Wolne od wakacji czyli Crab Market w kambodżańskim Kep

Codzienne pobudki między czwartą, a szóstą rano (poniekąd wieczorową polską porą) dały nam w kość. Lubimy się tak sponiewierać, bo podróż winna być mieszanką intensywnie męczących estetycznych i duchowych przeżyć. Nowo poznawane miejsca dają zastrzyk adrenaliny pozwalający pokonać zmęczenie. Będąc zaś w tropiku, między południem, a czwartą po południu skwar zwycięża ducha, a piękno dwunastowiecznej architektury czy czarownej natury przegrywa z estetyką plastikowego klimatyzatora. Stąd wczesno poranna pobudka jest najlepszym antidotum na południowe słońce i receptą na garść fantastycznych widoków, przeżyć i późniejszych wspomnień.


Po tygodniu spędzonym w Singapurze i Kambodży nastąpiło przesilenie. Mając doświadczenia z poprzednich podróży wiedzieliśmy, że trzeba będzie odpocząć. Mówię wtedy, że "bierzemy wolne od wakacji". Nie musi się ono objawiać wzmożonym snem, czy leżeniem do góry brzuchem, ale raczej niewymuszoną pobudką, cichym rytuałem śniadaniowym, spowolnieniem ruchów, moczeniem ciała w godzinach skwaru, a po tych "wymagających" czynnościach skupieniem się na tym, co nam wychodzi najlepiej - biesiadzie. Gdy na wjeździe do miasteczka zobaczyliśmy taki oto pomnik wiedzieliśmy, że jesteśmy w domu.


Trafiliśmy do otoczonego morzem i dżunglą miasteczka Kep. Stąd do granicy wietnamskiej jest ledwie dwadzieścia kilometrów. Nie przyjechaliśmy tu dla plaży, bo te omijamy szerokim łukiem. Owszem, nie omieszkaliśmy popływać w wodach Zatoki Tajlandzkiej, ale nie to było naszym celem. Kep to dość niekomercyjne miejsce, gdzie nadal więcej jest Khmerów niż zagranicznych turystów. Ma dwa niezaprzeczalne walory - okoliczne plantacje najlepszego na świecie pieprzu Kampot i Crab Market, czyli targ krabowy.


Targ jest autentyczny. Można kupić tu żywe kraby, krewetki, kalmary, ryby. W kilkunastu restauracyjkach, a właściwie barach można zjeść posiłek, który będzie śnił się po powrocie do zimowej rzeczywistości. A gdy kogoś nie stać na tanią restaurację może kupić świeże owoce morza i dać przyrządzić je w gar-kuchni, po czym zjeść przy stoliku sprzedawcy napojów, który zgarnie swą zasłużoną marżę za fantę, czy piwo. Bez obaw, za napoje zapłacicie tyle co w okolicznym sklepie.


Wróćmy do historii. Kambodża to kraj uduchowionych ludzi dumnych ze swego dziedzictwa. Kiedyś była to jedna z najbardziej zaawansowanych cywilizacji, później ofiara napaści krajów ościennych, barbarzyńskich rządów Czerwonych Khmerów, cichej akceptacji ludobójstwa przez kraje zachodu i wschodu, sponiewierana przez mocarstwa i sąsiadów. Dziś kraj to biedny z wyjątkowo życzliwymi i nienachalnymi mieszkańcami, próbującymi wiązać koniec z końcem. Skąd my to znamy - czym większa bieda i zamordyzm, tym większa gościnność. W latach sześćdziesiątych, przed erą Czerwonych Khmerów miasteczko Kep było spokojnym kurortem. Niemym świadkiem tamtych czasów są opuszczone i zrujnowane wille, których właścicieli wymordowano w czasach Pol Pota. Przywołują one beztroskie czasy odpoczynku średniej klasy i zagranicznych gości. Dziś toną w atakującej je zieleni i tylko bezimienna krowa interesuje się ich losem.


Wśród zniszczonych willi jest też rezydencja króla Sihanouk'a, który chętnie odpoczywał na wybrzeżu. Ta godniej znosi upływający czas.


Ponad miasteczkiem wznoszą się pagórki Parku Narodowego Kep, które zapraszają na ośmiokilometrowy treking, obiecując krew pot i łzy, zwłaszcza w godzinach skwaru. 


Przyznam, że miałem ochotę podjąć wyzwanie, ale w końcu chłód basenu pokonał nieracjonalne ambicje mojego umysłu. Wymówką był fakt, że kilka lat wcześniej zrealizowałem podobny plan w dżungli na wyspie Pangkor w Malezji. A zwierząt nie trzeba wcale szukać po lesie.



Jak wspomniałem wcześniej do Kep przywiodło nas głównie jedzenie. Na Crab Market pojawiliśmy się już pierwszego dnia. Wybraliśmy restaurację Diamond Jasmine, znając wcześniej opinie zachwyconych jedzeniem Klientów. Trzeba Wam wiedzieć, że słowo "restauracja" jest w tym wypadku sporym nadużyciem, bo miejsce od strony morza wygląda tak...

... wewnątrz też szału nie ma...


... ale za to widok na morze, zwłaszcza o zachodzie, zniewala.


Kto by się jednak czepiał szczegółów. Najważniejsze są potrawy i ich składniki, a wierzcie że bardziej świeżych nie znajdziecie. W końcu są przecież żywe.


Jedzenie na targu w Kep jest wybitne. Wszystkie nazwijmy to "restauracje" mają bardzo podobne menu. Dominują kraby, krewetki, kalmary, ryby, do tego ryż, poza tym sałatki z zielonym mango, czy lotosem i chili. Dania przygotowywane są z pieprzem z regionu Kampot, pikantnym, ziołowym sosem, czosnkiem, imbirem, lub wariacjami powyższych. Kwestią oceny jest tylko to, który sos jest lepszy, o bardziej złożonych smakach. Testowaliśmy różne i wybieraliśmy nasze ulubione. Przy czym te mniej ulubione też były pyszne. 

Na początek skusiliśmy się na kraby i krewetki w sosie z pieprzem Kampot. Okazało się, że był to najlepszy posiłek jaki dane nam było jeść w Kambodży. Delikatne, świeże mięso kraba i sprężyste mięso krewetek kontrastowało z mocnym, równie świeżym smakiem pieprzu, który w procesie gotowania dodany był w całości, na łodyżkach. Był to pieprz świeży, nie suszony na słońcu. Lekko pikantny smak przegryzanych ziarenek pieprzu fantastycznie uzupełniał aromaty owoców morza. Ryż pozwolił wchłonąć resztki sosu, będąc swego rodzaju smakowym bonusem. 



Dusza krzyczała - dajcie białe wino by spłukać te aromaty i wzbogacić paletę smaków. Niestety, raczej go tam nie uświadczycie. Jeśli nawet znajdziecie je to cena butelki znacznie przekroczy koszt całej kolacji. Jest za to lekkie lokalne piwo Angkor i Cambodia, które przyjemnie orzeźwia i uzupełnia posiłek. Po pierwszych wrażeniach z Crab Market wiedzieliśmy, że spędzimy tu resztę życia ... znaczy resztę naszych biesiad podczas pobytu w Kep. Nie pomyliliśmy się. W ciągu trzech dni zjedliśmy jeszcze kraby w sosie czosnkowym,


fantastyczne kraby w pikantnym sosie, o bogatych, złożonych aromatach zniewalających nasze kubki smakowe,


czerwonego lucjana duszonego na grillu  w aluminiowej folii z imbirem, czosnkiem, chili i przyprawami. Ugotowany w punkt, niezwykle soczysty, był daniem które jako smakosze ryb na długo zapamiętamy. Spokojnie konkurował z daniami z pieprzem z Kampot i do dziś nie jesteśmy w stanie ogłosić zwycięzcy trzydniowej uczty.


Było też parę innych potraw, których nie mogliśmy uwiecznić, bo nie zawsze aparat towarzyszył naszym kulinarnym ekscesom.

Kolejnego dnia na Crab Market wybraliśmy się w celu edukacyjno-poznawczym. Nie oznacza to, że pościliśmy. Była pora obiadowa i niewielki targ tętnił życiem. Staraliśmy się poznać zasady jego funkcjonowania, na tyle na ile rozumieliśmy gesty mieszkańców. Wiemy jedno, po pierwsze trzeba się targować. 


Posługujący się khmerskim dostaną lepszą cenę, to oczywiste. Znajomość liczebników, czy choćby kilku słów jak "t'lay na" (za drogo), czy "kdam thom" (duże kraby) może pomóc. Jednakże różnica cen i tak jest mało znacząca, bo jako cudzoziemcy zapłacimy drożej o dolara lub dwa. Natomiast zasada braku równowagi podaży i popytu dotyka wszystkich. Kiedy połowy są mniejsze cena idzie w górę, a w chiński Nowy Rok kraby osiągają cenę dwu lub trzykrotnie wyższą. 


Sprzedawczyni dumnie prezentuje swój połów i chwali wielkość kraba oraz ilość mięsa. Dlaczego "sprzedawczyni"? Bo podział ról jest tu prosty - mężczyźni łowią, kobiety sprzedają. Zasadę tą poznaliśmy już na targu rybnym w Mumbaju w Indiach.


Kupujący zwykle narzekają wskazując defekty zwierzęcia, po czym wybierają najlepsze sztuki. 


Istotna jest też płeć kraba. Kambodżanie preferują samice, które maja więcej ikry. My wolimy samce o bardziej mięsnych szczypcach. 


Zaangażowanie w trakcie procesu kupowania objawiające się oglądaniem i wybieraniem odpowiednich osobników wzbudza szacunek sprzedawców. Brak takich zachowań zdradza nowicjusza. Po dobiciu targu kosz z pozostałymi do sprzedaży krabami ląduje  z powrotem w morzu. Trzeba bowiem dbać o świeżość towaru.


Przejdźmy się teraz po okolicznych straganach. Znajdziemy tu produkty z morza gotowe do konsumpcji





oraz przysmak z lądu - ugotowane jajka z kilkunastodniowym embrionem kaczki lub kurczęcia. Traktuje się je jako afrodyzjak i spożywa w całości, po obraniu ze skorupki. Najczęściej można to kupić u obwoźnych sprzedawców.  Nie mieliśmy ochoty na spróbowanie...


Oprócz ryb i owoców morza sprzedawcy oferują świeży i marynowany pieprz, 



kokosy,


sosy chili,


pikle,


wszelkiej maści świeży towar,




produkty, których nie jesteśmy w stanie nazwać,



i zaskakujące wspomnienie francuskich smaków - bułki z jajkiem sadzonym.


Kep to nie tylko Crab Market. Jak wspominałem plaże nie leżą w gestii naszych zainteresowań, ale należy odnotować ich obecność. Można tam przyjrzeć się zwyczajom lokalnej ludności uwielbiającej piasek, wodę i słońce. Pół godziny łódką od brzegu znajduje się Rabbit Island, widoczna na zdjęciu najbardziej dostępna z okolicznych wysp. 


W weekend oprócz pluskania się w prawie trzydziestostopniowej wodzie Kambodżanie uwielbiają biesiadować. Całymi rodzinami okupują nadbrzeżne chodniki rozpalając grille i delektując się przywiezionym jedzeniem.


Ci, którzy chcą spędzić czas bardziej komfortowo wynajmują specjalne maty osłonięte od słońca, wypoczywając w analogiczny sposób jak biedniejsi pobratymcy. Miejsca takie posiadają też coś co pozwala wygodnie zanurzyć się w objęciach Morfeusza - hamaki.


Kolejnego dnia postanowiliśmy nie korzystać z ofert restauracji, a sami zatroszczyć się o nasz posiłek. Po niezbyt intensywnych negocjacjach kupiliśmy kilogram ogromnych krewetek. Zanieśliśmy je kobietom, które przygotowują danie na oczach klienta. Panuje tam piekło w piekle. Skwar bijący z opalanych drewnem pieców, na których stawiane są woki był dla mnie trudny do zniesienia, podobnie jak szczypiący w oczy duszący dym.


Przyznam, że starając się uwiecznić na zdjęciach proces gotowania, wytrzymałem kilka minut, po czym zużyłem garść serwetek, butlę wody i ... puszkę piwa by dojść do siebie.

Ale wracając do tematu - najpierw krewetki pozbawiane są głów, po czym smażone na oleju palmowym.


Dodaje się do nich szalotki, 


czosnek, sos sojowy, cukier palmowy, sos rybny i garść świeżych ziaren pieprzu na łodyżkach.


Następnie dolewa się trochę wody, po czym dusi pod przykryciem przez kilka minut, aż krewetki dojdą. Trzeba też dołożyć drew do pieca, by podtrzymać ogień.


Teraz potrawę wystarczy wyłożyć z woka do pojemnika i wręczyć śliniącemu się klientowi.


Tak wygląda nasze danie.


A na zewnątrz targu krabowego życie toczy się leniwie. Kobiety czyszczą kalmary.


Inne dbają o żywy inwentarz.


Jeszcze inni konkurują świeżą zupką z warzywami i chili lub polują na przejedzonego klienta chcącego szybko dostać się tuk-tukiem do domu.  


Przed nami półtora kilometrowy spacer do hotelu, gdzie po boskiej uczcie zanurzymy się w ciepłym basenie, 


po czym udamy się na wieczornego drinka przy dźwiękach muzyki Diany Krall. To nasz azyl od realnego świata.


No i stało się. Po raz pierwszy na naszym blogu nie my gotowaliśmy, a gotowano dla nas.

Komentarze

  1. Po tej całej podróży chyba zostałabym wegetarianką ;) Ale pomijając to to niesamowita relacja, a kwiaty na pierwszym zdjęciu wprost zachwycające :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękujemy Kasiu :) Dla nas to jedzenie było wyśmienite :)

      Usuń
  2. Zatęskniłam do Kambodży, to wspaniały kraj i wspaniali ludzie. Gdyby nie to, że tyle jeszcze na świecie ciekawych rzeczy do zobaczenia, wybrałabym się jeszcze raz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Basiu-podzielamy Twój sentyment :) Pozdrawiamy

      Usuń
  3. Tego jajka zdecydowanie sama bym nie spróbowała, nie jestem aż tak odważna :) natomiast krewetkę zawsze! Piękna relacja, aż chciałabym z wami zabrać się na targi i plaże :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Interesująca relacja, smakowite jedzenie!
    Tragi odwiedzam w każdym miejscu, gdziekolwiek jestem.
    Uwielbiam buszować tam wśród tubylców i karmić się klimatem i kolorami.
    A 'wolne od wakacji' biorę sobie na każdych wakacjach.
    Pozdrowienia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. mamy podobne podejście do sprawy :) pozdrawiamy :)

      Usuń
  5. Zazdroszczę Wam tych podróży :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie zazdrośc Marzenko, wbrew pozorom to bardzo wyczerpujące hobby ;D

      Usuń
  6. Uwielbiam owoce morza i targi rybne!
    Kuchnia w tej części Azji jest wspaniała.
    Bardzo smakowita relacja i zdjęcia.
    Serdecznie Was pozdrawiam-)
    I.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękujemy Irenko, lubimy podobnie :) pozdrawiamy serdecznie

      Usuń
  7. Z przyjemnością odbyłem "wirtualną" podróż po Kambodży czytając Waszą relację okraszoną piękną dokumentacją fotograficzną. Gratuluję i trochę zazdroszczę

    OdpowiedzUsuń
  8. Ależ Wy macie wakacje! Choć szczerze mówiąc, przy tych żywych opisach czuję się troszkę, jakbym była tam z Wami :)
    A tych jajek też bym spróbować nie chciała, brrr...

    OdpowiedzUsuń
  9. Niesamowita podróż! Kraby to jedyne owoce morza, które mi smakują. A te embriony w jajkach - fuj!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. może kiedyś przekonasz się do innych, warto :)

      Usuń
  10. Ach te widoki :) Fajnie tak czasem odpocząć od wakacji, a co istotniejsze od gotowania! Wspaniałości jedliście, mogę tylko pozazdrościć! :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Jak zawsze pięknie opisana podróż. Piękne zdjęcia, super jest móc odwiedzić z wami te miejsca :)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...