czwartek, 25 sierpnia 2016

Tarta jeżynowa z gąsiorkiem.


Pamiętam bardzo wyraźnie smak deseru z dzieciństwa, choć byłam wtedy bardzo mała. W domu, w którym  wychowywała mnie moja Ciocia zwana  Lucią (Ludwiką) na deser mi i "mojej drugiej" Małgosi dla odmiany nazywanej Sylwią serwowała deser z kaszy manny gotowanej na gęsto. Te pyszności polewane były gęstym sokiem. Dla mnie to wspomnienie ma smak jeżyn, do których mam ciągły sentyment. Nie potrafię obojętnie przejść wobec jeżynowego krzaku. Uwielbiam ich owoce, których wysyp mamy teraz w naszym lesie. Od dawna myślałam "jakie tu zrobić ciasto z jeżynami ?". No i wymyśliłam tartę jeżynową. A swoją drogą, muszę spytać Małgosi - Sylwii, czy ona pamięta ten smak...


Tarta jeżynowa


Proporcje na foremkę o wymiarach 35x11 cm lub okrągłą o średnicy 22 cm

 Składniki na ciasto:

160 g mąki krupczatki
115 g masła
45 g cukru pudru trzcinowego
20 g kakao
1-2 łyżki zimnej wody
 

Ciasto szybko zagnieść (lub zmiksować w melakserze), tylko do połączenia składników w gładką masę. Włożyć zawinięte w folię na godzinę do lodówki.

Składniki na krem jeżynowy:

250 ml soku z jeżyn
70 - 100 g cukru trzcinowego*
150 g masła
4 jaja l
3 żółtka jaj l
1 pomarańcza (tylko skórka)

*ilość cukru zależy od poziomu słodyczy w owocach i naszych osobistych preferencji :)

Sok z jeżyn wlać przecedzony do garnka, dodać cukier i masło, podgrzewać delikatnie i mieszać aż masło i cukier rozpuszczą się.
W osobnym  naczyniu ubić jajka z żółtkami. Kiedy mieszanina soku będzie ciepła (nie gorąca!) dodać ją strumieniem do jajek pamiętając o tym, żeby cały czas mieszać wszystko na wysokich obrotach. Wlać mieszaninę do garnka i na małym ogniu podgrzewać cały czas mieszając do momentu aż zgęstnieje. Potrwa to kilka minut. Gotowy jeżynowy krem odstawić. Dodać otartą skórkę z połowy jednej pomarańczy, zamieszać i przykryć krem, żeby na wierzchu nie tworzył się kożuch.

Przygotowanie ciasta :

Po odpoczynku w chłodzie wyłożyć ciasto i odczekać kilka minut. Rozwałkować i wyłożyć wysmarowaną tłuszczem formę do tarty. Nakłuć widelcem ciasto, przykryć pergaminem i obciążyć. Piec w nagrzanym piekarniku do 180 stopni przez 20 min. Na podpieczony spód wylać krem i piec jeszcze 8-10 minut. Po ostudzeniu dowolnie udekorować. Ja użyłam świeżych jeżyn, poziomek, kwiatów lawendy i małych bez.
Krem w tarcie jest bardzo stabilny, po przekrojeniu trzyma "formę". Tartę można zrobić dzień wcześniej przed konsumpcją i trzymać ja w lodówce, przed podaniem wyjąć na ok 1 godz., żeby miała odpowiednią temperaturę.




***




Dziś kolejna część ptasich opowieści. Nasza potrzeba pisania o ptakach najprawdopodobniej wynika z faktu, że zaczną one nas za chwilę opuszczać, choć może już niektóre z nich właśnie udają się w swoją długą podróż. 

Gąsiorek jest wędrowcem, który ze znanych nam ptaków migrujących do naszego lasu, przybywa najpóźniej. Zwykle pojawia się w początkach maja, by opuścić nas w sierpniu i powrócić do Afryki. Jest tu więc krótko. To pierwszy rok, kiedy odnosimy wrażenie, że gąsiorków jest mniej niż zwykle. Ptaki te nie jest nam trudno zlokalizować, bo znamy ich upodobania. Właściwe pojawiają się w naszym lesie na czterech polanach. W tym roku na dwóch nie zaobserwowaliśmy żadnego. Miejmy nadzieję, że to przejściowy stan, albo mięliśmy pecha.



Wiosną najpierw przylatują samce. Mocno je ta migracja wyczerpuje. To pierwszy w tym roku sfotografowany gąsiorek (u góry), widać że  jest wyraźnie "szczupły".



Po kilku dniach zwykle dołączają do samców panie gąsiorkowe. Są one mniej kolorowe i nie posiadają charakterystycznej przepaski na oczach jak samce, które w domowym slangu nazywamy Zorro.


Ten niezbyt duży ptak (przy 16-18 cm długości zajął by zapewne drugie miejsce na podium wielkości między szpakiem a sikorką) zamieszkuje w sezonie lęgowym niemal całą Europę. Wyjątkiem jest tu południowa Hiszpania, północne regiony Skandynawii, Brytania i Irlandia.


Jeszcze w maju, kiedy ptaki po przylocie odbudują swoją kondycję, przystępują do budowy gniazda. Lubią gęste krzewy jeżyn, malin, tarniny, dzikiej róży czy młode świerki. Plotą swoje gniazda z drobnych korzonków i suchych traw, wyścielając je mchem. Gniazda zwykle umieszczają na wysokości 1 m, czasem wyżej do 3 m. Są jednak przy tym bardzo skryte i ciche. Nigdy jeszcze nie trafiliśmy na gniazdo gąsiorków, jedynie udało nam się przyłapać budowniczego (na zdjęciu powyżej).




Gdy samiczka zniesie ostatnie jajko (zwykle składa ok. 5) zaczyna wysiadywanie, by po dwóch tygodniach zaczęły się wykluwać małe gąsiorki. Dr A. Kruszewicz pisze w swojej książce "Ptaki Polski", że przy niekorzystnej pogodzie może to trwać trochę dłużej.



Pisklęta są w gnieździe dwa tygodnie, a potem  jeszcze kilka tygodni karmią je rodzice.


Gdy podloty już siedzą na gałęziach, zwykle głośno domagają się jedzenia i nie trudno je zlokalizować.


Im są starsze, tym zachowują się ciszej, ale w swojej ufności potrafią pojawić się w jakimś dobrze widocznym miejscu.


Ten powyżej ma jeszcze puszyste, delikatne piórka, jednak stopniowo nabiera już barw rodziców. Jednak typowe ubarwienie charakterystyczne dla samic czy samców pojawi się u tych młodych dopiero podczas zimowania w Afryce.


Gąsiorki muszą się dobrze przygotować do tej podróży, bo lecą aż na południe  Czarnego Lądu, co zajmuje im ok. 100 dni.



"Przelot wiosenny trwa nieco krócej, ale i tak rok w życiu gąsiorka w połowie składa się z wędrówki, a po odliczeniu 4 - miesięcznego pobytu w Polsce pozostają mu już tylko 2 miesiące na "wakacje" w Afryce" (A. Kruszewicz "Ptaki Polski").


Gąsiorki to ptaki drapieżne. Mają zagięty haczykowato dziób jak inne dzierzby i polują na duże owady - trzmiele, pasikoniki, chrząszcze, pająki oraz na małe jaszczurki, myszy a nawet podobno na mniejsze, zwłaszcza  młode ptaki. My jednak zawsze widzieliśmy je tylko  z owadami.





Mają też zwyczaj robienia zapasów. Pamiętam, że jako dziecko trafiłam na taką spiżarnię. Na kolcach drzewa znalazłam ponadziewane trzmiele. Niech was więc nie zdziwi gdy traficie na takie znalezisko, bo to z pewnością sprawka jakiejś dzierzby, gdyż cała rodzina ma podobne zwyczaje.


Ze względu na swoje menu, gąsiorki najpierw wybierają eksponowane stanowisko, żeby upatrzeć potencjalny pokarm. Siedzą na górze ogrodzenia, na szczycie gałęzi,


krzewów,


lub jak tu na słupkach.


Czasem takiemu zmęczonemu rodzicowi zdarzy się nawet odbyć w miejscu polowania małą drzemkę.


Trzymamy kciuki za "nasze" gąsiorki i będziemy znów wypatrywać ich z utęsknieniem w maju.
  

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Chleb mieszany na miodzie z oliwkami i rzadki gość w zielonym fraku.

Zacznijmy od chleba. Zatęskniłam za wspólnym pieczeniem w Piekarni Amber. W sierpniu przepis dla nas wybrała Badylarka Domatorka prowadząca bloga Weekendy w domu i ogrodzie. Chleb bardzo smaczny i prosty w wykonaniu. Dokonałam bardzo nieznacznych zmian. Przepis podaję ze zmianami, a oryginalny znajdziecie w linku powyżej. Dziękuję Amber i Badylarce za ten sierpniowy pomysł na chleb.


Chleb mieszany na miodzie z oliwkami



Składniki :
(na foremkę o wymiarach 11 cm x 29 cm)

240 g aktywnego zakwasu żytniego
50 g siemienia lnianego
70 g razowej mąki żytniej
130 g razowej mąki orkiszowej
250 g mąki pszennej
1 łyżeczka (8 g) soli
1 łyżka płynnego miodu
350 g wody
75 g pokrojonych czarnych oliwek

Wykonanie:


Na pół godziny przed wyrabianiem ciasta na chleb namoczyć siemię lniane w 75 g wody. Wymieszać i odstawić do napęcznienia.

W dużej misce wymieszać mąki, sól, miód i zakwas.  Dolać ok. 200 g wody oraz napęczniałe siemię. Wymieszać, starając się rozdzielić zlepione ziarna.  Dolać resztę wody i wyrobić dokładnie ciasto  łyżką  – składniki powinny się ze sobą wymieszać, a masa powinna mieć gęstą konsystencję, ale na tyle rzadką, by dawała się wyrabiać łyżką. Przykryć ciasto wilgotną  ściereczką lub folią i odstawić do wyrośnięcia na kilka godzin (najlepiej na noc).

Rano ciasto będzie wyraźnie wyrośnięte. Do reszty ciasta dodać  pokrojone oliwki i równomiernie je wmieszać. Przełożyć ciasto do keksówki wyłożonej papierem do pieczenia.  Odstawić  do ponownego wyrośnięcia na ok. dwie godziny. Wierzch ciasta można posypać mąką bezglutenową i przykryć wilgotną ściereczką lub ciasto w keksówce włożyć do plastikowej torby i szczelnie zawinąć.

Formę z wyrośniętym ciastem wstawić do piekarnika. Ustawić termostat na 230 stopni, piec 23 minuty, następnie zmniejszyć do 210 i piec 22 minuty. Wyjąć chleb z formy, usunąć papier do pieczenia i odstawić do ostygnięcia. Po upieczeniu chleb powinien oddawać głuchy dźwięk, gdy postuka się go od spodu. 



Chleb mieszany na zakwasie z miodem i oliwkami na blogach:

Akacjowy blog
am. art kolor i smak
Apetyt na smaka
Kuchnia Gucia
Kuchennymi drzwiami
Kulinarna Maniusia
Kulinarne przygody Gatity
Moje małe czarowanie
nie-ład mAlutki
Polska zupa
Przepisy na domowy ser i chleb
Smakowity chleb
Stare gary
Weekendy w domu i ogrodzie
W poszukiwaniu slow life



****

Czas na ptasie opowieści. 

Zdarzyło się to późną wiosną, na przełomie maja i czerwca. Ptaka tego szukaliśmy od ponad roku. Jakoś mijaliśmy się i nie było nam po drodze. Najpierw niechcący spłoszyliśmy go żerującego na łące koło leśniczówki. Na szczęście przysiadł w bezruchu na gałęzi, na ścianie lasu. To jego ulubiona pozycja i może tak trwać godzinami. Niestety nasze teleobiektywy pozostały wówczas w domu. Byliśmy czujni. Obserwowaliśmy teren podczas każdej wędrówki, bo ptak to terytorialny więc musiał się w końcu znów pojawić. Pokazał się niedaleko, na otwartym terenie. Pewnie żerował na okolicznych polanach. Obserwowaliśmy go przez lornetkę, dopóki nie odleciał w las.

Aby podzielić się kulisami naszych "łowów" musimy wspomnieć o aktorach. Pan Hiszpan bywa w lesie i fotografuje. Nie zna słowa po polsku. Pan Zbyszek ma sporą wiedzę ornitologiczną, uwielbia las i wędruje ze swoim spokojnym psem beaglem. Państwo Bogusia i Piotr z młodym wilczurem również pomykają po lesie w poszukiwaniu ptaków. No i my. 

Nasze drogi przecinają się i spotykamy się czasem, by wymienić doświadczenia z obserwacji. Że tu dziupla kowalika, tam gniazdo świstunki, tu była muchołówka, tam stado grubodziobów, na górce dziupla dzięcioła czarnego, a wysoko w koronie drzew gniazdo myszołowa... Takie tam błahe historie.

Tym razem było tak. Pan Hiszpan zaczepił pana Zbyszka i językiem migowym oraz obrazem ze swego aparatu pokazał rzadkiego ptaka przy dziupli, którą zasiedlił ze swą partnerką. Oczywiście ptak, nie Pan Hiszpan. Trzeba było przejść przez tak mało dostępne chaszcze, że spacer nie był specjalną rozkoszą. Pan Zbyszek opowiedział jak tam dojść i co znaleźć. Nie było łatwo, bo drzew z dziuplami w lesie wiele. Pan Piotr z panią Bogusią, którzy od pana Zbyszka również przejęli tę tajemną wiedzę poświęcili swój czas i zaprowadzili nas na miejsce. Chwała im. Tak staliśmy się współwłaścicielami tajemnicy. Zastygneliśmy w milczeniu wpatrzeni w dziuplę, jak dzieci w nową zabawkę. Po chwili przyleciał on - dzięcioł zielony. Był to samiec, o czym zaświadczył czerwony "wąs" pod okiem.


Samica ma "wąs" czarny. Poza tym w zasadzie niczym się nie różnią.


Dzięcioł zielony wybrał najgorsze z możliwych dla nas miejsce na powiększenie rodziny. Po pierwsze, trzeba było się przedrzeć przez wysokie trawy, pokrzywy i powalone drzewa. Po drugie, dziupla była wysoko na drzewie, do tego w cieniu, co nie pomagało w obserwacji, a tym bardziej w robieniu zdjęć. Po trzecie, dość późno zdecydował się na miłość, bo wyrosły już świeże zielone liście, które skutecznie zasłoniły część widoku. Jednak biorąc pod uwagę, że jest to bardzo nieufny i unikający obcych ptak, wybór miejsca przyjęliśmy ze zrozumieniem.


Dzięcioł zielony jest całkiem pokaźny. Wielkością przewyższa dzięcioła dużego, choć ustępuje największemu z dzięciołów - czarnemu. Para wykuwa dziuplę przez około trzy, czasem cztery tygodnie, po czym zasiedla ją. Nasze dzięcioły zamieszkały w olsze. Drewno tego drzewa należy do miękkich i takie właśnie ptak preferuje. Jest bardzo czujny i zanim doleci na miejsce siada na okolicznych drzewach, rozglądając się wokół. Czasem byliśmy świadkami jak oblatuje okolicę, dopóki nie schowaliśmy się za drzewem, by ukryć nasze istnienie. Nierzadko ginął na kolejne pół godziny zanim zawitał z powrotem.


Samica dzięcioła składa zwykle 5-7 jaj i wysiaduje je na zmianę z samcem.  Po niecałych trzech tygodniach pojawiają się młode. Początkowo nie potrafią sobie radzić z termoregulacją i przez tydzień stale ogrzewane są przez jedno z rodziców. Starsze, ciekawskie, chętnie obserwują nieznany im świat.


Po kolejnych czterech tygodniach  opuszczają gniazdo. Byliśmy świadkami sytuacji, kiedy młody dzięcioł zielony spacerował już po drzewie, a młodszy brat lub siostra wychylały się w oczekiwaniu na przylot rodzica. Ten chodzący niezgrabnie po korze drzewa ptak w końcu postanowił odbyć jeden ze swoich pierwszych lotów. Miał gwarancję, że rodzice będą go nawoływać, by przez jakiś czas jeszcze karmić.


Młode dzięcioły mają cętkowane pióra na całym ciele. Brak "wąsów" nie zdradza ich płci. Istnieje między nimi więź, co pokazuje to kiepskie niestety, ale ważne dla nas zdjęcie, eksponujące emocje młodych ptaków. Wydają odgłosy, popiskiwania, które odbieramy jak rodzinną pogawędkę.



Ulubionym pożywieniem dzięciołów zielonych są mrówki. Bez nich nie są w stanie przetrwać. Często spotyka się je żerujące nisko w poszukiwaniu małych mrówek budujących gniazda w ziemi. Czasem wyjadają niewielkie mrówki lub ich larwy ze spróchniałych pni. W ostateczności posilą się w mrowisku, ale większe mrówki nie są ich ulubionym łupem. Pomaga im w tym lepki i długi język, który wysuwają na 10 centymetrów. Rzadko, w przeciwieństwie do innych dzięciołów, siadają na drzewie i stukają by znaleźć pożywienie.

Takie menu powoduje, że gdy przychodzą śnieżne zimy, dzięcioł ten ciężko sobie radzi z przetrwaniem. Znaleźliśmy informacje, że potrafi rozkopać śnieg do głębokości metra, by dostać się do mrowiska. Zapewne miedzy innymi dlatego jest rzadkim okazem.


Niełatwo jest znaleźć, a tym bardziej fotografować płochliwego dzięcioła zielonego. Jednak sama obserwacja rodziców i powstającego przy ich udziale nowego życia sprawiła nam ogromną frajdę. Tym bardziej fakt oglądania "wychowanych" w naszym lesie trzech różnych gatunków dzięcioła - czarnego, zielonego i dużego

sobota, 13 sierpnia 2016

Kurczak Yakitori i inne japońskie smaki w ustach gaijina.

Kim jest gaijin? Ogólnie rzecz biorąc to obcy, cudzoziemiec, nazywany tak przez rodowitych Japończyków. Ci z Was, którzy mieli w ręku świetną powieść Marcina Bruczkowskiego "Bezsenność w Tokio" wiedzą o co chodzi. Pozostałym szczerze ją polecamy.

Pierwsze spotkanie na żywo z Japonią to jak lądowanie na obcej planecie. Troszkę obawialiśmy się tej odmiennej dla nas kultury, faktu że przeciętny Japończyk zna angielski jak my chiński, że większość napisów to "krzaczki".


Że na ulicach brak nazw oraz numerów domów, publiczny transport to dla gaijina łamigłówka, a sam gaijin jest dziwnym, egzotycznym tworem, traktowanym przez Japończyków z pobłażaniem, choć z uprzejmością.


Właściwie większość obaw spełniła się co do joty, może poza doskonałym transportem, wg którego można było regulować sekundnik w zegarku.


Coś co wydawało się poważnym wyzwaniem okazało się dziecinnie proste. Dzięki uprzejmości, precyzji, punktualności, czystości, poświęceniu, uczciwości, empatii Japończyków i wszechobecnemu poczuciu bezpieczeństwa w najbezpieczniejszym kraju na świecie. Żeby jednak było jasne - pokochaliśmy Japonię całym sercem, ale nie moglibyśmy tam mieszkać, bo choć kraj piękny, społeczeństwo bardzo przyjazne, to nadal ma w sobie gen separacji od innych kultur pielęgnowany w czasach Edo, a gaijin pozostanie tam zawsze gaijinem. Co innego turysta - ten jest rozpieszczany.

Dziś wspomnimy jeden z istotnych dla nas aspektów podróżowania - jedzenie. Lubimy je odkrywać, próbować, oceniać według naszego gustu. Otwierać się na nowe aromaty. Pamiętać o tym co pokochają nasze kubki smakowe i za czym tęsknić będzie żołądek. Do tej pory w każdej z kuchni znajdowaliśmy dla siebie wiele dań. Byliśmy w stanie lepiej lub gorzej odtworzyć je po powrocie do domu dzięki przywiezionym składnikom, przyprawom, poznanym technikom, pamięci smaków, zapachów, czy produktom kupionym w Polsce.

Z Japonią jest inaczej. Kuchnia jest doskonała. Smaczna i zdrowa dzięki świeżym produktom oraz znacznie mniejszej ilości tłuszczu niż w innych krajach. Jednak brak możliwości komunikacji sprawiał, że jadaliśmy czasem coś o czym nie mieliśmy pojęcia. Mówiliśmy "pyszne", ale część składników dania pozostawała tajemnicą. Świeże morskie produkty, glony, nieznane warzywa, przetworzone niewiadomą techniką były zagadką, z którą spotykaliśmy się na co dzień.


Na szczęście sporo odszyfrowaliśmy i jesteśmy w stanie podzielić się wiedzą o nich. Wiedzą na miarę marnych trzech tygodni doświadczeń. W tej oazie świeżości nie dziwi fakt, że wiele produktów kupowanych w sklepach ma nie tylko datę, ale również godzinę ważności lub godzinę zapakowania. Wiele z nich  przed "godziną zero" jest przecenianych o 20-50%. Czy są nieświeże ? Zdecydowanie nie. To jest jednak część kulinarnej kultury Japonii. Te kilka godzin sprawia, że produkt klasy "A" staje się produktem klasy "B".

Przed wyjazdem skompletowałem listę ponad stu dań do przetestowania. Na niecałe trzy tygodnie pobytu było to ambitne wyzwanie. Zbyt ambitne, niemniej wiele spróbowaliśmy. W restauracji, barze, czasem konsumując próbkę na targu, zaopatrując się weń w sklepie, czy kupując porcję dania na ulicy. Nawet w hotelu, podczas śniadania, bo śniadanie w Japonii to jak solidny obiad. Tyle, że mniej kaloryczny.

Kuchnia japońska jest w naszym kraju nieznana. Niektórzy oburzą się czytając to zdanie. Większość wspomni sushi (jakże u nas ubogie), zupę miso (często danie gotowe), kurczaka yakitori (z inną, ala chińską marynatą), czy tempurę (w znacznie tłustszym cieście). Kuchnia japońska jest bardziej wyrafinowana i urozmaicona. Zacznijmy więc przegląd produktów i dań ograniczony do tych, które uwieczniliśmy na zdjęciach lub zapamiętaliśmy. To taki miszmasz, przegląd naszych talerzy z pierwszej podróży po Japonii.


Na początek swego rodzaju fast food. Oto RAMEN, gorący bulion z dodatkami w chińskim stylu. Podawany z makaronem, doprawiony czasem pastą miso i sosem sojowym. Dodatkami są wszelkiego rodzaju warzywa, mięsa, ryby lub owoce morza. Co bar, czy restauracja to inny ma smak. Z reguły jest pyszny, bo bulion "dojrzewa" długo gotując się na wolnym ogniu. Porcja ramen jest jak obiad, wypełnia człowieka na godziny, a zimą dodatkowo rozgrzewa. Oto ramen przygotowany na bazie wieprzowiny. Jest dość rzadki, a głównym dodatkiem są cienko krojone kawałki karkówki, nori i jajko.


Poniższy ramen jest bardzo gęsty, dzięki czemu przykleja się do makaronu. Bulion jest inny, ugotowany na bazie wieprzowiny i owoców morza. Jest bardzo aromatyczny o mocno skondensowanym smaku.


A tu jeszcze jeden, tym razem w wersji wegetariańskiej. Główne dodatki to jajko, nori, wodorosty i cienko krojone warzywa.


Bratem ramena są takie dania jak UDON, czy SOBA, podawane na zimno lub gorąco. Pewnego upalnego dnia w Tokio zamówiliśmy z Małgosią identyczne danie z tempurą, przy czym jej było zimne, moje - gorące. Przy 33 stopniach w cieniu wybór Małgosi był mądrym posunięciem...


Zamówienie potraw jest proste. W barze stoją automaty, w których należy wybrać danie i wrzucić monety lub wsunąć banknot. Maszyna wyda paragon i resztę.



Kwitek wręcza się obsłudze, po czym czeka chwilę na dostarczenie posiłku. Pozostaje siąść przy stoliku, uzupełnić płyny i skonsumować pyszny posiłek. Woda jest dostępna bez ograniczeń za darmo. Czasem wraz z nią serwuje się schłodzoną zieloną herbatę. Świetny napój na gorący dzień.

Dla wzrokowców istnieje karta, którą można przejrzeć. Oto jedna z jej stron. Na szczęście dla nas są zdjęcia.


Nie należy zrażać się "krzaczkami". Nawet jak nie wiadomo o co chodzi ... nie ma obaw, nie trafiliśmy na niesmaczną potrawę. Warto więc eksperymentować. W wielu miejscach wystawione są atrapy dań. Niektóre z nich wyglądają jak świeżo przygotowana potrawa.


Jednym z pierwszych posiłków w Tokio były smażone pierożki GYOZA. Ten przysmak o bardzo cienkim cieście wypełniony mieszanką mielonego mięsa, przypraw i warzyw, wyjątkowo przypadł nam do gustu. Dodatkiem do nich jest sos sojowy, który wzbogaca smak. Jedliśmy je kilkukrotnie, bo jako fanatycy pierogów nie mogliśmy zrezygnować z japońskiej wersji.


W restauracji SUSHI mnogość składników sprawia, że nie wiemy co zamówić, żeby odpowiednio skomponować posiłek. Stali bywalcy mają swoje ulubione produkty. Zamawiają pojedyncze sztuki lub niewielkie zestawy. Sushi przygotowywane jest na świeżo. Mistrzowie ceremonii, często pod krawatem, kroją ryby, owoce morza i inne składniki, a gdy zamówienie jest gotowe głośno oznajmiają ten fakt, podając osobiście swe dzieło klientowi. Kelner ogranicza się do zebrania zamówienia i podania napojów.  My wybieramy z góry skomponowany zestaw dla dwóch głodnych osób. Zawiera łososia, tuńczyka bonito, przegrzebka, białą i różową rybę, kalmara, krewetkę, sardynkę, węgorza, dwa rodzaje ikry, omleta i kilka niezidentyfikowanych produktów. Marynowany imbir i sosy sojowe są dostępne bez ograniczeń. Wszystko jest pierwszej świeżości i to wrażenie nie opuszcza nas w kolejnych miejscach, gdzie serwowane jest sushi.


Sushi nabywaliśmy też w supermarkecie. Zawsze świeże z informacją o godzinie przygotowania. Zwykle kupowaliśmy je dwie godziny po zapakowaniu, a godzinę później degustowaliśmy z białym winem w nocnych strojach w naszym hotelu. Zmęczeni po kilkunastokilometrowej wędrówce i całodziennym zwiedzaniu gwarantowało nam to relaks przed kolejnym intensywnym dniem.


Jednym z cenionych smakołyków jest UNAGI, czyli grillowany filet węgorza, często podawany z ryżem i piklami.


By przygotować takie danie, trzeba najpierw odfiletować rybę. A jako, że popyt był spory wymagał wykorzystania kunsztu kilku mistrzów noża.


Zestawy różnych dań, bez względu na standard baru, czy restauracji, były małymi dziełami sztuki. Zwykle zawierały też MISO, tak jak powyższe. Jest to bulion ze sfermentowaną pastą z soi. Dodatki to tofu, warzywa, glony morskie, zioła, czasem mięso czy owoce morza. Część produktów pływa, inne toną. Miso jest często integralną częścią posiłków obiadowych, ale podawany jest też na śniadanie. Polubiłem to rozgrzewające i pożywne danie o poranku, do tego stopnia, że przywieźliśmy ze sobą zapas pasty z soi, którą już zaczęliśmy aktywnie używać.

Nie każdy znajdzie odwagę, by spróbować kolejne danie - NATTO. Pewnie nie zdecydowałbym się, gdyby nie fakt serwowania tego przysmaku w menu śniadaniowym jednego z hoteli. Lekko cuchnące, sfermentowane, ciągnące kawałki ziaren soi nie wzbudziły mojego entuzjazmu, ale ciekawość i zasada, że w podróży próbuję wszystkiego, a dopiero potem oceniam - zwyciężyła. Ciekawy, oryginalny smak, ale niekoniecznie będę poddawał ziarna soi fermentacji w domu, by zapewnić sobie odpowiedni zapas. Małgosia spojrzała, powąchała i poddała się... (zdjęcie ze strony klik ).


OKONOMIYAKI to przedziwne danie. Zwykle serwowane jest w restauracjach specjalistycznych. Smażone jest na świeżo i podawane na gorącym stole przed klientem. My spróbowaliśmy je w Hiroshimie - ojczyźnie tego dania.



To omlet nadziany makaronem (!) z dodatkiem warzyw, ziół i ulubionych składników.


Ja jako dodatek wybrałem przegrzebki, Małgosia zaś krewetki.


Gigantyczna porcja trudna jest do zjedzenia. Mi udało się, Małgosia poległa. Niemniej okonomiyaki zaserwowane w restauracji z kilkudziesięcioletnią tradycją smakowało, ale był to chyba jedyny przypadek w Japonii, kiedy czuliśmy się przejedzeni.

Sushi stało się moim ulubionym posiłkiem, w rankingu Małgosi zwyciężyła zaś TEMPURA. Oto różne jej oblicza.





A tu klasyczne EBI FURAI, czyli krewetki królewskie w panierce panko.


TEMPURA to ryby, krewetki, inne owoce morza lub warzywa w cieście. Małgosia przepadała za tą z panierką panko, czyli rodzajem chlebowych, drobnych chrupek z przyprawami, które smaży się w niskiej temperaturze, by składnik w środku ugotował się, a skorupa na zewnątrz była chrupka. Dania takie jedliśmy na ulicy, w barze, w dobrej restauracji, nawet kupowane na dworcu do pociągu na kilkugodzinną podróż. Samo, jako część posiłku lub składnik np. ramen. Wszędzie była doskonale świeża i idealnie chrupka, z jędrną i wilgotną zawartością.

Dzisiejszy bohater to YAKITORI, czyli marynowany kurczak z warzywem, czy tofu, nakłuty na cienki bambusowy patyczek, grillowany na węglu drzewnym lub smażony na patelni (przepis na końcu posta). Najpopularniejsze mięso używane do tej potrawy to górna część udka, ale używa się wszystkich części kurczaka, również skóry. To lekko słodkawe, aromatyczne danie smakuje wybornie i jest świetną przekąską do piwa, choć my preferujemy go z białym winem. Cząstki kurczaka przełożone są kawałkami warzyw. Dominuje szalotka, szczypiorek, ale również inne świeże warzywa. Oto nasza wersja dania z papryką, która z dumą stwierdzamy jest wierna smakowi oryginalnego dania.


ONIGIRI jedliśmy na co dzień. Do kupienia w każdym sklepie, świetnie nadawało się na przekąskę w trakcie intensywnego zwiedzania. Coś jak nasza kanapka, ale za bazę nie służył chleb, a uformowany w trójkąt kleisty ryż, zaś za nadzienie nie wędlina, czy ser, ale rybna lub krewetkowa pasta, czerwona fasola, ikra lub tuńczyk, mielony kurczak, śliwka lub wołowina, a to wszystko zawinięte w nori, czyli suszone wodorosty. Brzmi egzotycznie, ale uwierzcie, że smakuje wybornie (zdjęcie ze strony klik).


Japońskie CURRY to kolejna potrawa, która występuje w wielu odmianach i podobnie jak ramen jest klasycznym i popularnym, bo pysznym i tanim posiłkiem. Japońska marynarka przejęła przepis od Brytyjczyków w XIX wieku. Później danie ewoluowało i istnieje dziś w wielu odmianach. Bez wyjątku jest pyszne, podawane zwykle jako danie główne z ryżem. Na poniższym zdjęciu znajduje się po lewej stronie. To mój wybór.


Zestaw Małgosi (z prawej) to duszone, cieniutkie kawałki wołowiny na ryżu. czyli GYUDON. Wraz z nią jest HIJIKI, czyli marynowane wodorosty oraz TSUKEMONO, tu żółte marynowane warzywa, coś w rodzaju naszych pikli. Japończycy marynują wszystko co mają pod ręką. W occie, soli, miso, cukrze, sake, mirinie, sosie sojowym ... mają tego ogromny wybór, czego doświadczaliśmy podczas prawie każdego posiłku, czy wizyt na targach.


Kontynuując wątek wołowiny, oto bardziej wykwintne danie - SHABU SHABU. To gotowane w bulionie z sosem sojowym cienkie kawałki wołowiny oraz warzywa. Te ostatnie oczywiście na lekko chrupko, troszkę w stylu chińskim.


Po dwuminutowej obróbce cieplnej mięso były gotowe do spożycia. Maczało się je w surowym żółtku i jadło za pomocą ... nie, nie tych dużych pałeczek, które widać na zdjęciu. Te służyły tylko do przygotowania potrawy. Gdy zabrałem się za konsumpcję, pełen politowania wzrok kelnera uświadomił mi, że zachowuję się jakbym pałaszował zupę chochlą do nalewania zamiast łyżką. Obok bowiem leżały niewielkie pałeczki do jedzenia potrawy. Podróże kształcą...


Powrócę do curry. Spotkaliśmy je jako uliczną przekąskę na wyspie Miyajima. W wytrawnym pączku znaleźliśmy dwie ostrygi w sosie curry. Wyjątkowo zasmakował nam ten fast food.


Bardzo popularne jako uliczna przekąska, były też grillowane (a właściwie ugotowane na skorupie) ostrygi.


I kolejny przykład jedzenia z ulicy - grillowane przegrzebki z jeżowcem. Przy takim fast foodzie nie dziwne, że Japończycy żyją średnio siedem lat dłużej niż Europejczycy.


Na wyspie Miyajima zawitaliśmy do jednej z doskonałych restauracji specjalizujących się w ostrygach. Tu popuściliśmy wodze fantazji i skosztowaliśmy świeżutkie produkty przygotowane na różne sposoby. Oto surowe ostrygi z cytryną,..


Potem smażone w tempurze z dipami... 


I na koniec ugotowane...


Jak widzicie spróbowaliśmy sporo, ale wpisem tym nie wyczerpaliśmy wszystkich naszych kulinarnych doświadczeń. Były jednak produkty, które omijaliśmy szerokim łukiem, choć wyglądały smakowicie. To owoce. Powód?

Te cztery piękne mango kosztowały 650 złotych! Nie pomyliłem ilości cyfr... 


Truskawki kosztowały 36 złoty za opakowanie, czyli 6 złoty za sztukę.


Inne atrakcje to jabłka po około 4 złote za sztukę, brzoskwinie po 10, czy czereśnie po ponad 100 złotych za kilogram, W tych okolicznościach niewielki koszyczek winogron za 20  lub banan po 3 złote okazały się prawdziwą promocją.

Nie wyczerpaliśmy tematu wytrawnego jedzenia. Ba, prześliznęliśmy się po nim zaledwie. A gdzie słodkości? Do nich na pewno wrócimy, bo na tym polu doznaliśmy jeszcze większego zaskoczenia i fascynacji.


KURCZAK YAKITORI

Składniki (porcja na 3 osoby po 2 szaszłyki na osobę):

ok.500g fileta z udka kurczaka bez skóry 
1/2 czerwonej papryki
sól, pieprz do smaku

na marynatę:
100 ml sosu sojowego
70ml wytrawnej sake
70 ml mirin
ok.30-40 g brązowego cukru (ilość należy dobrać tak, by smak marynaty był zrównoważony)
posiekany drobno kawałek imbiru i ząbek czosnku (opcjonalnie)

Wykonanie:

Bambusowe patyczki do szaszłyków moczyć w wodzie przez około pół godziny (by w czasie grillowania nie przypalały się).

Składniki na marynatę wymieszać i gotować na patelni, aż zredukują się do 1/3 objętości (zajmie to około 5-8 minut). Marynatę przestudzić.

Obrane ze skóry filety z udka kurczaka pokroić na niewielkie 2-2,5cm kawałki. Zalać je marynatą i marynować przez około godzinę w lodówce. Przed grillowaniem lub smażeniem wyłożyć z lodówki pół godziny wcześniej by osiągnęły temperaturę pokojową. Na podobnej wielkości kawałki pokroić czerwoną paprykę.

Nadziewać kawałki kurczaka na bambusowe patyczki, przekładając je papryką (w zależności od upodobań może to być np. kilka kawałków kurczaka i kawałek papryki).

Gotowe szaszłyki grillować przez kilka minut lub smażyc na patelni - obracając, by doszły równo ze wszystkich stron.

Podawać jako przekąskę lub danie główne z ryżem i dowolnym marynowanym lub kiszonym warzywem.

SMACZNEGO.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...