie wiadomo skąd, pojemniki z lodem.


Kolorowe domostwa pokazują tutejszą rzeczywistość. Trudno nam, jednodniowym przybyszom, ocenić potrzeby mieszkańców, czy ich jakość życia.


Mieszkający tu ludzie to zwykle rodziny kilku pokoleniowe. Czasem świadczą jakieś usługi, prowadzą sklep lub sprzedają jedzenie, a część po prostu żyje z dnia na dzień imając się pracy dorywczej.


Późnym popołudniem do Yabello wracają mężczyźni, którzy pracują przy budowie okolicznych dróg. Przywożą ich ciężarówki, te same, które zabierają rano do pracy kilkadziesiąt kilometrów od miasteczka.


Następnego dnia ruszamy dalej na południe. Oto kolejna wioska i kolejni mieszkańcy.


Pola porośnięte są uprawianym tu sorgo i teffem. Mieszkańcy okolic, lud Konso, to urodzeni rolnicy. Nieprzyjazne, niezbyt żyzne i suche ziemie na stokach gór przekształcili w pola uprawne poprzez stworzenie rozległych "tarasów" nawożonych zwierzęcym łajnem. 


Plony transportują w różny sposób, czasem najbardziej prymitywny.


Nasza droga, raz gruntowa, raz asfaltowa, zwykle spotyka jakieś niespodzianki. Najczęściej są to krowy, kozy lub wielbłądy, przechadzające się w najmniej planowanych miejscach. Nasz kierowca jest przyzwyczajony do tego typu utrudnień i wie, że tutejsza zwierzyna ma bezwzględne pierwszeństwo.


Jedziemy dalej opuszczając powoli rejon zamieszkiwany przez lud Konso. Zjeżdżamy niżej do doliny, w której nadal dominują pola uprawne, ale o innym charakterze niż wcześniej.


Po drodze spotykamy mieszkańców, którzy wypasają bydło, piorą albo po prostu oddają się relaksowi na słońcu.


Młodsi, na widok zatrzymującego się samochodu natychmiast korzystają z okazji, by przyjrzeć się nieznajomym z bliska, nie zważając na swój ubiór, a raczej jego brak.


Stąd już niedaleko do bodaj najbardziej przez nas wyczekiwanego miejsca, doliny Omo, gdzie spotkamy zarówno cywilizowane jak i prymitywne plemiona, o których sporo naczytaliśmy się przed wyjazdem, planując podróż.
Podróż po Etiopii - część 13 - W lesie Wondo Genet

Podróż po Etiopii - część 13 - W lesie Wondo Genet

Z lasu Harenna do lasu Wondo Genet jest jakieś 250 kilometrów, ale lata świetlne jeśli chodzi o charakter obu miejsc. Harenna to gęsty las deszczowy, Wondo Genet zaś, jest lasem górskim położonym na średniej wysokości, około 1700 m n.p.m. Temperatura panująca tu w ciągu dnia wzrasta do około 25 stopni, a w nocy potrafi spaść poniżej 10. 

Podróż po Etiopii - część 12 - W lesie Harenna

Podróż po Etiopii - część 12 - W lesie Harenna

Z położonego na wysokości 4000 m n.p.m. płaskowyżu Sanetti udajemy się w rejon, gdzie temperatura powietrza stopniowo wzrasta. U kresu drogi widać już przepaść z której wyłaniają się chmury. To oznaka, że będziemy jechać coraz niżej. 


Na deser truskawkowe "gazpacho".

Na deser truskawkowe "gazpacho".

To deser w sam raz na sezon truskawkowy. Piernik wzbogaca smak  miodem i korzennymi  przyprawami. Możecie go upiec wcześniej, a truskawkową "zupę" zrobić w ostatniej chwili. Nadwyżkę piernika można zamrozić i wykorzystać przy powtórce deseru lub zjeść go w towarzystwie ulubionej kawy lub herbaty. Podana ilość składników jest na niedużą foremkę, ale do deseru wykorzystamy go tylko trochę. 



Truskawkowe gazpacho

Składniki na piernik (foremka o wymiarach 22 cm na 12 cm lub zbliżonych)

100 g masła w temperaturze pokojowej
300 g płynnego miodu
1/2 łyżeczki cynamonu
1 duże ziarenko ziela angielskiego
1 goździk
po 1/4 łyżeczki mielonego imbiru, kardamonu, gałki muszkatołowej, tonki
szczypta soli
10 g proszku do pieczenia
300 g mąki pszennej
2 jaja

Składniki na "gazpacho"

po 200 g dojrzałych, słodkich truskawek na osobę
limonka (skórka i sok)
syrop ryżowy (lub po prostu cukier)
listki melisy lub mięty do przybrania
pomarańcza (skórka i sok)

Wykonanie piernika:

Masło roztopić na wolnym ogniu, dodać miód, razem wymieszać. Ziele angielskie i goździk zmiażdżyć i utrzeć w moździerzu. Przyprawy dodać wraz z pozostałymi do mieszaniny miodu i masła, wymieszać. Do mąki dodać proszek do pieczenia i sól, wymieszać razem. Roztrzepać mikserem jajka. Do masy z miodem dodać mąkę i zmiksować całość. Na koniec dodać jaja, zmiksować. Wlać masę do wysmarowanej tłuszczem foremki i wysypanej bułką tartą. Piec w nagrzanym do 170 stopni C piekarniku przez 50 minut. Pod koniec pieczenia sprawdzić patyczkiem czy jest upieczone. Ciasto po upieczeniu wyjąc z foremki i ostudzić.


Wykonanie "gazpacho":

Truskawki umyć, obrać i zmiksować. Dodać syrop ryżowy i sok z limonki. Nie podaję ilości dodatków bo wszystko zależy od naszego poczucia smaku i słodyczy owoców. Smak należy zrównoważyć. Dodać do masy startą skórkę z pomarańczy. Powinna być lekko wyczuwalna. U mnie na dwie porcje użyłam skórki z ok. 1/4 owocu.

Składamy danie:

Wlewamy miks truskawek do miseczek. Piernik kroimy w kostkę. Kostki skrapiamy obficie sokiem z pomarańczy. Kroimy w kostkę po dużej truskawce na 1 porcję do dekoracji. Układamy piernik i truskawkę na wierzchu "gazpacho". Ozdabiamy skórką z limonki i listkami mięty lub melisy. Smacznego :)

Poszukując pluszcza.

Poszukując pluszcza.

Okres Wielkanocy postanowiliśmy w tym roku spędzić w Szkocji. Skorzystaliśmy ze wspaniałej, słonecznej pogody, która zmotywowała nas do wielu wędrówek po okolicy. Za bazę obraliśmy tym razem Aberdeen, z którego blisko jest do wielu atrakcyjnych miejsc związanych z morzem i górami.

Jesteśmy w Glen Doll, dolinie ukształtowanej miliony lat temu przez lodowiec i wodę, będącej częścią największego w Wielkiej Brytanii Parku Narodowego Cairngorms. Pojechaliśmy tam z myślą o całodniowej wędrówce szlakami i podziwianiu bezkresnych przestrzeni. 

Chleb wiejski, całonocny na zakwasie w Kwietniowej Piekarni.

Chleb wiejski, całonocny na zakwasie w Kwietniowej Piekarni.

Zobaczyłam ten chleb u Gucia  i od razu chciałam go upiec. Amber zaproponowała, żebym się wstrzymała do Kwietniowej Piekarni. Bardzo się starałam i wytrzymałam ;) Chleb wiejski, całonocny, jasny to chleb pszenny w tradycyjnym kształcie, o rustykalnej urodzie, pieczony w garnku żeliwnym. Przepis pochodzi z książki "Mąka, woda, drożdże, sól"  Kena Forkisha. To bardzo smaczne pieczywo. Należy tylko dobrze rozplanować organizacyjnie wszystkie czynności, bo nie wymaga on wysiłku tylko czasu. Ja dokonałam drobnych zmian w rodzajach mąk i w czasie pierwszego mieszania dodałam trochę więcej wody, bo ciasto było bardzo ścisłe.


Chleb pszenny na zakwasie - wiejski, całonocny, jasny


Składniki na jeden bochenek:

430 g mąki pszennej  chlebowej typ 1050
25 g mąki żytniej typ 720
342 g wody letniej w temperaturze 32-35 stopni C (dałam trochę więcej)
11 g soli morskiej
108 g  aktywnego zakwasu żytniego (dokarmionego dobę wcześniej)

Wykonanie:

W dużym pojemniku mieszamy mąki i wodę do połączenia składników i pozostawiamy na ok. 20-30 minut dla  autolizy. Posypujemy solą, dodajemy zakwas i mieszamy metodą szczypcową - klik około 1 min.
Pozostawiamy w pojemniku na 15 min i wyrabiamy wg metody jak na filmie - klik.
Pozostawiamy na 30 min i ponownie wyrabiamy.
Pozostawiamy na 1 godzinę i ponownie wyrabiamy.
Pozostawiamy n 2 godziny i ponownie wyrabiamy.
Pozostawiamy na noc w lodówce w pojemniku pod przykryciem.

Następnego dnia (po ok. 12-15 godzinach)  formułujemy bochenek - klik. Przekładamy do koszyczka złączeniem do dołu na ok. 2-4 godziny do pełnego wyrośnięcia. Piekarnik z garnkiem żeliwnym nagrzewamy do ok. 245 stopni  C ok. 20-40 min. Bochenek nie nacinamy tylko wkładamy do gorącego garnka. Pieczemy ok. 30 min pod przykryciem a następnie ok. 20 min bez, do dobrego wypieczenia. Po upieczeniu chleb studzimy na kratce.

Chleb piekliśmy w takim oto składzie:
Akacjowy Blog
Konwalie w kuchni
Kuchnia Gucia
Kuchennymi drzwiami
Moje małe czarowanie
Ogrody Babilonu
Zacisze kuchenne
Podróż po Etiopii - część 11 - W poszukiwaniu Kaberu na dachu Afryki.

Podróż po Etiopii - część 11 - W poszukiwaniu Kaberu na dachu Afryki.

Kiedy wyjeżdżaliśmy do Etiopii z tyłu głowy miałem kilka haseł, co z fauny tego kraju musimy zobaczyć. Były to ptaki, dżelady i on, jedno z najrzadszych stworzeń na świecie. Zaryzykuję, że był na pierwszym miejscu moich oczekiwań. Jeszcze bardziej umocnił się tam, gdy obejrzeliśmy świetny dokument "Megeti - ostatni Kaberu Afryki". Mowa o wilku etiopskim.



Ptaki Etiopii - na płaskowyżu Sanetti.

Ptaki Etiopii - na płaskowyżu Sanetti.

Ruszamy na Płaskowyż Sanetti. To trzecia z pięciu stref roślinnych Parku Narodowego Gór Bale, która jest jednocześnie największym na świecie obszarem afroalpejskich wrzosowisk.



Podróż po Etiopii - część 10 - Świat ptaków i roślin płaskowyżu Sanetti.

Podróż po Etiopii - część 10 - Świat ptaków i roślin płaskowyżu Sanetti.

W końcu dotarliśmy do Goba, naszej bazy wypadowej do Parku Narodowego Gór Bale. Jesteśmy na wysokości 2750m n.p.m. i delektujemy się faktem, że zamieszkamy w najlepszym hotelu w okolicy. Delektujemy się do momentu, gdy przekraczamy próg pokoju. Jego wizytówką są toporne meble, brak ogrzewania i wzdrygające człowiekiem zimno. Na szczęście jest też czysta pościel, kołdry i koce. Gorąca woda w prysznicu i zimne piwo w restauracji łagodzą nasz ból. Czuję jednak, że przenieśliśmy się czterdzieści lat wstecz, w czasy późnego PRL-u. Uczucie nostalgii pozwala zapomnieć o prawie godzinnym oczekiwaniu na niewyszukane jedzenie, spaghetti w sosie pomidorowym dla wegetarian i bolognese dla mięsożerców. Dodatkowo zamówione papryczki chili ratują dania, przy okazji przyjemnie rozgrzewając ciała relaksujące się w kilkunastostopniowym klimacie restauracji. Jest dobrze. W końcu nie przyjechaliśmy tu dla zabiegów spa i kulinarnych ekscesów, czy serwisu rodem z restauracji z gwiazdką Michelin. Następnego dnia po wczesnoporannym śniadaniu złożonym z warzywnego omleta, dżemu, grzanek i kawy jesteśmy gotowi na poszukiwania kolejnych endemicznych zwierząt i ptaków. W takim oto miejscu...



Ptaki Etiopii - kruki grubodziobe.

Ptaki Etiopii - kruki grubodziobe.

Jedziemy do Goba, naszej bazy wypadowej w górach Bale. W końcu przejeżdżając przez góry, przy krętej drodze gdzieś między  miejscami zamieszkałymi przez ludzi, dostrzegamy parę kruków grubodziobych (Corvus crassirostris) - największych przedstawicieli kruków na Ziemi, porównywanych wielkością z gęsią. 


Kruk grubodzioby to ptak endemiczny, żyjący tylko w Rogu Afryki. W Etiopii spotykany jest głównie w Parku Narodowym Semien (na północy) i Parku Narodowym Bale. Upodobał sobie górskie obszary do wysokości 4100 m n.p.m.


Para, którą spotkaliśmy była bardzo sobą zajęta. Ptaki obdarzały się wzajemną czułością, która polegała na ciągłym przytulaniu się i skubaniu piór, zwłaszcza w okolicach głowy, gdzie są one bardzo krótkie.


Samica wydawała się nieco drobniejsza niż samiec. Ptaki te łączą się w pary tylko w okresie lęgowym. Poza tym okresem żyją w stadach. Przyjrzyjcie się dziobowi. Ma długie, wklęsłe rowki. Końcówka dzioba jest biała, podobnie "czapeczka", która mi kojarzy się z jarmułką ;) Na karku jest też wąski pasek białych piór. Cechą charakterystyczną jest brązowy połysk ptaków, który dzięki słońcu widać na zdjęciach. 


Poniżej widać, że otwory nosowe w rowkach na dziobie przykryte są piórami, zwłaszcza u ptaka po prawej stronie.


Kruki grubodziobe jedzą pędraki. Zaobserwowano, że potrafią rozrzucać łajno i wydobywać z niego larwy chrząszczy. Jedzą też padlinę, skrawki mięsa i resztki żywności porzucone przez ludzi. Potrafią wydobywać ziarna z dojrzałych zbóż. 


Bardzo nam zależało, żeby zobaczyć te ptaki. Zrobienie zdjęcia to marzenie numer dwa. Oba się spełniły :)  Mieliśmy dużo szczęścia.
Podróż po Etiopii - cz. 9 - kierunek Goba.

Podróż po Etiopii - cz. 9 - kierunek Goba.

Przed nami kolejny odcinek podróży znad jeziora Langano do Goba, naszej bazy wypadowej w górach Bale. Mamy do pokonania około 250 km drogi, co na warunki etiopskie oznacza długą podróż. Nie jest to jeszcze najgorszy odcinek trasy. W większości to ciągle asfalt, choć jakość drogi miejscami budzi zastrzeżenia. Jedziemy przez Szaszemenie i Dodola w kierunku Dinsho. W Etiopii, jak w żadnym innym kraju krajobraz bardzo szybko zmienia się. Opuściliśmy suchą, kolczastą sawannę, która została za nami. Pojawiają się zielone obszary z zupełnie inną roślinnością i pola uprawne.


Puszyste bułeczki maślano - miodowe.

Puszyste bułeczki maślano - miodowe.

Właściwie to powinny nazywać się "przytulone" bułeczki. Ich miękkie boki to jeden z atutów wypieku. Przepis bardzo przypomina drożdżowe buchty, które piekłam nadziewane powidłami węgierkowymi. Pyszne, puchate, delikatne, do spożywania raczej ze słodkimi dodatkami. W sam raz na śniadanie.


Puszyste bułeczki maślano - miodowe


O tym co nowego w lesie na przełomie zimy i wiosny 2019 r.

O tym co nowego w lesie na przełomie zimy i wiosny 2019 r.

Obserwacja ptaków to nasza wielka pasja, którą dzielimy się z Wami na blogu. Dziś dzień wyjątkowy. 1 kwietnia  to Międzynarodowy Dzień Ptaków, ustanowiony w 1906 roku, kiedy uchwalono pierwszą międzynarodową konwencję o ochronie ptaków. Ma on przypominać, jak wielką rolę odgrywają ptaki w naszym życiu, w otoczeniu, gospodarce i środowisku. Nie wyobrażamy sobie naszego życia i otoczenia bez ptaków. Dziś będzie o ptakach naszego lasu, o tym co dzieje się tu, teraz, na przełomie pór roku i w trakcie migracji ptaków, najbliżej nas.

Wiosna bardzo powoli rozgaszcza się w naszym lesie. To taki okres, w którym migracje ptaków zazębiają się. Część zimowych gości jeszcze nie odleciała, a powoli przybywają wiosenni wędrowcy z południa.

Co roku pod koniec zimy odwiedza nasz karmnik stado czyży  (więcej o tych ptakach pisaliśmy TU - KLIK). Najadają się ile wejdzie ;), a potem możemy tylko przypuszczać, że ruszają na północ w kierunku Skandynawii i Rosji. Po prostu pewnego dnia nie zjawiają się już. W tym roku przyleciały na Walentynki. Poniżej jedna z samiczek.


Chleb pytlowy na zakwasie z dodatkiem cebuli i tymianku

Chleb pytlowy na zakwasie z dodatkiem cebuli i tymianku

W Marcowej Piekarni upiekłam chleb wyborny. Propozycją był przepis z blogu Dany Leśny Zakątek. Zwykle niewiele zmieniam w testowanych recepturach, ale tym razem postanowiłam podkręcić smak chleba i dodać dwa razy więcej cebuli. Nie posłuchałam sugestii Danusi, dla której cebula miała być jedynie dodatkiem. Pachniało w całym domu podczas pieczenia, po i za każdym razem, kiedy kroję ten chleb, nie mogę nacieszyć się jego smakiem i aromatem.


Chleb pytlowy z dodatkiem cebuli i tymianku


Składniki na dwie nieduże keksówki o wymiarach ok. 24 cm x 11 cm (mierzone u góry)

na zaczyn:
40 g zakwasu z mąki żytniej razowej, odświeżonego dzień wcześniej
300 g mąki pytlowej
310 g wody

Składniki mieszamy w naczyniu, przykrywamy i pozostawiamy do przefermentowania na 14-15 godzin

ciasto właściwe:
cały zaczyn
340 g mąki pytlowej
210 g mąki pszennej typ 650
330 g wody
sól

dodatki do chleba:
200 g cebuli
2 łyżki oleju
1-2 łyżki octu balsamicznego.
szczypta soli
1-2 łyżki listków świeżego tymianku

Wykonanie:

Składniki ciasta właściwego mieszamy, stopniowo dodając mąkę i wodę dokładnie wyrabiamy np. łyżką drewnianą. Przykrywamy i  czekamy aż ciasto sobie odpocznie gdzieś 40-50 minut. Powinno lekko podrosnąć.
W tym czasie przygotowujemy cebulę. Warzywo pokroić w kostkę, zeszklić na rozgrzanym oleju, dodać oberwane z łodyżek listki tymianku, a  pod koniec ocet balsamiczny. Odczekać, żeby wyparował, wyłączyć grzanie i ostudzić.
Po 40-50 minutach dodać do ciasta cebulę. Wyrobić jeszcze raz aby wszystko dobrze połączyć. Ciasto włożyć do foremek wyłożonych pergaminem i odstawić pod przykryciem do wyrośnięcia na ok. 2,5 godziny (do podwojenia objętości). Piec 25 minut w temperaturze 230 stopni C i 25 minut w 210 stopniach C. Po upieczeniu ostudzić na kratce.


Naleśniki "tysiąca dziurek"...

Naleśniki "tysiąca dziurek"...

Przyznam, że od chwili kiedy zobaczyłam je po raz pierwszy na zdjęciu, bardzo chciałam je zrobić. Teraz po konsumpcji, nie wiem czy prędko wrócę do tradycyjnych naleśników ;D Baghrir, marokańskie "naleśniki" są pyszne, chrupiące od spodu, mięciutkie i delikatne od góry. Rewelacja! Autorką przepisu jest Sylwia, prowadząca bloga "Smaki Maroka...i nie tylko!". Danie wykonałam w ramach kulinarnej akcji prowadzonej na FB " Wypiekanie na śniadanie". Skorzystałam z rad Sylwii i trzymałam się przepisu. Podobno mogą się nie udać, tym bardziej cieszę się, że za pierwszym razem wyszły mi wspaniale.

Baghrir - marokańskie naleśniki z dziurkami


Składniki na ok. 15 szt. naleśników o średnicy ok. 14-15 cm

na ciasto:
300 g drobnej semoliny
1 kopiasta łyżka mąki pszennej
450 ml letniej wody*
1 łyżeczka cukru
1 łyżeczka soli
7 g suszonych drożdży instant (1 opakowanie)
1 łyżeczka proszku do pieczenia

do polania:
miód (u mnie of cors :D akacjowy)
masło
(na każde dwie łyżki miodu 1 łyżeczka masła)

Wszystkie składniki oprócz proszku do pieczenia umieścić w naczyniu. Miksować około 4 minuty na wolnych obrotach (użyłam zwykłego miksera ręcznego i miksowałam na 1 stopniu prędkości). Następnie dodać proszek i miksować kolejne 2 minuty, aż na powierzchni utworzą się drobne pęcherzyki. Ważne jest na tym etapie, żeby nie miksować szybko. Zbyt szybkie miksowanie (jak pisze Sylwia) zamienia masę w kleistą i ciężką, pozbawia też naleśniki ich uroczych dziurek, a placki wychodzą gumowate.

Miód i masło podgrzać tylko tyle, żeby masło rozpuściło się i całość miała lejącą konsystencję.

Patelnię z nieprzywierającą powłoką rozgrzać. Wylewać porcje ciasta i smażyć około 2 minuty tylko z jednej strony na średnim grzaniu. Przy pierwszym naleśniku sprawdzić, czy gęstość masy jest odpowiednia. Jeśli nie, dodać wody. *Ja musiałam zwiększyć ilość wody, ale to zawsze zależy od semoliny :) Ciasto powinno być rzadsze niż na "nasze" naleśniki, a po wylaniu go na patelnię nie rozprowadzamy, jak tradycyjnie. Samo powinno rozlewać się na boki. Warstwa ciasta powinna być cienka. Podczas pieczenia trzeba kontrolować moc grzania, żeby ich nie przypiec od spodu. Baghrir smażymy tylko z jednej strony!

Prosto z patelni przekładać na papierowy ręcznik kuchenny i pozwolić im chwilkę odparować. Podawać na ciepło lub zimno polane mieszaniną masła i miodu (jak to robią Marokańczycy)  


lub w inny sposób. Piotr zrobił sobie wersję z serem i pastą z suszonych pomidorów. Ja zjadłam jak Marokańczycy, ale marzę o baghrir z jogurtem i świeżymi owocami. Takie będą następnym razem :)

Uczestnicy akcji:
Słodko - Słone
Moje Małe Czarowanie
Dorcia w kuchni
Akacjowy blog
Marghe Malgorzata Zarzycka Andreucci zdjęcie z FB
Bożena P-k zdjęcie z FB

Bułeczki krucho - drożdżowe - wersja na słodko z twarogiem.

Bułeczki krucho - drożdżowe - wersja na słodko z twarogiem.

To modyfikacja przepisu na bułeczki wytrawne z poprzedniego wpisu - KLIK. Do twarogu dodałam kandyzowaną skórkę z pomarańczy, bo bardzo lubię jej aromat i posiekane morele bio. To ważne, bo one mają inny smak podobnie jak i wygląd, niż te piękne pomarańczowe, których pełno na półkach sklepowych. Dla mnie suszone morele są mniej słodkie i ciekawsze w smaku niż rodzynki, którymi możecie je tu oczywiście zastąpić. Profilaktycznie zrobiłam  z połowy porcji ciasta podanej w wersji wytrawnej;) Polecam ten przepis. Bułeczki można zawsze przed konsumpcją włożyć np. na 30 sekund do kuchenki mikrofalowej. Ciepłe smakują wybornie.


Bułeczki krucho - drożdżowe z twarogiem, kandyzowaną skórką pomarańczową i morelami


Składniki na ok. 16 - 18 szt.

na ciasto :
260 - 270 g mąki do wypieków drożdżowych
125 g miękkiego masła
125 ml kwaśnej śmietany (ok. 110 g)
25 g świeżych drożdży
szczypta soli
2 łyżki cukru pudru
1 łyżeczka zwykłego cukru

na farsz:
500 g twarogu sernikowego z "wiaderka"
10 g cukru z prawdziwą wanilią
1-2 łyżki posiekanej drobno, kandyzowanej skórki pomarańczowej
60 g suszonych moreli bio
cukier puder do smaku

dodatkowo
1 roztrzepane jajko do posmarowania bułeczek

Zanim zrobimy ciasto pamiętajmy, żeby wszystkie składniki miały pokojową temperaturę. Gdy bułeczki robię rano, składniki wyjmuję wieczorem i zostawiam na blacie kuchennym.

Drożdże rozkruszyć do śmietany, dodać łyżeczkę cukru, wymieszać i odczekać aż zaczną działać.  W tym czasie wymieszać przygotować nadzienie. Ser wrzucić do miski, dodać cukier z wanilią, posiekaną drobno skórkę, pokrojone w drobną kostkę morele i na koniec posłodzić do smaku. Ja nie przepadam za zbyt słodkim smakiem. Skórka kandyzowana jest słodka, podobnie morele, dlatego dosładzać trzeba na koniec (u mnie to 1 czubata łyżka cukru pudru). Wymieszać i odstawić. Z podanych składników razem z rozczynem wyrobić ręcznie lub przy pomocy robota gładkie, elastyczne ciasto. To bardzo wdzięczny przepis, bo duża ilość masła łatwo wiąże wszystko w całość. Warto je kilka minut wyrabiać, nawet jak jest gładkie, żeby powstała dostatecznie mocna siatka glutenu. Odstawić pod przykryciem, żeby masa podwoiła objętość. Następnie wyjąć ciasto na blat, rozwałkować na prostokąt o wymiarach ok. 35 cm na 25 cm. Ze względu na dużą ilość masła jest jedwabiste w dotyku i nie klei się do podłoża, nie trzeba podsypywać mąką podczas wałkowania i zwijania w roladę. Rozłożyć farsz równomiernie na powierzchni placka, pozostawiając dookoła margines ok. 2 cm. Zrolować dokładnie wzdłuż dłuższego boku. Pokroić ostrym nożem na 2 cm kawałki. Ułożyć na blasze wyłożonej pergaminem (można odczekać ok. 30 minut aż podrosną, ale nie jest to konieczne, bułeczki rosną w piekarniku) i posmarować roztrzepanym jajkiem. Bardzo dobry efekt daje też smarowanie już pod koniec pieczenia, gdy bułeczki są już prawie upieczone, wystawiam na chwilę blachę (zamykam piekarnik), smaruję i wkładam tylko na tyle, żeby jajko na wierzchu się upiekło, są wtedy dużo bardziej błyszczące.
Z tej porcji ciasta wyjdą nam bułeczki na jedną blachę. Piec w 180 stopniach ok. 35-40 minut. Po upieczeniu studzić na kratce. Smacznego :)