Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Australia i Oceania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Australia i Oceania. Pokaż wszystkie posty
Ptaki Australii Zachodniej - część 3.

Ptaki Australii Zachodniej - część 3.

W trzeciej i ostatniej części chcę pokazać ptaki buszu i otwartych przestrzeni. Będą to przedstawiciele różnych gatunków, ptaki małe i duże. Zacznę od maleńkiego, którego uroda ujęła mnie najbardziej. To skalinek czerwonoczelny, a w dosłownym tłumaczeniu "rudzik w czerwonej czapce", uznany za jednego z najbardziej ruchliwych ptaków Australii. Waży ok. 7-9 g i jest endemiczny dla kontynentu, wybierając na miejsca bytowania suche tereny. Drobny, płochliwy i skryty  ptaszek dzięki swoim wyrazistym piórom nie może być niezauważony. 


Ptaki Australii Zachodniej - część 2.

Ptaki Australii Zachodniej - część 2.

W drugiej części chcę Wam przedstawić ptaki związane ze środowiskiem wodnym. Niezależnie czy jest to ocean, estuaria, jeziora słodkie lub słone. Najbardziej niezwykłym ptakiem jaki widzieliśmy i od którego chcę zacząć ten wpis to maleńka sieweczka rdzawogłowa.


Ptaki Australii Zachodniej  - część 1.

Ptaki Australii Zachodniej - część 1.


Podczas naszej podróży po Australii Zachodniej - jak wszędzie - wypatrywaliśmy ptaków. Świat przyrody australijskiej i w tym względzie okazał się dla nas bardzo egzotyczny. Odkrywanie nowego, nieznanego świata to jedna z wielkich przyjemności podróżowania. Gdyby ktoś Was zapytał jakie znacie ptaki z Australii pewnie większość odpowiedziałaby emu i papugi np.kakadu. My przed wyjazdem też. Jednak świat australijskich ptaków kryje sporo niespodzianek. 

Jedna z największych pojawiła się w grudniu 2014 roku w prestiżowym czasopiśmie "Science"(klik).  Wszystko zaczęło się od odnalezienia najstarszych na Ziemi skamielin skrzydlatych istot, pochodzących sprzed 54 milionów lat. Na podstawie wielu badań genetycznych okazało się, że Australia jest ojczyzną ptaków śpiewających, obejmujących dziś ok. 5000 gatunków. Zaczęły się one różnicować jakieś 33 miliony lata temu i przez ok. 10 milionów lat nie opuszczały Australii. Wyobraźmy sobie, że ten kontynent rozbrzmiewał śpiewem ptaków, podczas gdy inne trwały "w milczeniu". Przez cały XX wiek ornitolodzy uważali, że ptaki ewoluowały na terenach na północ od Australii, a potem ją zasiedlały. Jak to czasem bywa w dziejach, jedno odkrycie diametralnie zmienia dotychczasową wiedzę.

Na antypodach mamy największą różnorodność genetyczną ptaków. Oprócz ptaków śpiewających w Australii ewoluowały dwie inne,  powszechne na całym świecie grupy -  gołębie i papugi.

Trzech przedstawicieli rodziny gołębiowatych udało nam się uwiecznić na zdjęciach. Poniżej aborygenek długoczuby, ptak endemiczny dla Australii. Żeruje zwykle na ziemi, gdzie szuka nasion roślin. Jest ceniony za to, że zjada nasiona wielu chwastów. Spójrzcie na piękne, mieniące się w słońcu metalicznie kolorowe pióra skrzydeł i czarne paski na grzbiecie.


Shell Beach, czyli plaża muszelkowa w Australii Zachodniej

Shell Beach, czyli plaża muszelkowa w Australii Zachodniej

Australia Zachodnia zadziwiła nas niezwykłymi miejscami, rzadko spotykanymi w innych częściach świata. Jednym z nich była Shell Beach - plaża muszelkowa. Ciągnie się przez jakieś 60 kilometrów, a muszelki zalegają na głębokość do 10 metrów. Z góry wygląda jak zwykła plaża o perfekcyjnie białym, drobnym piasku. Turkusowe i niebieskie barwy wody zapraszają wręcz do kąpieli.


Z bliska jednak zaskakuje. Zamiast piasku znajdziecie tu zalegujące muszelki po pewnym gatunku małż sercówek (hamelin cockles). Są prawie przezroczyste, gdy spojrzycie na nie przez światło. Tak naprawdę nie ma tu grama piasku, są zaś same muszelki. Miliardy muszelek.


Przez lata muszelki te używane były do budowania domów. Miażdżono je, prasowano i produkowano z nich cegły. Tak świetny, darmowy materiał nie mógł sie bowiem zmarnować.


Dziś znajdziemy je jako budulec niektórych historycznych domów. W pobliskim Denham spotkaliśmy restaurację, która zbudowana została właśnie z takiego materiału. Pobliskim ... oznacza jakieś 50 kilometrów. W skali odległości Australii Zachodniej to tak jak odległość dwóch dzielnic w niewielkim mieście, bo często dystans rzędu 300 km uznawany jest tu za niewielki.


Wracajmy na plażę. Chodzenie po niej boso jest mało komfortowe, acz słyszeliśmy o leczniczych właściwościach masażu stóp. Na jednym metrze kwadratowym znajdziecie jakieś 4000 muszelek. 


Chcecie się wykąpać? Woda jest tu dwa razy bardziej słona niż w okolicznym oceanie co powoduje, że będziecie się na niej unosić jak na materacu. Nie zdziwcie się jak wyjdziecie z niej pokryci warstwą soli, gdy woda wyschnie.


Małże, które tu żyją filtrują plankton, ale niestety jest go niewiele. Stąd współpraca z algami, które przekształcają światło słoneczne oraz dwutlenek węgla w ich pożywienie. Zwykle zanurzone są od jednego do sześciu metrów, by zapewnić odpowiedni dostęp światła.


Mocno słona woda nie wspiera życia wodnego. Jest jednak krystalicznie czysta.


Prześledźmy jak w ciągu wieków zmieniał się obecny obszar, choć wiem, że jest to bardziej opowieść dla entuzjastów historii. Jakieś 10.000 lat temu linia brzegowa była wiele kilometrów stąd. Tutaj była po prostu pustynia. Dziś plaża znajduje się na półwyspie oddalonym od Perth o 800 kilometrów. W tym miejscu ma zaledwie 2,5 kilometra szerokości. Po drugiej stronie znajduje się Shark Bay, czyli Zatoka Rekina.


A z parkingu do plaży jest przysłowiowy rzut beretem.


Jak widać po ilości zaparkowanych samochodów nie ma tu tłumów ludzi.


Nie liczcie więc na interakcje z jakąś większą populacją ludzi.


Na pierwszym planie, choć to plan daleki, relaksuje się Małgosia wpatrując się w bezkres oceanu.


Plaża warta jest odwiedzenia jako fenomen sam w sobie. Znajduje się tuż obok drogi do Parku Narodowego Francis Peron i popularnej plaży Monkey Mia odwiedzanej oprócz turystów przez Emu od strony lądu...


... zaś od strony oceanu przez pelikany i delfiny, wabione codziennym dokarmianiem. Choć nie popieramy tego typu procederu, to w tym wypadku jest to raczej forma edukacji ludzi, połączona z opowieściami strażników parku o zwierzętach i okolicy, bo sama skala dokarmiania jest symboliczna.



Wracamy na naszą muszelkową plażę i kontynuujemy opowieść o historii.


Po ostatniej epoce lodowcowej, jakieś 7000 lat temu poziom wody wzrósł, ale tylko część terenu została zalana przez ocean. Nadal większość wyrastała powyżej poziomu wody. Inna część okolicy zalana przez deszcze tworzyła płytkie jeziora. 1000 lat później woda morska podniosła się, przekroczyła barierę i połączyła się z jeziorami. Pozostały piaszczyste wyspy, pokazujące się lub znikające w zależności od pory roku i poziomu opadów. 4200 lat temu poziom wód podniósł się o dwa metry. Spowodowało to likwidację procesu przypływów oraz odpływów i tym samym zwiększanie się zasolenia wody.


Obecnie poziom wody opadł co powoduje, że naturalna bariera nie sprzyja napływowi świeżej wody, a uwięziona w zatoce paruje, co obniża jej poziom i sprawia że zasolenie rośnie.


To bardzo ciekawe zjawisko obserwowane jest na przestrzeni tysiącleci, nie stuleci, czy dziesięcioleci. Dla nas Shell Beach, czyli plaża muszelkowa pozostaje fenomenem, który chętnie poznaliśmy, z zaciekawieniem obejrzeliśmy i ... pojechaliśmy dalej, bo jest to miejsce fascynujące i warte odkrycia, ale niekoniecznie będące celem długoterminowego relaksu. 


Jedziemy więc dalej szukać naszej ulubionej plaży w  Australii Zachodniej.



Różowe odcienie natury - Hutt Lagoon w Australii Zachodniej.

Różowe odcienie natury - Hutt Lagoon w Australii Zachodniej.

Obecna sytuacja sprawiła, że w kwestii podróży pozostały nam wszystkim ... wspomnienia. Minie pewnie trochę czasu, aż ruszymy znów na szlak. W międzyczasie postanowiliśmy opowiedzieć o niezwykłych miejscach, które odwiedziliśmy, a które z braku czasu nie zdążyliśmy wcześniej opisać. Mamy ich sporo. Może niektóre z nich będą dla Was inspiracją dla przyszłych podróży. 

Oto Hutt Lagoon, zwane inaczej Pink Lake, czyli Różowym Jeziorem.  


Dolina Barossa - serce australijskiego winiarstwa w relacji naszych gości.

Dolina Barossa - serce australijskiego winiarstwa w relacji naszych gości.

Od pierwszej edycji oglądamy program kulinarny MasterChef Australia i jest on jednym z naszych ulubionych. Dzięki niemu poznaliśmy i ogromnie polubiliśmy Maggie Beer, której obecność w każdej serii wnosi mnóstwo pozytywnej energii. To m. in. dzięki niej dowiedzieliśmy się o istnieniu Doliny Barossa, w której M. Beer mieszka. Ten wspaniały rejon rolniczy, znany jest na świecie z produkcji wina. Skoro jest wino, musi być też dobra kuchnia, bo te dwie rzeczy są nierozłączne. Dolina Barossa jawi nam się zatem jako pewnego rodzaju raj kulinarny...a wiadomo, dusza chce do raju ;D To miejsce jednak dopiero jest w naszych odległych planach. Dlatego też z ogromną radością gościmy dziś Irenę i Marka, którzy odwiedzili dolinę, zechcieli nam o niej napisać i pokazać ją na swoich zdjęciach. Irenko i Marku - bardzo Wam dziękujemy, to dla nas wielka przyjemność :)

Oto co przygotowali nasi goście - Irena i Marek :

"Zapraszamy do Barossa w Południowej Australii. To rejon znany na   całym świecie z produkcji doskonałego wina. Jest jedną z ważniejszych atrakcji turystycznych stanu, oddaloną od Adelaide (stolica) ok.80 km. Będąc w tym mieście, warto się wybrać w romantyczną podróż po winnicach.
Po raz pierwszy opisał to miejsce pułkownik William Light w 1837 roku. Pierwsi osadnicy przybyli tam w 1842 roku, pochodzili głównie z Anglii i Niemiec. Wśród tych ostatnich jedną z dominujących grup byli Ślązacy, często noszący polsko brzmiące nazwiska. W dolinie pojawiły się osady i miasteczka, w których do dzisiaj przetrwały zwyczaje, kultura i kuchnia. Charakterystyczne wieże kościołów luterańskich widać ciągle między winoroślami.
Pierwsza powstała osada to Bethany. Na nagrobkach lokalnego cmentarza można dzisiaj odczytać miejscowości z których pochodzili osadnicy-Prittag (Przytok), Wolstein (Wolsztyn),Tirschtiegel (Trzciel), Sawade (Zawada), Grünberg (Zielona Góra),Freistadt (Kożuchów), Jauer (Jawor).

Jednym z najsłynniejszych osadników w tym regionie był Joseph Ernst Seppelt, który wyemigrował do Australii wraz z rodziną ze Śląska w 1850 roku. Zapoczątkował on plantacje tytoniu, zboża i winorośli. Większość pierwszych winnic założonych przez niemieckich osadników przetrwała do dzisiaj. Produkuje się w nich jedne z najlepszych i najsłynniejszych win na świecie. Niemieccy imigranci w XIX w. przywieźli tu ze sobą szczepy wyśmienitych winogron z Francji, Hiszpanii, Niemiec, Portugalii i Włoch.

Klimat Barossa idealnie nadaje się do produkcji wina Shiraz. Jest suchy, typowo śródziemnomorski, natomiast zimą często padają deszcze. Winnice zajmują bardzo żyzne gleby, zwierające zwłaszcza wiele związków żelazowych. Owoce Shiraz dają tu wina bardzo bogate w smaku, gładkie, pełne aromatów czarnej porzeczki, malin, czekolady i korzeni.

Piękne pagórki i doliny inspirowały i nadal inspirują wielu artystów. To fotograficzny raj, głównie wiosną, kiedy jest zielono i kwieciście oraz jesienią, kiedy złote liście winorośli spowija mgła. Z Adelaide organizowane są liczne wycieczki, można tam też pojechać własnym środkiem lokomocji. Można nad doliną polecieć balonem lub uciec tam na weekend i spędzić noc pod gwiazdami, popijając wyśmienite wino.

W Barossa znajduje się około 150 winiarni. W ostatnich latach ich ilość znacznie się zmniejszyła. Wielkie korporacje powoli przejmują małe rodzinne biznesy. Nie sposób wszystkie zwiedzić w czasie jednej wycieczki. Są tu liczne bary, restauracje i hotele. Co roku odbywa się Barossa Vintage Festival, na którym mieszkańcy i tysiące turystów świętują zakończenie zbiorów. To celebracja spuścizny regionu, sztuki i tradycji, jakie pozostawiły po sobie poprzednie pokolenia. To festiwal pysznego wina i pysznego jedzenia przy dźwiękach muzyki. Zwiastunem festiwalu są ustawiane na progach domów i w ogrodach strachy na wróble.

Winiarnie doskonale się zwiedza. To cudowne miejsca, wypełnione książkami, albumami, pamiątkami i wspomnieniami. Zwiedza się je
niespiesznie, degustując wino przy muzyce. W weekendy jest dosyć
tłoczno. W ciągu tygodnia możemy mieć szczęście i trafić na właściciela winnicy, który potrafi godzinami opowiadać o winie i historii regionu. Wiele winiarni oferuje oprócz wina produkty rolnicze takie jak oliwę, sery, dżemy. W restauracjach można spróbować regionalnych potraw.

Każda winiarnia jest tutaj inna. Są proste, wiejskie chaty, są pałace do których prowadzą aleje wysadzane palmami. Niektóre wyglądają jak galerie sztuki i wzbudzają zachwyt. Przy smakowaniu poszczególnych gatunków win, likierów, brandy, tokajów, usłyszycie od właściciela historię powstania jego winiarni, o plantacjach shiraz, cabernet sauvignon, chardonnay, merlot, semillon, granache, malbec, sauvignon blanc, pinot noire i colombard (najpopularniejsze odmiany winogron), o cudownych smakach i aromatach każdego rocznika...

Wiele małych winiarni to rodzinne biznesy. Koniecznie odwiedzić trzeba Ross Estate w Lyndoch. Od kilku lat właścicielem plantacji oraz winiarni jest p. Dariusz Ross, który mieszka w Australii od ponad pięćdziesięciu lat! Pan Ross piastuje dziś urząd polskiego konsula honorowego w Adelaide. Eksportuje swoje wina do Europy. Najbardziej znane są one w Niemczech.

Barossa to niezwykle piękny i romantyczny region. Wyjeżdża się z niego z zakupionymi butelkami znakomitego wina, wrażeniami i pięknymi wspomnieniami.


Winogrona shiraz są jednymi z najpopularniejszych w Barossa Valley. W świecie winiarskim Dolina Barossa jest najbardziej znana z tego właśnie wina. W ostatnich latach również inne gatunki zdobyły sobie światowe uznanie.



Nowa Kaledonia - francuska wyspa Oceanii.

Nowa Kaledonia - francuska wyspa Oceanii.

Dziś gościnnie na blogu Grace, która zabierze nas w wirtualną podróż do Oceanii.

"Tym razem chciałam Was zaprosić na mało znaną wyspę, ukrytą na Oceanie Spokojnym. Nowa Kaledonia to - z europejskiego punktu widzenia bardzo egzotyczne i ciągle mało popularne wśród turystów - zamorskie terytorium Francji. Wyspa znajduje się około 1400 km na wschód od Australii.

Odkryta przez podróżnika Jamesa Cooka w 1774 r., już w kilka lat później trafiła w ręce Francuzów i Napoleon III mianował ją kolonią karną. Zachęceni możliwością nowego życia, znacznie później napływali tu także wolni, francuscy osadnicy.

Historia nie była łaskawa dla rdzennych mieszkańców Nowej Kaledonii. Jak zazwyczaj w takich przypadkach, interesy białego człowieka i autochtonów rozmijały się zupełnie.

Kanacy żyją w klanach, pielęgnując staroplemienne zwyczaje. Bardzo ważnym elementem ich kultury jest dziedziczenie ziemi, która nie może zostać sprzedana, a przechodzi z rąk ojca na syna. Rozparcelowanie ziemi między uwolnionych francuskich więźniów i kolejnych europejskich osadników zaburzylo odwieczny porządek. Kanacy zostali zamknięci w rezerwatach, odarci ze swojej tożsamości religijnej i kulturowej. Stali się automatycznie podwładnymi francuskimi, mimo, że istnieje tu 28 żywych języków , tubylczych, językiem urzędowym jest tu do dziś francuski.

Sytuacja Melanezyjczyków zaczęła się poprawiać dopiero pod koniec XX wieku. Obecnie ludność europejska skupia się głównie w i wokół stolicy Nowej Kaledonii - Numei. Wewnątrz wyspy Grande Terre i na okolicznych mniejszych wysepkach żyją zgodnie ze swymi zwyczajami Kanacy.

Turystyka nie jest bardzo rozwinięta na Nowej Kaledonii, głównie z powodu słabej infrastruktury, niskiego poziomu usług i bardzo wysokich cen importowanej żywności. Często produkty osiągają tu cenę trzykrotnie wyższą niż w Paryżu.

Ale co dla jednych jest przeszkodą, dla drugich jest właśnie atrakcją i pewnością, że oto odkrywamy  zupełnie nowy, “nieskażony turystycznie” ląd. 
Już widok z samolotu na wyspy Oceanu Spokojnego obiecuje, ze trafiliśmy w ciekawy rejon świata.

Barwy australijskiej wiosny i polskiej jesieni.

Barwy australijskiej wiosny i polskiej jesieni.

Dziś na blogu gość specjalny :) Zaprosiłam do nas Grace mieszkającą na południu Australii. Łączą nas pasje-podróżowanie i utrwalanie na fotografii tego co przyciąga naszą uwagę. Grace jest częstym gościem na naszym blogu i bardzo chciałam, żeby pokazała nam to co teraz u niej się dzieje...a dzieje się właśnie wiosna :)
Przyznam, że kiedyś uważałam, że ta ciągła zmiana pór roku jest strasznie męcząca. Trzeba mieć różne ubrania, śledzić pogodę żeby aura nas nie zaskoczyła, zmagać się  z bólem głowy z powodu zmian ciśnienia itp. itd. Kiedy jednak zaczęłam coraz częściej odwiedzać strefę tropikalną gdzie "czasem słońce, czasem deszcz" aczkolwiek zawsze tak samo gorąco, bardzo doceniłam tę zmienność. Teraz uwielbiam rytm pór roku, oczekiwanie na zmianę i cieszenie się każda chwilą, bo wszystko jest wokół ulotne i zmienne. Dziś więc relacja z tej zmienności na antypodach naszego świata. Niezwykłe jest to, że kiedy u nas natura wydaje z siebie ostatnie tchnienie życia u Grace w południowej Australii właśnie w pełni ożywa. Wszystko przez ten ziemski obrót ;) 

Witaj Małgosiu

Dochodzą mnie wieści z kraju, że polska jesień wyciągnęła paletę z zanadrza i macza pędzel w złocie, czerwieniach i brązach. Świat nasz OGROMNY w swym pięknie i różnorodności.

U Ciebie dostojna, złota jesień, u mnie wiosna szaleje, spójrz proszę...

W Południowej Australii kalendarzowa wiosna zaczyna się 1 września i trwa do końca listopada. Ale ta prawdziwa zaczyna się dużo wcześniej, jeszcze zima - w sierpniu ...gwałtownie wybucha i jeszcze szybciej przemija.

Ten magiczny czas trwa krótko, często nie trzy, przypisane kalendarzem miesiące, ale zaledwie kilka tygodni. Przyroda mieni się barwami, wszystko kwitnie na raz, jakby w amoku, jakby spiesząc się przed nieuchronnym żarem lata. Wystarczy kilka gorących dni, gdy wiatr przygna wysoką temperaturę z centrum kontynentu i kalendarzowa wiosna zamienia się w …lato.

Wiem, że zazwyczaj Australia kojarzy się z czerwoną, wypaloną ziemią, upałem i oczywiście kangurami:) I jest to do pewnego stopnia prawda. Centrum kontynentu, daleka subtropikalna Północ  tak, ale w Południowej Australii, można odróżnić pory roku.

Chociaż wiem, że dla przebywającego tu chwilowo wędrowca, może to być trudne zadanie.

Najtrwalej zapadają w nas pierwsze wrażenia. Pamiętam, gdy lata temu, wylądowałam na tym kontynencie - też przywitała mnie wiosna. Wszystko było tak inne. Pełne nieznanych barw, zapachów. Okazałe "szczotki do mycia butelek" zwisały kiściami z buttle brush tree, kwitły - tak odmienne od znanych mi drzew – eukaliptusy. Wrzeszczały, ukryte wśród ich gałęzi, kolorowe papugi. Przyroda kipiała, skrzyła się, szalała. Zaskoczyła mnie zupełnie, nie takiej Australii się spodziewałam. Teraz, po wielu już wiosnach, nauczyłam się dostrzegać oznaki zmieniających się pór roku, cieszyć się ich rożnorodnością.

Wiosna. Wreszcie nasycona zimowymi deszczami ziemia, kilka cieplejszych dni i przyroda budzi się do życia. Pierwsza oznaka to kwitnące jeszcze zimą migdałowce, później przydomowe ogrody mienią się barwami anemonów, irysów, żonkili - roślinami, które znamy z Europy.

Ale wystarczy opuścić stolicę stanu - Adelaide, by doświadczyć tej prawdziwej australijskiej wiosny.

Zapraszam Cię na krótką wycieczkę po Fleurieu Peninsula, byś mogła porównać wrześniowe obrazy północnej i południowej półkuli. Zacznijmy jednak po kolei:)
Kwitnące drzewa migdałowe to niechybna oznaka, że zima już się kończy.