sierpnia 31, 2018
/
10
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Azja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Azja. Pokaż wszystkie posty
Japonia - Hiroszima - w 73 rocznicę ataku atomowego.
Oboje moi rodzice przeżyli II wojnę światową. Tata 1 września 1939 roku miał zacząć chodzić do szkoły, bo miał już wtedy siedem lat. Mama była dziewięciomiesięcznym niemowlęciem. Niemcy spalili dom moich dziadków w 1942 roku. Do końca wojny mieszkali u rodziny, a dom odbudowali kilka lat po wojnie. Dziadek działał w ruchu oporu, o czym napisała w swojej książce "Wierna puszcza" Maria Kann. Okresowo był więziony na Pawiaku w Warszawie. Babcia ze strony mojej mamy sama zajmowała się trójką dzieci, mieszkając w domu położonym na przeciw siedziby gestapo. Straszne to były czasy i oby nigdy nie wróciły. Te krótkie osobiste wspomnienia pojawiły się dlatego, że dziś 6 sierpnia, w 73 rocznicę zrzucenia bomby atomowej na Hiroszimę trudno nie identyfikować się z okrucieństwem wojny, jakiej doświadczają niestety nie Ci, który wydają decyzje, ale zwykli przeciętni ludzie - tacy jak moi rodzice, Wasi krewni z tamtych lat. Dziś wracam do wspomnień z podróży do krainy kwitnącej wiśni.
Jerozolima - Góra Oliwna.
Już prawie rok mija od naszej podróży do Izraela. Przemierzyliśmy większą jego część przywożąc wspomnienia kultury, ludzi, kraju, który niełatwo zrozumieć. Mimo szczerych chęci - przeczytania kilku o nim książek, obejrzeniu paru programów dokumentalnych, zapoznaniu się ze tradycyjnymi składnikami żydowskiej kuchni, ugotowaniu kilku tamtejszych potraw, uczestnictwie w warsztatach kulinarnych, chłonięciu muzyki klezmerskiej z płyt i koncertu na żywo, czy zanurzeniu się w literaturę piękną, choćby wybitnego pisarza izraelskiego - Amosa Oza. Lubimy poznać kraj przed podróżą na tyle, na ile pozwalają nam nasze możliwości, potem zaś skonfrontować teoretyczne wyobrażenia z konieczności ograniczoną czasowo rzeczywistością.
No dobrze. Po tym przydługim wstępie skupmy się na miejscu, które bez wątpienia jest wyjątkowe. W Jerozolimie nie potrzeba samochodu. Ba, jest on zbędny. Po dwóch tygodniach podróży oddaliśmy nasz pojazd i zawierzyliśmy komunikacji publicznej oraz własnym nogom. Całkiem słusznie.
Jerozolima. Miasto trzech monoteistycznych religii.
Kambodża - Angkor, w uścisku dżungli.
Dziś coś wyjątkowego - to wspomnienia ze zwiedzania Angkoru, dawnej stolicy Imperium Khmerskiego stanowiącej dziś kompleks różnych obiektów obejmujących powierzchnię ok. 400 km kwadratowych. Miejsce to jest uważane za największe miasto świata istniejące do czasów rewolucji przemysłowej. Naszym zdaniem to jeden z najpiękniejszych cudów architektonicznych, jakie dane nam było zobaczyć.
Brama Angkor Thom
W japońskich ogrodach.
Podczas podróży po Japonii odwiedziliśmy sporo ogrodów. Większość z nich otaczała różne świątynie. Były to dla nas miejsca wytchnienia, kontemplacji piękna przyrody, relaksu, którego próżno było szukać w miejskim zgiełku. Wystarczyło wysiąść z autobusu, wejść przez bramę do ogrodu i mieliśmy wrażenie, że jesteśmy w innym świecie. Dziś to bardzo miłe wspomnienia. Marzy mi się wyjazd do Japonii w porze Hanami (kwitnienia wiśni), ale jeszcze bardziej w tej jesiennej, kolorowej. Dlatego coraz częściej wracam wspomnieniami do japońskich wakacji i postanowiłam napisać nie o jakimś konkretnym miejscu, ale o różnych ogrodach, które z Piotrem odwiedziliśmy.
Według zasadniczych założeń japoński ogród ma naśladować przyrodę, powinien być harmonijny. Pierwsze zakładane ogrody były związane z religią shinto i silnymi wpływami chińskimi, z taoizmem i buddyzmem (ok. VI w.). Jednak z czasem Japończycy wypracowali swoje własne zasady estetyki. Pierwsze prace o ogrodnictwie pojawiły się już w VIII wieku. Dziś ogrody traktowane są niczym dzieła sztuki, inspirowane naturą są jej interpretacją, a nie kopią. Mają być naturalne, ale nie dzikie. Są, mimo wspólnych zasad ich tworzenia, bardzo różne, pełne ukrytej symboliki, o której napisałam poniżej. Niezwykłe w dbałości o detale, eleganckie i proste, budzą zachwyt Japończyków i obcokrajowców. Bez ogrodów wizerunek tego kraju byłby niekompletny.
Ogrody, które widzieliśmy można podzielić na dwa rodzaje. Tsukiyama to ogród z pagórkami, kamieniami, stawami i strumieniami.
(Kinkaku-ji - Świątynia Złotego Pawilonu - świątynia buddyjska zen, Kioto)
Kurczak Yakitori i inne japońskie smaki w ustach gaijina.
Kim jest gaijin? Ogólnie rzecz biorąc to obcy, cudzoziemiec, nazywany tak przez rodowitych Japończyków. Ci z Was, którzy mieli w ręku świetną powieść Marcina Bruczkowskiego "Bezsenność w Tokio" wiedzą o co chodzi. Pozostałym szczerze ją polecamy.
Pierwsze spotkanie na żywo z Japonią to jak lądowanie na obcej planecie. Troszkę obawialiśmy się tej odmiennej dla nas kultury, faktu że przeciętny Japończyk zna angielski jak my chiński, że większość napisów to "krzaczki".
Gardens by the Bay w Singapurze.
Znów pakujemy walizki, tym razem do Japonii. Bardzo ekscytuje nas ta podróż, choć jeszcze nie zdołaliśmy opisać naszych wspomnień z zimowego wyjazdu do Singapuru i Kambodży, zwłaszcza Angkoru...o starszych nie wspomnę. Do tego setki zdjęć ptaków z wiosennego lasu, w którym spędzaliśmy każdą wolną chwilę w czasie weekendów. Kiedy my to ogarniemy ;) ?
Dziś na blogu krótkie wspomnienia z niezwykłego ogrodu. Do Gardens by the Bay wybraliśmy się przed odlotem do domu i nie mieliśmy dość czasu, żeby zobaczyć tam wszystko. Z pewnością warto zaplanować wizytę w ogrodzie przed zachodem słońca, zobaczyć to miejsce za dnia, a potem o zmierzchu i po ciemku. Jeśli uda nam się jeszcze polecieć do Singapuru, to tak właśnie zrobimy, bo zdjęcia wieczorne, które oglądaliśmy szczególnie nam się podobały (fot. ze strony klik).
Ogród został otwarty w 2012 roku na obszarze 101 ha w sąsiedztwie Marina Reservoir. Dojechaliśmy tam autobusem, przeszliśmy po kładce
z której widać w oddali port
i przez Marina Bay Sands,
niezwykłą budowlę, złożoną z trzech wieżowców mieszczących m.in. kasyno, hotel, centra kongresowe, miejsca wystaw, muzea, teatry, restauracje a nawet lodowisko. Łącznie 9 milionów metrów kwadratowych powierzchni.
Drapacze połączono u góry oryginalną konstrukcją przypominająca statek, gdzie wybudowano najdłuższy na świecie basen,
w dodatku ze znikająca krawędzią (zdjęcie basenu ze strony klik ).
Z góry wygląda to tak.
Naszym celem był ogród, którego wizytówką są "superdrzewa".
To konstrukcje z betonu i stali mające wysokość od 25 do 50 metrów. W rzeczywistości są pionowymi ogrodami dla wielu gatunków bromelii, paproci i storczyków (poniżej widok od środka).
Zbierają one wodę deszczową oraz gromadzą energię elektryczną dzięki bateriom słonecznym. Wieczorne iluminacje z powodzeniem ją wykorzystują.
Warto wejść na kładkę rozpiętą między drzewami na wysokości 22 metrów, gdyż pozwala to zobaczyć ogród z innej perspektywy.
Przy okazji jak w wielu miejscach w Singapurze pojawia się informacja czego nie wolno na kładce robić ;)
Wybraliśmy się jeszcze na krótki spacer po Ogrodzie Chińskim, Malajskim i Indyjskim,
oraz nad Jezioro Ważek.
Mieliśmy zbyt mało czasu żeby odwiedzić dwie szklane budowle wewnątrz ogrodu. Obie przypominają kształtem muszle. Flower Dome jest największą szklaną budowlą na świecie, na dodatek stojącą bez żadnego podparcia. Rosną tam rośliny z rejonu Morza Śródziemnego oraz innych półpustynnych regionów tropikalnych (z Australii, Ameryki Południowej i RPA).
W Cloud Forest zgromadzono roślinność, która rośnie w tropikalnych rejonach górskich na wysokościach od 1000 do 3000 m n.p.m. w Azji i Ameryce Południowej.
Do zimowych ogrodów i na kładkę wejścia są płatne. Nas niestety czas naglił
i musieliśmy wracać, tym razem skorzystaliśmy z MRT i udaliśmy się na stację Bayfront, z której jest bezpośrednie dojście do Ogrodu.
Jeszcze tam wrócimy, m.in. żeby odwiedzić zimowe ogrody. Więcej informacji można znaleźć na stronie http://www.gardensbythebay.com.sg/en.html
Singapur - Little India.
Ci, którzy śledzą naszego bloga znają naszą słabość do Indii. Kraj to niezwykły, budzący skrajne emocje, o zróżnicowanej kulturze, ogromnej ilości historycznych zabytków, zjawiskowej naturze, zniewalających smakach, zapachach, kolorach. Jeśli tego mało, spotkacie tam ciekawskich ludzi, dla których obserwacja nas jest takim samym hobby jak dla nas podglądanie ich.
Dziś przyjrzymy się hinduskim klimatom w Singapurze. Zajrzymy do dzielnicy Little India, którą każdorazowo chętnie odwiedzamy. Kiedyś nawet mieszkaliśmy w jej sercu w hoteliku, który już niestety nie istnieje. Udajemy się na długi spacer po okolicy Little India, która w połowie XIX wieku była dzielnicą europejską. Gdy później pewien Hindus o żydowskich korzeniach zaczął tu hodować bydło, stała się atrakcyjna dla tego rodzaju biznesu ze względu na obecność rzeki Serangoon. Zyskowny handel bydłem nie trwał długo, bo Singapur rozwijał się i potrzebował nowych terenów dla napływających Tamilów. Przyjeżdżali imigranci, którym prawo brytyjskie pozwalało osiedlać się właśnie tutaj, by nie wchodzić w paradę innym nacjom. Już wówczas była to tania siła robocza. Dziś Little India jest kolorową dzielnicą, która zachowała swój charakter dzięki kolonialnym budynkom, świątyniom, hinduskim restauracyjkom i ludziom przyjeżdżającym z Indii, Sri Lanki czy Bangladeszu. Przyciąga ich praca na budowach, której rodowity Singapurczyk nie podejmie za oferowane im wynagrodzenie. I tak Little India trwa, wszyscy są zadowoleni, a my cieszymy się, że charakter dzielnicy w ciągu ostatnich dwudziestu lat od pierwszej wizyty niewiele się zmienił.
Wolne od wakacji czyli Crab Market w kambodżańskim Kep
Codzienne pobudki między czwartą, a szóstą rano (poniekąd wieczorową polską porą) dały nam w kość. Lubimy się tak sponiewierać, bo podróż winna być mieszanką intensywnie męczących estetycznych i duchowych przeżyć. Nowo poznawane miejsca dają zastrzyk adrenaliny pozwalający pokonać zmęczenie. Będąc zaś w tropiku, między południem, a czwartą po południu skwar zwycięża ducha, a piękno dwunastowiecznej architektury czy czarownej natury przegrywa z estetyką plastikowego klimatyzatora. Stąd wczesno poranna pobudka jest najlepszym antidotum na południowe słońce i receptą na garść fantastycznych widoków, przeżyć i późniejszych wspomnień.
Wizyta w singapurskim Sungei Buloh Wetland Reserve.
Każda wizyta w tym państwie - mieście wywołuje w nas pozytywne emocje. Singapur to taka poukładana wersja Azji południowo-wschodniej. Jest tu przewidywalnie, czysto, punktualnie, nowocześnie, a przy tym dość tu egzotyki, by przeciętny europejski przybysz poczuł się jak w innym świecie. Dla nas Singapur to zwykle kilkudniowy przystanek przed podróżą w bardziej "azjatyckie" klimaty. Tak było i tym razem, ale zanim odlecieliśmy dalej, postanowiliśmy odkryć jedno z miejsc, które było dla nas do tej pory obce.

Indie - Mumbai - chrześcijańkie enklawy w Bandrze i Khotachiwadi.
Dziś, po roku od podróży do stanu Maharasztra, znów wracam do Mumbaiu. W zakładce PODRÓŻE znajdziecie kilka postów pokazujących to największe miasto Indii. Dziś zapraszam Was w zakamarki, związane z chrześcijańską mniejszością jego mieszkańców.

W 1534 roku sułtan Gudźaratu podarował to miasto Portugalczykom. Już w 1661 roku Mumbai przeszedł w ręce Brytyjczyków, jako posag Katarzyny Bragança, portugalskiej księżniczki, następnie żony Karola II, a tym samym królowej Anglii i Szkocji. Mimo, że Mumbai był w rękach Portugalczyków tylko ponad sto lat, to do dziś jest to widoczne w życiu miasta i jego mieszkańców.
Khotachiwadi to enklawa chrześcijańskiej mniejszości o portugalskich korzeniach. Składa się z drewnianych, dwukondygnacyjnych domów. Nie było łatwo tam trafić. Miejsce położone jakieś 500 m na północny wschód od Girgaum Chowpatty (czyli najbardziej znanej w Mumbaiu plaży, rozciągniętej wzdłuż Marine Drive). Aby znaleźć Khotachiwadi, najprościej jest dojść do do kościoła św. Teresy, na rogu Jagannath Shankarsheth Marg (JSS Marg) i Rajarammohan Roy Marg (RR Rd / Charni Rd), a następnie udać się naprzeciwko kościoła na JSS Marg i w dół drugą lub trzecią uliczką w lewo.
W 1534 roku sułtan Gudźaratu podarował to miasto Portugalczykom. Już w 1661 roku Mumbai przeszedł w ręce Brytyjczyków, jako posag Katarzyny Bragança, portugalskiej księżniczki, następnie żony Karola II, a tym samym królowej Anglii i Szkocji. Mimo, że Mumbai był w rękach Portugalczyków tylko ponad sto lat, to do dziś jest to widoczne w życiu miasta i jego mieszkańców.
Khotachiwadi to enklawa chrześcijańskiej mniejszości o portugalskich korzeniach. Składa się z drewnianych, dwukondygnacyjnych domów. Nie było łatwo tam trafić. Miejsce położone jakieś 500 m na północny wschód od Girgaum Chowpatty (czyli najbardziej znanej w Mumbaiu plaży, rozciągniętej wzdłuż Marine Drive). Aby znaleźć Khotachiwadi, najprościej jest dojść do do kościoła św. Teresy, na rogu Jagannath Shankarsheth Marg (JSS Marg) i Rajarammohan Roy Marg (RR Rd / Charni Rd), a następnie udać się naprzeciwko kościoła na JSS Marg i w dół drugą lub trzecią uliczką w lewo.
Historia Khotachiwadi sięga 1850r., kiedy to Dadoba Waman Khot, bramin, który posiadał ziemię w Girgaum ("dzielnicy" Mumbaiu) przyczynił się do rozwoju osady, składającej się z lokalnych rybaków, portugalskich imigrantów z Goa, pracujących dla Kompanii Wschodnioindyjskiej.
Domy zbudowano wśród społeczności hinduskich i muzułmańskich. Kręte i wąskie uliczki zapewniają dziś spokój od gwaru ulic Mumbaiu, bez riksz i taksówek.

Z 65 domów pozostało 28. Resztę rozebrano pod budowę nowoczesnych wieżowców.
Wszystkie werandy wykonane są z drewna tekowego sprowadzonego z Birmy, z dziedzińcami i zewnętrzną klatką schodową, która zapewniała wejście do położonych na górze sypialni i była drogą ewakuacyjną w razie pożaru. Ściany wykonano z wapienia i piasku.
Kaplica postawiona jako wotum wdzięczności za zachowanie przy życiu wszystkich mieszkańców Khotchatiwadi podczas epidemii dżumy w 1890 r. Kaplica pomalowana jest w kolorze kwiatów drzew, które dawniej rosły tuż obok. Dziś obok kaplicy można podziwiać mural o tematyce chrześcijańskiej z charakterystycznymi ozdobami w stylu hinduskim - słoniami i kwiatami lotosu.
Będąc w innej części Mumbaiu - Bandrze, również zajrzeliśmy do chrześcijańskich zaułków dzielnicy. Kierowała nami ciekawość tych jakże odmiennych w hinduskiej rzeczywistości miejsc.
Ku naszej radości natknęliśmy się na karnawałową paradę, której celem nie była tylko zabawa.
Propagowano przede wszystkim hasła związane z zachowaniem czystości i dbaniem o środowisko miasta.
Bardzo podobało nam się to tętniące życiem i pozytywną energią miejsce oraz pomysłowość uczestników parady. Życzymy Wam udanej, karnawałowej zabawy.




