Butter chicken w Little India

Ci, którzy śledzą naszego bloga znają naszą słabość do Indii. Kraj to niezwykły, budzący skrajne emocje, o zróżnicowanej kulturze, ogromnej ilości historycznych zabytków, zjawiskowej naturze, zniewalających smakach, zapachach, kolorach. Jeśli tego mało, spotkacie tam ciekawskich ludzi, dla których obserwacja nas jest takim samym hobby jak dla nas podglądanie ich.

Dziś przyjrzymy się hinduskim klimatom w Singapurze. Zajrzymy do dzielnicy Little India, którą każdorazowo chętnie odwiedzamy. Kiedyś nawet mieszkaliśmy w jej sercu w hoteliku, który już niestety nie istnieje.

Przy tej okazji ugotujemy danie będące w menu niejednej okolicznej knajpki, które obok chicken tikka masala jest jednym z najpopularniejszych. Dziś na ruszcie (dosłownie) znajdzie się:

 

BUTTER CHICKEN czyli MAŚLANY KURCZAK


Jest to lekko pikantne curry charakterystyczne dla kuchni północnych Indii, oryginalnie pochodzące z Delhi. Ta klasyka kuchni hinduskiej ma znacznie więcej nut smakowych niż tylko masło. Widzicie te ciemne plamy na kurczaku? To ślady grillowania. Do tego spora ilość przypraw i garść kolendry odświeżającej smak.




Składniki na 2 porcje:

300-350g filetów z udek lub piersi kurczaka
garść liści kolendry

na marynatę:
80ml jogurtu naturalnego
łyżka oleju roślinnego
2 ząbki czosnku
1cm świeżego imbiru
łyżeczka garam masala
pół łyżeczki kurkumy
sól do smaku

na sos:
ząbek czosnku
1cm świeżego imbiru
puszka pomidorów (400g); w sezonie - ok. 1/2 kg świeżych dojrzałych pomidorów
3 łyżki masła klarowanego
mała laska kory cynamonu
5 strąków zielonego kardamonu
najpierw uprażone na suchej patelni, po czym starte w moździerzu:
ziarenka z jednego strąka czarnego kardamonu, łyżeczka nasion kolendry, 3 goździki, 1/2 łyżeczki kozieradki
2 ostre papryczki
łyżeczka garam masala
40g orzeszków nerkowca, zmiksowane w blenderze z łyżką wody
ok.100ml mleka

Sposób przygotowania:

Czosnek i imbir na marynatę zmiksować blenderem z łyżką oleju roślinnego. Połączyć z pozostałymi składnikami. Kurczaka pokroić na duże kawałki około 4x4cm. Połączyć z marynatą i odstawić na noc.

Pomidory bez skórki zmiksować w blenderze z czosnkiem i imbirem. 

Rozpuścić masło na patelni. Podsmażyć na nich przyprawy. Dodać zmiksowane pomidory, posiekane papryczki i garam masala. Dusić przez około 30-40 minut, redukując płyn, aby mieszanina zaczęła się lekko karmelizować. Wówczas należy dodać zmiksowane na pastę nerkowce i chwilę później powoli wmieszać mleko, by uzyskać konsystencję zawiesistego sosu.

W międzyczasie kawałki kurczaka grillujemy na ruszcie lub patelni grillowej z obu stron, w zależności do wielkości kawałków (po ok. 2 minuty na każdą stronę). Kurczak dojdzie po wrzuceniu go do sosu i gotowaniu przez kolejne kilka minut.

Grillowanego kurczaka podajcie w sosie z białym lub żółtym ryżem. Żółty ryż otrzymacie przez ugotowanie go w wodzie z łyżeczką kurkumy. Do tego idealnie pasować będzie sałatka ze świeżego ogórka z zieloną kolendrą i ostrą papryczką (pokrojony ogórek, posiekana kolendra i ostre papryczki zatopione w winegrecie złożonym z oleju, octu winnego i cukru w równych proporcjach plus ciut soli do smaku).

Po posiłku udajemy się na długi spacer po okolicy. Little India w połowie XIX wieku była dzielnicą europejską. Gdy później pewien Hindus o żydowskich korzeniach zaczął tu hodować bydło, stała się atrakcyjna dla tego rodzaju biznesu ze względu na obecność rzeki Serangoon. Zyskowny handel bydłem nie trwał długo, bo Singapur rozwijał się i potrzebował nowych terenów dla napływających Tamilów. Przyjeżdżali imigranci, którym prawo brytyjskie pozwalało osiedlać się właśnie tutaj, by nie wchodzić w paradę innym nacjom. Już wówczas była to tania siła robocza. Dziś Little India jest kolorową dzielnicą, która zachowała swój charakter dzięki kolonialnym budynkom, świątyniom, hinduskim restauracyjkom i ludziom przyjeżdżającym z Indii, Sri Lanki czy Bangladeszu. Przyciąga ich praca na budowach, której rodowity Singapurczyk nie podejmie za oferowane im wynagrodzenie. I tak Little India trwa, wszyscy są zadowoleni, a my cieszymy się, że charakter dzielnicy w ciągu ostatnich dwudziestu lat od pierwszej wizyty niewiele się zmienił.
 

Naszą wizytę zaczynamy od świątyni Sri Veemakaliamman. Poświęcona bogini Kali, żonie Shivy niszczyciela, jednego z hinduistycznej trójcy symbolizującego niszczący i odnawiający symbol boskości. Poniższe zdjęcie wykonaliśmy kilka lat temu ze wspomnianego pokoju hotelu, którego dziś już nie ma.
 

Dziś okolica nie zmieniła się, a kolorowa fasada świątyni przyciąga wzrok i zaprasza do środka. 
 


Symbolika poszczególnych postaci i scen jest dla nas co prawda w większości nieczytelna, ale warto zatrzymać się, by przyjrzeć się ceremoniom i modlitwom lokalnych wyznawców.


 


Zobaczyliśmy też samą boginię Kali.


Architektura dzielnicy to typowe piętrowe domki kolonialne z arkadami, gdzie na dole funkcjonuje sklep, restauracja, warsztat lub inny biznes, a na górze znajdują się pokoje mieszkalne.

 


Kiedyś jeździły tu riksze rowerowe. Dziś Singapur zmotoryzował się, a dawny transport wozi żądnych wrażeń turystów.


Little India obfituje w świątynie, które definiują charakter dzielnicy. Oto jedna z bardziej znanych, Sri Srinivasa Perumal Temple. To jedna z najważniejszych w Singapurze, poświęcona Vishnu. Zbudowana w roku 1855 była początkowo niewielką budowlą, składającą się z niewielkiej sali modlitewnej i oczka wodnego. W 1966 dobudowano sześciopiętrową wieżę bogato zdobioną figurami hinduskich bóstw.




Dzielnica bogata jest też w świątynie innych wyznań. Sakya Muni Buddha Gaya to buddyjska świątynia tysiąca świateł nazwana tak od światełek rozświetlających 15-metrową statuę siedzącego Buddy. Waży bagatela 300 ton.


Założył ją w 1927 roku tajski mnich, wielebny Vuttisara. Dziś nadal ma swych wyznawców, a wejścia strzegą drapieżne tygrysy.
 


Światynia Sakya Muni Buddha Gaya (po prawej) jest jedną z najbardziej kolorowych. Sąsiaduje z nią (po lewej)  nieco starsza świątynia taoistyczna Leong San See, szczególnie popularna wśród chińskiej społeczności.


Piękne budynki znajdujące się w pobliżu, zdradzają fakt, że i oni znaleźli swe miejsce w dzielnicy hinduskiej.
 

Kolejna ciekawa świątynia to Sri Vadapathira Kaliamman Temple. Ma historię sięgającą 1830 roku. Odwiedzana była ponoć tylko przez kobiety, a sprowadzała je tutaj oprócz religii woda, znajdująca się w tutejszej studni. Dziś nie jest tak znana jak inne w okolicy, ale warta odwiedzenia.
 

Świątyń różnych wyznań na niewielkim terenie jest znacznie więcej. Funkcjonują one od lat, a lokalna społeczność bez emocji akceptuje wszelkie przejawy oddawania czci w różny sposób, traktując tradycję jako fakt wzbogacający kulturowo miasto i jego mieszkańców.

W hinduskiej dzielnicy jest jeszcze jedno warte odwiedzenia miejsce. To rezydencja Tan Teng Niaha, chińskiego właściciela fabryczek cukierniczych, który całkiem nieźle prosperował w czasach zdominowanych przez handlarzy bydła i tekstyliów. Zbudowany w 1900 roku dom jest jedną z ostatnich willi, które przetrwały w Little India. Ta 8-pokojowa willa o architekturze będącej mieszanką stylu południowych Chin i Europy została odrestaurowana w 1980 roku. To taka chińska ciekawostka w hinduskiej enklawie.
 

 
Na zwiedzenie Little India wystarczą dwie - trzy godziny z obowiązkową wizytą w jednej z tanich hinduskich restauracji, gdzie na liściu bananowca zjecie pyszny wegetariański posiłek. A jeśli takie jedzenie nie przypadnie Wam do gustu, wybierzcie Tekka Centre, hinduski foodcourt, gdzie znajdziecie wyborne danie na jednym z wielu stoisk.
 
 
Gdy zwiedzanie i jedzenie znudzi Was, udajcie się do Mustafa Centre, gigantycznego centrum handlowego, w którym kupicie wszystko i przy okazji najkorzystniej w Singapurze wymienicie walutę na lokalny pieniądz. To doświadczenie dla wszystkich, którzy lubią się cofnąć w czasie. W przeciwieństwie do innych, nowoczesnych centrów handlowych czas zatrzymał się tu ponad trzydzieści lat temu.
 

Little India to perełka Singapuru warta odwiedzenia przez wszystkich tych, którzy tęsknią za minioną epoką.

Komentarze

  1. Kurczak pyszny, robiłam podobnie i chętnie skuszę się ponownie według Waszej receptury.
    Świątynie piękne, wręcz onieśmielają swoją urodą, rozmiarem i symboliką! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Łucjo-polecamy :) świątynie hinduskie są dla nas jak nieznany "ląd "

      Usuń
  2. Przepis znakomity i pachnący!
    Recepturę wykorzystam,bo to moje smaki.
    Little India zwiedzałam,świątynie widziałam.Mustafa Centre też.Inny świat!
    Pozdrowienia-)
    I.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj inny :) a w Mustafa Centre można kupić rzeczy z całego świata, ostatnio oglądaliśmy np. z Maroka ;)

      Usuń
  3. Dzięki za wspaniałą i niezwykle kolorową podróż :) Przepis na kurczaka zapisuję sobie. Muszę znaleźć tylko potrzebne składniki, co chyba nie będzie bardzo łatwe na mojej prowincji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trzymamy kciuki, żeby wszystko się znalazło :) pozdrawiamy

      Usuń
  4. Little India to też nazwa sklepiku, który prowadzi Hindus na Mokotowie. Kupuję tam wszystkie świeże warzywa i owoce do indyjskich i tajskich dań. Przylatują prosto z Indii.
    Widać, że małe Indie mogą być wszędzie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Poprosimy o dokładne namiary na sklepik :) pozdrawiamy

      Usuń
  5. Indie to moja miłość od dnia kiedy obejrzałam lata temu pierwszy odcinek serialu Perła w koronie Przepiękne zdjęcia

    OdpowiedzUsuń
  6. Niesamowite są te świątynie. Jakby dach miał nogi i ręce :) Wspaniałą podróż mieliście :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. mnóstwo tam postaci, świątynie są zwykle bardzo ciekawe, kolorowe...

      Usuń
  7. Mam ogromną słabość do kuchni indyjskiej. Niestety nie było mi dane próbować jej u źródła. Mam nadzieję, że kiedyś tam dotrę. Zapytam was przy okazji chociaż trochę obok tematu : czy można do Polski przywieźć przyprawy z Indii?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Agnieszko-przyprawy przywozimy sobie z różnych krajów, również z Indii :) zawsze w ilościach na potrzeby domowe. Przede wszystkim są świeże, bo cenowo jakoś znacząco się nie różnią. No może trochę, zalezy co i gdzie kupujemy. Niektórych u nas nawet nie da się kupić. Polecamy też w tym celu Londyn.

      Usuń
    2. Dziękuję! Mąż jedzie niedługo i marzą mi się takie małe zakupy ( on kupi, ale ja będę miała).

      Usuń
  8. Lubię butter chicken, pora wypróbowac inny przepis, a domki przepiękne, ich architektura zachwyca i to że są tak doskonale zachowane i zadbane - pewnie jak wszystko w Singapurze.

    OdpowiedzUsuń
  9. Ależ to wszystko kolorowe! Niesamowite, że tyle różnych kultur może się ze sobą mieszać i współistnieć na tak małym terenie.
    A za butter chicken wprost przepadam :)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...