Wędzona, smażona pierś kaczki z jałowcowo-winnym jus'em.

Wędzona, smażona pierś kaczki z jałowcowo-winnym jus'em.


Dziś wędzimy, smażymy, pieczemy, gotujemy i rozkoszujemy się bogatymi aromatami. Danie nie jest trudne, ale wymaga czasu. Zarezerwujcie sobie dwie godziny, może ciut więcej. Jego smak warty jest żmudnego procesu przygotowania, a uśmiech oczekującej na nie osoby wynagradza poświęcony czas. Już sama lista składników może zniechęcić, ale zachęcam do podjęcia wyzwania, bo smak i aromat zniewala.

Skąd pomysł? Z jednej z naszych ulubionych książek, w której znaleźć można przepisy mistrzów brytyjskiego Masterchefa okraszone komentarzami Johna Torode'a i Grega Wallace'a. Naszych kulinarnych guru...


Wędzona i smażona pierś kaczki z jałowcowo-winnym jus'em.
Do niej selerowe rosti, puree z białej fasoli i chipsy z pietruszki



Matjiesfontein - podróż w przeszłość - 195 mil na północny wschód od Cape Town.

Matjiesfontein - podróż w przeszłość - 195 mil na północny wschód od Cape Town.

Kiedy wczesnym rankiem opuszczaliśmy Cape Town nie było nam smutno. Wiedzieliśmy, że musimy wrócić. W końcu mieliśmy stąd lecieć do domu. Wcześniej jednak czekało nas kilka tysięcy kilometrów jazdy przez drogi i bezdroża Republiki Południowej Afryki. Pierwszego dnia planowalismy przejechać 700 kilometrów. Zastanawialiśmy się, czy jest to możliwe, zwłaszcza że po drodze mieliśmy zatrzymać się to tu, to tam. Prosta, pusta, równa, asfaltowa droga rozwiała nasze wątpliwości.


Po pokonaniu jednej trzeciej odległości zawitaliśmy w niezwykłym miejscu. Matjiesfontein. 195 mil od Cape Town.


Nie mogliśmy uwierzyć, że ktoś założył miasteczko na takim pustkowiu. Równie nierealnym widokiem był stojący na stacji, luksusowy "Pride of Africa" należący do Rovos Rail. Mieliśmy szczęście, bo gości on zaledwie dwa razy w tygodniu na dwugodzinny postój.




Pociąg wiózł bogatych klientów do Cape Town, z którego my ledwo co wyruszyliśmy. Goście zwiedzali okolicę, my zaś dzięki usłużnemu konduktorowi zobaczyliśmy ekskluzywne wnętrza pociągu.


Nie omieszkaliśmy zajrzeć do salonki z łazienką.

  

Była to jedyna w swoim rodzaju okazja, bo podróż za 20.000 złotych od pary w Royal Suite zdecydowanie rozmijała się z naszym budżetem. Nawet jeśli do biletu dodawali flaszkę Amaruli gratis.




Cofamy się o półtora wieku, kiedy to w 1857 roku w niewielkim szkockim miasteczku Berwickshire przyszedł na świat James Logan. Już jako młodziak czuł się dzieckiem ery industrialnej. Od pół wieku budowano bowiem fabryki, linie kolejowe, pojawiały się tu i ówdzie nowoczesne maszyny parowe.

Młody Logan zaczął pracę jako urzędnik na brytyjskich kolejach, ale marzył o podboju świata. Jego wybór padł na Australię. Zaokrętował na statek, ale nigdy nie dotarł w miejsce swego przeznaczenia. Statek skończył swój żywot na skałach w okolicach Przylądka Dobrej Nadziei.

Szczęśliwie James nie tylko ocalał, ale szybko najął się jako tragarz na nowo wybudowanej stacji kolei przylądkowej w Cape Town.  W końcu posiadał wcześniejsze doświadczenie w pracy na kolei. Szybko awansował na zawiadowcę stacji, dzięki czemu poznawał możnych i wpływowych podróżnych. Kontakty pozwoliły objąć mu stanowisko superintendenta, dzięki czemu obserwował rozwój regionu, by w końcu zbudować własny biznes. Linia kolejowa z Cape Town dotarła do Kimberley, miasta słynącego z wydobycia diamentów. Po drodze przebiegała przez rozgrzane letnim słońcem i zmrożone zimowymi porankami okolice półpustynnych bezkresów Karoo.


Tylko szaleniec mógł mysleć, że uda się tam sprowadzić bogatych na relaks i odpoczynek. James Logan miał jednak w głowie pomysł, który chciał zrealizować kupując za jedyne 400 funtów ogromny kawał ziemi w "miejscu zwanym Matjiesfontein". Jaką miał motywację? Zbudowano tu stację kolejową w drodze na północ. Do tego była tu rzadka na tym obszarze woda, która pozwoliła stworzyć prawdziwą oazę, zielony ogród wśród półpustynnych przestrzeni.




Logan postawił nowocześnie wyposażony dom. Zafundował sobie między innymi pierwszą w RPA spłukiwaną toaletę.


Czym prędzej zabrał się za budowę hotelu. W międzyczasie zaczął promować miejsce jako modne uzdrowisko dla ludzi cierpiących na choroby płuc.


Czyste powietrze, bogata roślinność, cisza, spokój, woda i bezpośredni dojazd pociągiem z Cape Town szybko rozsławiły miasteczko wśród możnych tego świata. Powstało modne, wiktoriańskie spa, które przyciągało dobrym serwisem i oryginalnością.



W 1889 roku ukończono budowę hotelu. W ciągu roku odwiedziło go mnóstwo VIP-ów, poczynając od Randolpha Churchila, ojca Winstona, przez Duka Hamiltona, przedstawicieli brytyjskiej arystokracji, skończywszy na Sułtanie Zanzibaru. Ten pierwszy lubił polowania i podobno do dziś nie zwrócił pożyczonego myśliwskiego psa. Niedługo później,  w trakcie wojny anglo-burskiej hotel przekształcono w szpital militarny, a na okolicznej ziemi stacjonowało 10.000 żołnierzy i 20.000 koni. Dwukondygnacyjny Lord Milner Hotel pozostał świadkiem tamtych czasów, przyjmując gości chętnych spędzić noc na odludziu, w atrakcyjnych wnętrzach, z kuchnią której nie powstydziłoby się Cape Town.

Kiedy ruch na trasie z Cape Town wzrastał pojawiła sie potrzeba zapewnienia cateringu przejeżdzającym podróżnym. W 1892 roku Sir James Sirewright, Minister Kolei, oddał kontrakt na te usługi swemu znajomemu. Kim był szczęściarz? Oczywiście, James Logan. Mając monopol stworzył menu dla różnej klienteli, zamożnej i tej mniej, promując przy okazji wodę mineralną Matjiesfontein, którą lokalnie produkował. Nic dziwnego, w końcu przez większość roku dni były tu upalne. 

Pewnie dlatego obok hotelu stanął pełen ciepła i charakteru pub Laird's Arms oferujący, a jakże, wybór brytyjskich Ales, czy szkockich whisky.


Dla tych, którzy przesadzili wieczorem z ilością trunków, swoje podwoje otwierał rankiem aptekarz.


Nieopodal znalazła się niezbędna na odludziu stacja benzynowa, która gwarantowała ciągłość podróży tym, którzy preferowali samochód ponad pociąg. Dzisiejszy Coffee House, znajdujący się tuż za nią służył Loganowi w 1888 roku za główny magazyn.


Dziś kupicie tu dżemy i miody z Karoo, gaszący pragnienie napój cytrynowy, czy ziołowe herbaty i kawy,


przyrządzone przez tą sympatyczną mieszkankę miasteczka.

W 1897 w Matjiesfontein stanęła poczta. Tutaj znana południowoafrykańska pisarka i feministka Olive Schreiner wysyłała swoje liczne listy. Stąd Edgar Wallace nadawał swoje reportaże wojenne dla Daily Telegraph. Ten sam, który później napisał scenariusz do King Konga. Ponoć w 1901 roku stojąc nad operatorem telegrafu dyktował pierwszy raport o śmierci królowej Wiktorii kierowany do brytyjskich kolonii w Afryce. Dziś poczta już nie funkcjonuje, ale mimo to oprócz handlem gustownymi bibelotami, lokalny sprzedawca chętnie zajmie sie wysyłką kartki pocztowej z pozdrowieniami. 


W Tweedside Lodge, zbudowanym przez samego Jamesa Logana, do 1990 roku mieszkał jego wnuk wraz z żoną.


Ci, którzy nie mają ochoty chodzić po miasteczku w południowym upale, mogą skorzystać z autobusu, choć główna ulica ma niecały kilometr. Pewnie dlatego kierowca musi mocno namawiać potencjalnych klientów, obwieszczając odjazd sygnałem trąbki.


W 1975 roku Matjiesfontein zostało ogłoszone Pomnikiem Narodowego Dziedzictwa. To miasteczko nie jest skansenem. Ono nadal żyje. Mieszka tu około 300 stałych mieszkańców. Niewiele jednak zmieniło się w ciągu ostatnich stu lat. Nadal czuć tu ducha euforii osadników, którzy szukali przygody i sposobu na inne życie, niż to w rozwijającej się Europie.

Logan zmarł w roku 1920. Całkiem młodo. Jego dzieło kontynuowali syn Douglas i córka, żona Colonela Buista, którzy pozostali w Matjiesfontein, później zaś wnukowie.

My również przyjechaliśmy, zobaczyliśmy, zachwyciliśmy się klimatem tego miejsca i pojechalismy dalej, bo czekała na nas rezerwacja w odległym o ponad 400 kilometrów guest house'ie. Tego dnia doświadczyliśmy słońca, upału, ulewy, burzy z piorunami.

Karoo choć piękne, bywa nieprzewidywalne.
Tijgerbrood - holenderski chleb tygrysi.

Tijgerbrood - holenderski chleb tygrysi.

Chleb swój wygląd zawdzięcza paście z mąki ryżowej, która pokrywa jego powierzchnię. Ponieważ mąka ta pozbawiona jest  glutenu, to pasta podczas wzrostu chleba pęka, nadając mu charakterystyczny wygląd.  Przepis na to pieczywo  najprawdopodobniej dotarł do Holandii z południowo-wschodniej Azji, w czasach intensywnego handlu morskiego. Na to pochodzenie wskazuje nie tylko dodatek mąki ryżowej, ale również oleju sezamowego.
To bardzo wdzięczny wypiek o puszystym i delikatnym wnętrzu, łatwy w wykonaniu. Skorzystałam ze sprawdzonego przepisu na blogu Łucji Fabryka Kulinarnych Inspiracji. Chleb dołączam do WRZEŚNIOWEJ LISTY "NA ZAKWASIE I NA DROŻDŻACH".


Tijgerbrood - holenderski chleb tygrysi


Składniki na 1 duży bochenek:

zaczyn:
90 g mąki
55 g wody
7 g drożdży instant
1 łyżka cukru
1/4 łyżeczki soli 

Składniki zaczynu połączyć, przykryć, żeby nie wysychało i wstawić na noc do lodówki.


Ciasto właściwe:
cały zaczyn 
500 g mąki pszennej chlebowej
100 g ciepłej wody
230 g ciepłego mleka
1/2 łyżki cukru
2 łyżeczki soli
2 łyżki oleju sezamowego

Wodę wymieszać z mlekiem (oba płyny powinny być w letniej temperaturze), dodać cukier, sól i olej, wymieszać. Dodać  stopniowo zaczyn i mąkę, zagnieść elastyczne i gładkie ciasto. Przykryć folia i odstawić do wyrośnięcia, aż podwoi objętość (1-1,5 godz.).
Po tym czasie wyjąć ciasto na blat, delikatnie je złożyć , żeby odgazować, ale jednocześnie nie zniszczyć siatki glutenu. Odstawić do podwojenia objętości jak poprzednio. 
Uformować okrągły lub podłużny bochenek w ten sposób, aby zwinąć ciasto pod spód i mocno napiąć wierzch chleba. Blachę wyłożyć pergaminem, ułożyć na nim chleb, przykryć ściereczką, odstawić na ok. 20 min. i przygotować w tym czasie  pastę.

Składniki na pastę, skorupkę:
7 g drożdży instant
1/2 szklanki ciepłej wody

1 łyżka cukru
1 łyżka oleju sezamowego
1/2 łyżeczki soli

120 g mąki ryżowej (białej lub brązowej, jeśli użyjemy domowej mąki, ze zmielonego ryżu to dodać jeszcze 1/2 szklanki)

Po wymieszaniu składników należy ocenić jej gęstość. Nie może spłynąć z bochenka. W razie problemu trzeba dodać trochę mąki.
Pastę (najlepiej ręką) wyłożyć po trochu na bochenek, delikatnie rozsmarowując tak, aby pokryć jego powierzchnię (oprócz spodu). Odstawić chleb do ponownego wyrośnięcia na jakieś 20 min. W tym czasie nagrzać piekarnik do 200 stopni C.
Piec z parą 10 min w 200 stopniach, a następnie 50 min w 180. Po upieczeniu postukać w dno ( powinien być głuchy odgłos), odstawić na kratkę do ostygnięcia.
Przepis dołączam do PANISSIMO




Migawki z Amsterdamu.

Migawki z Amsterdamu.

Dziś trochę wspomnień z czasów kiedy "raczkowałam" w fotografii. Wybrałam tylko kilka zdjęć, bo reszta nie nadaję się ;) i mam nadzieję, że choć trochę oddam klimat miasta.

Rybne molee czyli aromatyczne curry.

Rybne molee czyli aromatyczne curry.

 

Rybne molee czyli curry z kardamonem, goździkami, cynamonem, chili i mleczkiem kokosowym


... nie tylko, bo znajdziecie w tym daniu również szalotkę, czosnek, imbir, kurkumę i limonkę. Danie jest proste, pyszne i szybkie w wykonaniu. Przypomina ono smaki Kerali  przez pikanterię i mleczko kokosowe charakterystyczne dla południowych Indii.

Składniki (na trzy porcje):

olej
3 szalotki
3 goździki starte w moździerzu
ziarnka czarnego kardamonu starte w moździerzu
laska cynamonu
liść laurowy
4 posiekane ząbki czosnku
4cm korzeń imbiru, pokrojony w drobniutką kostkę
papryczka chilli
łyżeczka chili w proszku
łyżeczka kurkumy
pół łyżeczki mąki rozpuszczonej w zimnej wodzie
sól do smaku
2-3 filetów ryby o białym ścisłym mięsie (ok. 600-700 gram)
150 ml mleczka kokosowego
sok z połowy limonki

Wykonanie:

Rozgrzewamy olej na patelni, po czym smażymy pokrojoną w piórka szalotkę na brązowo. To ważne, musi być dobrze skarmelizowana, bo wpływa to na ostateczny smak dania. Zajmie Wam to około 10 minut.

Następnie dodajemy goździki, kardamon, laskę cynamonu i liść laurowy. Smażymy minutę.

Dodajemy imbir i czosnek oraz chili i kurkumę. Smażymy kolejną minutę, po czym dodajemy rozpuszczoną w wodzie mąkę.

Filety ryby kroimy na spore ok. 5cm kawałki. Solimy. Wrzucamy na patelnię i wlewamy ok.150ml wody, tak by ryba była częściowo przykryta. Zmniejszamy ogień i gotujemy 3 minuty. . Dodajemy teraz mleczko kokosowe, mieszamy i gotujemy kolejne 2 minuty. Ostateczny czas gotowania uzależniony jest od grubości filetów. Uważajmy jednak, by ryby nie rozgotować.

Na koniec dodajemy sok z około połowy limonki. Spróbujmy, czy uzyskaliśmy równowagę między pikantnym i kwaśnym smakiem.

Danie podajemy z gotowanym ryżem basmati.
Indie - Udaipur.

Indie - Udaipur.



Pamiętacie „Ośmiorniczkę”?
James Bond płynie w przebraniu krokodyla po jeziorze Pichola do Taj Lake Palace, jednego z najbardziej luksusowych hoteli Indii. Ma tam zdemaskować kobietę podejrzaną o kradzież jednego z jaj Faberge.


My też płynęliśmy łodzią. Tyle, że bez przebrania. Taj Lake Palace mineliśmy w bezpiecznej odległości. James Bond pewnie dawno już wyjechał. Kobieta od jaja - tym bardziej. Pałac wydał nam się niezwykle uroczy i romantyczny, tyle, że nie na naszą kieszeń. Ale jak można nie zakochać się w widoku białej budowli na środku jeziora z purpurowymi wzgórzami Aravali w tle…


Udaipur to według wszystkich przewodników najbardziej romantyczne miasto Indii. Potwierdzam. że romantyczne. Czy najbardziej? Trudno powiedzieć, bo wszystkich nie odwiedziliśmy.


Założone w 1568 roku przez Maharadżę Udai Singh II zostało stolicą regionu Mewar, południowo-wschodniej części Radżastanu. Narażone było na inwazje Mogołów i Marathów aż do interwencji brytyjskiej w XIX wieku.


Dobijamy do wyspy Jagmandir. To niecały kilometr na południe od wspomnianego luksusowego hotelu. Tu maharadża Jagat Singh zbudował niewielki pałac w 1620 roku.


Dziś został przekształcony w hotelik, który udostępnia się w dzień do zwiedzania turystom. W nocy - też nie jest na naszą kieszeń. Goście hotelowi odnajdą intymną atmosferę wieczorem, bo mieszkańcy zaledwie siedmiu pokoi raczej nie zakłócą sobie spokoju. Na razie akceptują naszą obecność, my zaś korzystamy ze spaceru wśród pałacowych przestrzeni. 

Jednak najbardziej spektakularną budowlą w Udaipurze jest City Palace. Zbudowany na stałym lądzie oferuje piękne widoki na jezioro i wyspy.


Pyszni się dziesiątkami wieżyczek, kopuł, balkoników. Ten 250-metrowy gmach o wysokości ponad trzydziestu metrów jest największym z pałaców Radżastanu.


Jego budowę rozpoczął założyciel miasta, a kontynuowali kolejni maharadżowie. Trzeba przyznać, że mieli gust i sporo pieniędzy.


Zwiedzanie pałacu zajmuje nam pół dnia.

 
   
Trudno oderwać się od spektakularnych, pałacowych komnat, mieniących się różnymi kolorami,


ale też widoków miasta i okolicy, które można podziwiać z licznych tarasów.


Udaipur to jednak głównie ludzie.


Towarzyszyli nam w codziennych spacerach.


Skoncentrowani na codziennych czynnościach nie przejmowali się  się specjalnie naszą obecnością.


O poranku kobiety zajmowały się praniem.


Mężczyźni zaś skupiali się na wytwarzaniu wszelakich dóbr.



  
Były też zwierzęta. Pojawiały się jakby znikąd w trakcie posiłków. budząc naszą radość, zaś nieprzychylność kelnerów, którzy na co dzień muszą radzić sobie z ich łakomstwem. I brakiem napiwków.


Niektóre zwierzątka na równi z nami podziwiały architektoniczne cudeńka miasta.


Inne, znużone wszechobecnym pięknem, koncentrowały się na relaksie w promieniach słońca.


Nasze kulinarne doświadczenia w Udaipurze nie ograniczyły się li tylko do degustacji kolejnych curry, czy masali. Postanowiliśmy wziąć sprawy w swoje ręce i odwiedziliśmy Shashi, z którą w trakcie kilkugodzinnej sesji gotowaliśmy tradycyjne hinduskie dania.


Efektem była uczta potwierdzająca, że wśród najbardziej aromatycznych kuchni hinduska nie ma sobie równych.



A Shashi pokazała nam nie tylko klasyczne przepisy, ale nauczyła technik, które jesteśmy w stanie wykorzystać w naszej kuchni.


Jedynie bolejemy czasem nad brakiem niektórych świeżych składników.

Udaipur jest niezwykłym miastem. Niby duży, a w wielu miejscach człowiek czuje się jak na wsi.


Niby zatłoczony, a łatwo uciec od tłumu, nawet blisko centrum.


Magia Udaipuru jest wszechobecna. Swoje apogeum osiąga, gdy słońce znika za odległymi wzgórzami Aravali. To czas posiłku, który kontemplowany w towarzystwie ukochanej osoby zniewala. Smakiem, zapachem i krajobrazem. Choćby takim jak z tarasu naszego guest house'u.