Wędzona, smażona pierś kaczki z jałowcowo-winnym jus'em.

Wędzona, smażona pierś kaczki z jałowcowo-winnym jus'em.


Dziś wędzimy, smażymy, pieczemy, gotujemy i rozkoszujemy się bogatymi aromatami. Danie nie jest trudne, ale wymaga czasu. Zarezerwujcie sobie dwie godziny, może ciut więcej. Jego smak warty jest żmudnego procesu przygotowania, a uśmiech oczekującej na nie osoby wynagradza poświęcony czas. Już sama lista składników może zniechęcić, ale zachęcam do podjęcia wyzwania, bo smak i aromat zniewala.

Skąd pomysł? Z jednej z naszych ulubionych książek, w której znaleźć można przepisy mistrzów brytyjskiego Masterchefa okraszone komentarzami Johna Torode'a i Grega Wallace'a. Naszych kulinarnych guru...


Wędzona i smażona pierś kaczki z jałowcowo-winnym jus'em.
Do niej selerowe rosti, puree z białej fasoli i chipsy z pietruszki



Matjiesfontein - podróż w przeszłość - 195 mil na północny wschód od Cape Town.

Matjiesfontein - podróż w przeszłość - 195 mil na północny wschód od Cape Town.

Kiedy wczesnym rankiem opuszczaliśmy Cape Town nie było nam smutno. Wiedzieliśmy, że musimy wrócić. W końcu mieliśmy stąd lecieć do domu. Wcześniej jednak czekało nas kilka tysięcy kilometrów jazdy przez drogi i bezdroża Republiki Południowej Afryki. Pierwszego dnia planowalismy przejechać 700 kilometrów. Zastanawialiśmy się, czy jest to możliwe, zwłaszcza że po drodze mieliśmy zatrzymać się to tu, to tam. Prosta, pusta, równa, asfaltowa droga rozwiała nasze wątpliwości.


Po pokonaniu jednej trzeciej odległości zawitaliśmy w niezwykłym miejscu. Matjiesfontein. 195 mil od Cape Town.


Nie mogliśmy uwierzyć, że ktoś założył miasteczko na takim pustkowiu. Równie nierealnym widokiem był stojący na stacji, luksusowy "Pride of Africa" należący do Rovos Rail. Mieliśmy szczęście, bo gości on zaledwie dwa razy w tygodniu na dwugodzinny postój.




Pociąg wiózł bogatych klientów do Cape Town, z którego my ledwo co wyruszyliśmy. Goście zwiedzali okolicę, my zaś dzięki usłużnemu konduktorowi zobaczyliśmy ekskluzywne wnętrza pociągu.


Nie omieszkaliśmy zajrzeć do salonki z łazienką.

  

Była to jedyna w swoim rodzaju okazja, bo podróż za 20.000 złotych od pary w Royal Suite zdecydowanie rozmijała się z naszym budżetem. Nawet jeśli do biletu dodawali flaszkę Amaruli gratis.




Cofamy się o półtora wieku, kiedy to w 1857 roku w niewielkim szkockim miasteczku Berwickshire przyszedł na świat James Logan. Już jako młodziak czuł się dzieckiem ery industrialnej. Od pół wieku budowano bowiem fabryki, linie kolejowe, pojawiały się tu i ówdzie nowoczesne maszyny parowe.

Młody Logan zaczął pracę jako urzędnik na brytyjskich kolejach, ale marzył o podboju świata. Jego wybór padł na Australię. Zaokrętował na statek, ale nigdy nie dotarł w miejsce swego przeznaczenia. Statek skończył swój żywot na skałach w okolicach Przylądka Dobrej Nadziei.

Szczęśliwie James nie tylko ocalał, ale szybko najął się jako tragarz na nowo wybudowanej stacji kolei przylądkowej w Cape Town.  W końcu posiadał wcześniejsze doświadczenie w pracy na kolei. Szybko awansował na zawiadowcę stacji, dzięki czemu poznawał możnych i wpływowych podróżnych. Kontakty pozwoliły objąć mu stanowisko superintendenta, dzięki czemu obserwował rozwój regionu, by w końcu zbudować własny biznes. Linia kolejowa z Cape Town dotarła do Kimberley, miasta słynącego z wydobycia diamentów. Po drodze przebiegała przez rozgrzane letnim słońcem i zmrożone zimowymi porankami okolice półpustynnych bezkresów Karoo.


Tylko szaleniec mógł mysleć, że uda się tam sprowadzić bogatych na relaks i odpoczynek. James Logan miał jednak w głowie pomysł, który chciał zrealizować kupując za jedyne 400 funtów ogromny kawał ziemi w "miejscu zwanym Matjiesfontein". Jaką miał motywację? Zbudowano tu stację kolejową w drodze na północ. Do tego była tu rzadka na tym obszarze woda, która pozwoliła stworzyć prawdziwą oazę, zielony ogród wśród półpustynnych przestrzeni.




Logan postawił nowocześnie wyposażony dom. Zafundował sobie między innymi pierwszą w RPA spłukiwaną toaletę.


Czym prędzej zabrał się za budowę hotelu. W międzyczasie zaczął promować miejsce jako modne uzdrowisko dla ludzi cierpiących na choroby płuc.


Czyste powietrze, bogata roślinność, cisza, spokój, woda i bezpośredni dojazd pociągiem z Cape Town szybko rozsławiły miasteczko wśród możnych tego świata. Powstało modne, wiktoriańskie spa, które przyciągało dobrym serwisem i oryginalnością.



W 1889 roku ukończono budowę hotelu. W ciągu roku odwiedziło go mnóstwo VIP-ów, poczynając od Randolpha Churchila, ojca Winstona, przez Duka Hamiltona, przedstawicieli brytyjskiej arystokracji, skończywszy na Sułtanie Zanzibaru. Ten pierwszy lubił polowania i podobno do dziś nie zwrócił pożyczonego myśliwskiego psa. Niedługo później,  w trakcie wojny anglo-burskiej hotel przekształcono w szpital militarny, a na okolicznej ziemi stacjonowało 10.000 żołnierzy i 20.000 koni. Dwukondygnacyjny Lord Milner Hotel pozostał świadkiem tamtych czasów, przyjmując gości chętnych spędzić noc na odludziu, w atrakcyjnych wnętrzach, z kuchnią której nie powstydziłoby się Cape Town.

Kiedy ruch na trasie z Cape Town wzrastał pojawiła sie potrzeba zapewnienia cateringu przejeżdzającym podróżnym. W 1892 roku Sir James Sirewright, Minister Kolei, oddał kontrakt na te usługi swemu znajomemu. Kim był szczęściarz? Oczywiście, James Logan. Mając monopol stworzył menu dla różnej klienteli, zamożnej i tej mniej, promując przy okazji wodę mineralną Matjiesfontein, którą lokalnie produkował. Nic dziwnego, w końcu przez większość roku dni były tu upalne. 

Pewnie dlatego obok hotelu stanął pełen ciepła i charakteru pub Laird's Arms oferujący, a jakże, wybór brytyjskich Ales, czy szkockich whisky.


Dla tych, którzy przesadzili wieczorem z ilością trunków, swoje podwoje otwierał rankiem aptekarz.


Nieopodal znalazła się niezbędna na odludziu stacja benzynowa, która gwarantowała ciągłość podróży tym, którzy preferowali samochód ponad pociąg. Dzisiejszy Coffee House, znajdujący się tuż za nią służył Loganowi w 1888 roku za główny magazyn.


Dziś kupicie tu dżemy i miody z Karoo, gaszący pragnienie napój cytrynowy, czy ziołowe herbaty i kawy,


przyrządzone przez tą sympatyczną mieszkankę miasteczka.

W 1897 w Matjiesfontein stanęła poczta. Tutaj znana południowoafrykańska pisarka i feministka Olive Schreiner wysyłała swoje liczne listy. Stąd Edgar Wallace nadawał swoje reportaże wojenne dla Daily Telegraph. Ten sam, który później napisał scenariusz do King Konga. Ponoć w 1901 roku stojąc nad operatorem telegrafu dyktował pierwszy raport o śmierci królowej Wiktorii kierowany do brytyjskich kolonii w Afryce. Dziś poczta już nie funkcjonuje, ale mimo to oprócz handlem gustownymi bibelotami, lokalny sprzedawca chętnie zajmie sie wysyłką kartki pocztowej z pozdrowieniami. 


W Tweedside Lodge, zbudowanym przez samego Jamesa Logana, do 1990 roku mieszkał jego wnuk wraz z żoną.


Ci, którzy nie mają ochoty chodzić po miasteczku w południowym upale, mogą skorzystać z autobusu, choć główna ulica ma niecały kilometr. Pewnie dlatego kierowca musi mocno namawiać potencjalnych klientów, obwieszczając odjazd sygnałem trąbki.


W 1975 roku Matjiesfontein zostało ogłoszone Pomnikiem Narodowego Dziedzictwa. To miasteczko nie jest skansenem. Ono nadal żyje. Mieszka tu około 300 stałych mieszkańców. Niewiele jednak zmieniło się w ciągu ostatnich stu lat. Nadal czuć tu ducha euforii osadników, którzy szukali przygody i sposobu na inne życie, niż to w rozwijającej się Europie.

Logan zmarł w roku 1920. Całkiem młodo. Jego dzieło kontynuowali syn Douglas i córka, żona Colonela Buista, którzy pozostali w Matjiesfontein, później zaś wnukowie.

My również przyjechaliśmy, zobaczyliśmy, zachwyciliśmy się klimatem tego miejsca i pojechalismy dalej, bo czekała na nas rezerwacja w odległym o ponad 400 kilometrów guest house'ie. Tego dnia doświadczyliśmy słońca, upału, ulewy, burzy z piorunami.

Karoo choć piękne, bywa nieprzewidywalne.
Tijgerbrood - holenderski chleb tygrysi.

Tijgerbrood - holenderski chleb tygrysi.

Chleb swój wygląd zawdzięcza paście z mąki ryżowej, która pokrywa jego powierzchnię. Ponieważ mąka ta pozbawiona jest  glutenu, to pasta podczas wzrostu chleba pęka, nadając mu charakterystyczny wygląd.  Przepis na to pieczywo  najprawdopodobniej dotarł do Holandii z południowo-wschodniej Azji, w czasach intensywnego handlu morskiego. Na to pochodzenie wskazuje nie tylko dodatek mąki ryżowej, ale również oleju sezamowego.
To bardzo wdzięczny wypiek o puszystym i delikatnym wnętrzu, łatwy w wykonaniu. Skorzystałam ze sprawdzonego przepisu na blogu Łucji Fabryka Kulinarnych Inspiracji. Chleb dołączam do WRZEŚNIOWEJ LISTY "NA ZAKWASIE I NA DROŻDŻACH".


Tijgerbrood - holenderski chleb tygrysi


Składniki na 1 duży bochenek:

zaczyn:
90 g mąki
55 g wody
7 g drożdży instant
1 łyżka cukru
1/4 łyżeczki soli 

Składniki zaczynu połączyć, przykryć, żeby nie wysychało i wstawić na noc do lodówki.


Ciasto właściwe:
cały zaczyn 
500 g mąki pszennej chlebowej
100 g ciepłej wody
230 g ciepłego mleka
1/2 łyżki cukru
2 łyżeczki soli
2 łyżki oleju sezamowego

Wodę wymieszać z mlekiem (oba płyny powinny być w letniej temperaturze), dodać cukier, sól i olej, wymieszać. Dodać  stopniowo zaczyn i mąkę, zagnieść elastyczne i gładkie ciasto. Przykryć folia i odstawić do wyrośnięcia, aż podwoi objętość (1-1,5 godz.).
Po tym czasie wyjąć ciasto na blat, delikatnie je złożyć , żeby odgazować, ale jednocześnie nie zniszczyć siatki glutenu. Odstawić do podwojenia objętości jak poprzednio. 
Uformować okrągły lub podłużny bochenek w ten sposób, aby zwinąć ciasto pod spód i mocno napiąć wierzch chleba. Blachę wyłożyć pergaminem, ułożyć na nim chleb, przykryć ściereczką, odstawić na ok. 20 min. i przygotować w tym czasie  pastę.

Składniki na pastę, skorupkę:
7 g drożdży instant
1/2 szklanki ciepłej wody

1 łyżka cukru
1 łyżka oleju sezamowego
1/2 łyżeczki soli

120 g mąki ryżowej (białej lub brązowej, jeśli użyjemy domowej mąki, ze zmielonego ryżu to dodać jeszcze 1/2 szklanki)

Po wymieszaniu składników należy ocenić jej gęstość. Nie może spłynąć z bochenka. W razie problemu trzeba dodać trochę mąki.
Pastę (najlepiej ręką) wyłożyć po trochu na bochenek, delikatnie rozsmarowując tak, aby pokryć jego powierzchnię (oprócz spodu). Odstawić chleb do ponownego wyrośnięcia na jakieś 20 min. W tym czasie nagrzać piekarnik do 200 stopni C.
Piec z parą 10 min w 200 stopniach, a następnie 50 min w 180. Po upieczeniu postukać w dno ( powinien być głuchy odgłos), odstawić na kratkę do ostygnięcia.
Przepis dołączam do PANISSIMO




Migawki z Amsterdamu.

Migawki z Amsterdamu.

Dziś trochę wspomnień z czasów kiedy "raczkowałam" w fotografii. Wybrałam tylko kilka zdjęć, bo reszta nie nadaję się ;) i mam nadzieję, że choć trochę oddam klimat miasta.

Rybne molee czyli aromatyczne curry.

Rybne molee czyli aromatyczne curry.

 

Rybne molee czyli curry z kardamonem, goździkami, cynamonem, chili i mleczkiem kokosowym


... nie tylko, bo znajdziecie w tym daniu również szalotkę, czosnek, imbir, kurkumę i limonkę. Danie jest proste, pyszne i szybkie w wykonaniu. Przypomina ono smaki Kerali  przez pikanterię i mleczko kokosowe charakterystyczne dla południowych Indii.

Składniki (na trzy porcje):

olej
3 szalotki
3 goździki starte w moździerzu
ziarnka czarnego kardamonu starte w moździerzu
laska cynamonu
liść laurowy
4 posiekane ząbki czosnku
4cm korzeń imbiru, pokrojony w drobniutką kostkę
papryczka chilli
łyżeczka chili w proszku
łyżeczka kurkumy
pół łyżeczki mąki rozpuszczonej w zimnej wodzie
sól do smaku
2-3 filetów ryby o białym ścisłym mięsie (ok. 600-700 gram)
150 ml mleczka kokosowego
sok z połowy limonki

Wykonanie:

Rozgrzewamy olej na patelni, po czym smażymy pokrojoną w piórka szalotkę na brązowo. To ważne, musi być dobrze skarmelizowana, bo wpływa to na ostateczny smak dania. Zajmie Wam to około 10 minut.

Następnie dodajemy goździki, kardamon, laskę cynamonu i liść laurowy. Smażymy minutę.

Dodajemy imbir i czosnek oraz chili i kurkumę. Smażymy kolejną minutę, po czym dodajemy rozpuszczoną w wodzie mąkę.

Filety ryby kroimy na spore ok. 5cm kawałki. Solimy. Wrzucamy na patelnię i wlewamy ok.150ml wody, tak by ryba była częściowo przykryta. Zmniejszamy ogień i gotujemy 3 minuty. . Dodajemy teraz mleczko kokosowe, mieszamy i gotujemy kolejne 2 minuty. Ostateczny czas gotowania uzależniony jest od grubości filetów. Uważajmy jednak, by ryby nie rozgotować.

Na koniec dodajemy sok z około połowy limonki. Spróbujmy, czy uzyskaliśmy równowagę między pikantnym i kwaśnym smakiem.

Danie podajemy z gotowanym ryżem basmati.
Normandzki chleb jabłkowy.

Normandzki chleb jabłkowy.

Chleb w sam raz na czas jabłkowych zbiorów. Po powrocie z Normandii pozostał jeszcze skromny zapas cydru. Przepis  z książki Jeffreya Hamelmana "Chleb", a wszystko za sprawą zaproszenia Amber  z blogu "Kuchennymi drzwiami" do wrześniowej piekarni i pomysłu Kamili z Ogrodów Babilonu. Przepis dołączam do wrześniowej listy NA ZAKWASIE I NA DROŻDŻACH.

Normandzki chleb jabłkowy


Składniki na dwa bochenki, każdy o wadze ok. 700g:

levain:
160 g mąki chlebowej
100 g wody
30 g zakwasu (u mnie zakwas żytni)

Składniki zaczynu dokładnie wymieszać, przykryć i zostawić w temperaturze pokojowej na 12 godzin.

ciasto chlebowe:
650 g mąki pszennej chlebowej
90 g mąki pszennej razowej
210 g wody
310 g cydru jabłkowego
20 g soli
5 g drożdży instant
140 g suszonych jabłek
levain (minus 2 łyżki)

Włożyć do dzieży wszystkie składniki, z wyjątkiem jabłek i mieszać przez 3 minuty, aż otrzymamy ciasto o średniej gęstości. Następnie wyrabiać ciasto jeszcze 3 minuty, aby rozwinąć siatkę glutenu. Dodać suszone jabłka i wyrabiać tylko tyle, aż równomiernie się rozmieszczą w cieście.

Ciasto włożyć do miski, przykryć i pozostawić do wyrośnięcia od 1 do 2 godzin. Jeśli fermentacja wstępna będzie trwała 2 godziny, to należy złożyć ciasto po pierwszej godzinie.

Ciasto podzielić na porcje i uformować bochenki o okrągłym lub podłużnym kształcie, zostawić pod przykryciem do wyrośnięcia od 1 do 1,5 godziny.

Chleb piec przy normalnej ilości pary w temperaturze 230° C przez 15 minut, i w temperaturze 225° przez 25 minut, aby zapobiec nadmiernemu ściemnieniu cukru w jabłkach i cydrze.

Moje uwagi:
Chleb bardzo smaczny, zwłaszcza jabłka (których dałam mniej niż w przepisie bo ok. 80 g) smakują jak rodzynki w cieście. Ciasto dość zwarte dobrze dało się formować i szybko wyrastało. Łatwo też było chleb naciąć.

Dziękuję Amber i Kamili za pomysł i wspólny czas :)
Blogi biorące udział we wrześniowej piekarni :

Z kartoflanego pola

Przepis dodaję do PANISSIMO



Normandia - cydr, poiré i sery.

Normandia - cydr, poiré i sery.

Dziś trochę kulinarnych wspomnień z Normandii...

Cydr to taki trunek, który w letnie, słoneczne dni działa na człowieka niezwykle odświeżająco. I choć synonimem świeżości wciąż pozostaje woda, to ziemskie przyjemności kojarzą się z czymś innym. Co prawda gorące letnie dni są już za nami, ale sezon na produkcję tego napoju właśnie się zaczyna. Dlaczego? Bo dojrzały jabłka.


Grzybowe cappuccino.

Grzybowe cappuccino.


Mieszkanie przy ścianie lasu traktujemy jak przywilej. Korzystamy z niego zawsze kiedy mamy czas, a weekendy bez względu na porę roku udajemy się na długi spacer. Teraz, kiedy w lasach jest obfitość grzybów i w "naszym", głównie bukowym lesie też można nazbierać małe co nieco, chętnie przygotowujemy grzybowe dania. Mieszanka koźlarzy, prawdziwków i podgrzybków to pyszne połączenie. Dziś zapraszamy na naszą ulubioną grzybową zupę-krem. Pomysł na taką formę zaczerpnęliśmy z warsztatów z Pascalem Brodnickim.

Grzybowe cappuccino


Konfitura figowo - śliwkowa czyli moje "opium" w nowej wersji.

Konfitura figowo - śliwkowa czyli moje "opium" w nowej wersji.

Konfitura powstała na bazie dwóch przepisów Bei - mojego ulubionego dżemu figowego z pomarańczową nutą oraz powideł śliwkowych z różą, kardamonem i cynamonem, które są moim zeszłorocznym "odkryciem". Powidła śliwkowe uwielbiam. Zwyczaj ich robienia wyniosłam z rodzinnego domu. Odkąd jednak dodałam do nich wodę różaną, kardamon i cynamon nabrały innego smaku i nie ma dla mnie lepszej ich wersji. Choć mój wkład jest w pomysł niewielki to przyznam, że jest to dla mnie taki hit kulinarny iż uważam, że muszę się nim podzielić z czytelnikami Akacjowego Bloga.


Składniki na 5 małych słoiczków:
1,5 kg śliwki dąbrowickiej lub węgierki,
1 kg dojrzałych fig,
350 g cukru (lub więcej),
3-4 strączki zielonego kardamonu,
3 łyżki wody różanej,
1/2-1 łyżeczki cynamonu,
skórka kandyzowana z 1 dużej pomarańczy wraz z syropem ze smażenia

Śliwki umyć, wypestkować, posypać połową cukru, wymieszać i odstawić na godzinę. Figi umyć, odkroić ogonki i podzielić na 4-8 części (w zależności jak duże są figi). Posypać pozostałym cukrem, wymieszać i odstawić na godzinę tak jak śliwki.

Konfitury smażyć w dużym rondlu (ja to robię na dużej i głębokiej teflonowej patelni) aż odparuje sok i nabiorą gęstości. W przypadku śliwek odcedzam po wstępnym gotowaniu owoce i redukuję sok do gęstego syropu. Następnie łączę odcedzone owoce z syropem i gotuję do osiągnięcia właściwej gęstości.

Gdy konfitury są usmażone, łączę śliwkowe i figowe razem, mieszam i doprawiam. Ziarenka kardamonu wyjmuję ze strączków i ucieram w moździerzu, dodaję do konfitur tak jak i pozostałe składniki. Mieszam i próbuję, żeby zrównoważyć smak. Przegotowuję i odstawiam do ostygnięcia np. na noc. Próbuję i ewentualnie dosmaczam.

Pasteryzuję słoiki z konfiturami wg. sposobu Bei. Przygotowane słoiki wkładam do zimnego piekarnika. Nastawiam na 120 stopni i po osiągnięciu temperatury przez 20 minut w piekarniku nagrzanym do 120 stopni wyparzam słoiki i zakrętki. Następnie napełniam słoiki gorącą konfiturą i pasteryzuję kolejne 20 minut w podanej wyżej temperaturze.

Smacznego :)
Tarta z figami, ricottą i miodem.

Tarta z figami, ricottą i miodem.



Składniki na tartę o średnicy 24 cm:

na ciasto:
125 g mąki pszennej krupczatki,
75 g zimnego masła,
25 g zmielonych migdałów,
szczypta soli,
2-3 łyżki zimnej wody,

na wypełnienie:
500 g sera ricotta,
4 żółtka,
80 g drobnego cukru,
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii,
2 łyżki miodu (dodałam z kwiatów pomarańczy),
2 łyżki likieru pomarańczowego
4-5 dojrzałych fig
po 1/2 łyżeczki miodu na każdą porcję ciasta

Przygotować foremkę do tarty. Składniki na ciasto zagnieść szybko w jednolitą masę (u mnie za pomocą melaksera). Ciasto rozwałkować, wyłożyć foremkę do tarty dobrze dociskając do dna i boków. Schłodzić pół godziny w lodówce, po czym piec ciasto nakłute widelcem i obciążone 15 minut w 190 stopniach. Po tym czasie usunąć obciążenie i piec jeszcze 5 min.
W czasie gdy ciasto piecze się przygotować wypełnienie. Ricottę odcedzić jeśli oddzielił się płyn, dodać żółtka, miód, cukier, likier, ekstrakt z wanilii i całość ręcznie lub mikserem utrzeć na gładką masę.
Po 20 minutach pieczenia wylać masę na podpieczony spód i piec 30-35 minut do zrumienienia się wierzchu. Ciasto po upieczeniu ostudzić, wyłożyć plastrami fig (można je podgotować w syropie, ale jeśli są dojrzałe i słodkie to nie ma potrzeby), pokroić na porcje i przed podaniem delikatnie polać miodem. Smacznego :)
(przepis z inspiracji Sarah Banbery)
Figi zapiekane z kozim serem, boczkiem i piniolami.

Figi zapiekane z kozim serem, boczkiem i piniolami.

To pyszna i szybka w zrobieniu przekąska. Jak mało które danie nie wymaga żadnych przypraw. Nie podaję ilości, bo wszystko zależy na ile osób planujemy przystawkę. Myślę, że 4 porcje na osobę są wystarczające. Jeśli ma to być kolacja to ilość należy zwiększyć.


Figi zapiekane z kozim serem, boczkiem i piniolami 



Wytrawna tarta z figami.

Wytrawna tarta z figami.


Czekam na sezon figowy cały rok. Zwykle owoce te pokazują się w sklepach z początkiem września (choć oczywiście można je dostać o różnych porach - ale nie w dobrej cenie i w takiej ilości jak teraz).
Za figami przepadam. Poza tym warto je jeść ze względu na ich właściwości - mają dużo wapnia, żelaza, fosforu i  magnezu, działają przeciwutleniająco i przeciwzapalnie :) Dzięki temu polecane są osobom z osteoporozą i chorobami układu krwionośnego, dla tych którzy mają podwyższony cholesterol czy nowotwory. Są też bogatym źródłem  prowitaminy A oraz witamin C, B1, B2, B6, PP. Są też pysznym składnikiem wielu potraw na słodko i słono. Zatem do dzieła ...


Tarta z figami, kozim serem i orzechami
włoskimi




Madera - podniebna perspektywa.

Madera - podniebna perspektywa.

Dziś zapraszam Was do krainy, gdzie rosną moje ulubione owoce - figi. Nie będzie to jednak wędrówka po sadach. Wręcz przeciwnie - to będzie zupełnie inna perspektywa patrzenia, w większości podniebna. Pokażę Wam to co najbardziej zachwyciło mnie w tej powstałej miliony lat temu wyspie.


Paryż - w sklepie E. Dehillerin.

Paryż - w sklepie E. Dehillerin.

Dziś chciałam Wam pokazać  prawdziwie niebezpieczne miejsce w stolicy Francji ;)


Najbardziej niebezpieczne jest ono dla naszego portfela. To sklep E. Dehillerin, który sprzedaje naczynia kuchenne dla profesjonalistów i fascynatów sztuki kulinarnej od 1820 roku. Od 1880 roku funkcjonuje nieprzerwanie pod numerem 18 i 20 rue Coquillière.


W środku sklepu ma się wrażenie, jakby to był magazyn, albo sklep z narzędziami z dawnych czasów. Ma jednak swój logiczny układ i można tam spędzić mnóstwo czasu, żeby obejrzeć wszystko, łącznie z małymi gadżetami poukładanymi w tekturowych pudełkach.


Mnie zachwyciły miedziane garnki. Kiedyś marzyłam o takim do smażenia konfitur, ale nigdzie nie mogłam dostać na indukcję. Tu było ich całkiem sporo, ale teraz doszłam do wniosku, że dobra patelnia powinna mi wystarczyć ;D


Po "zwiedzeniu" sklepu stwierdziłam, że nic mi nie jest potrzebne ;D


i opuściłam go bez żalu.


Gdybyście jednak czegoś potrzebowali, a nie wybieracie się do Paryża, to uprzejmie donoszę, że jest również sklep internetowy klik. Nie kupimy tam jednak wszystkiego, co jest w sklepie stacjonarnym. W sprzedaży są głównie garnki i naczynia do pieczenia i gotowania.
Poza tym polecam Wam wpis D. Lebovitza na jego blogu klik. Miejsc gdzie można "poszaleć" jest znacznie więcej. Oboje  z Piotrem przezornie wybraliśmy się tylko w to jedno.

Francuskie bagietki i zaproszenie do wrześniowej akcji "Na zakwasie i na drożdżach".

Francuskie bagietki i zaproszenie do wrześniowej akcji "Na zakwasie i na drożdżach".

Od początku kibicuję akcji prowadzonej przez Wislę " Na zakwasie i na drożdżach". Teraz kiedy zostałam obdarzona zaufaniem poprowadzenia wrześniowej listy...poczułam ciężar odpowiedzialności za to przedsięwzięcie. Mam nadzieję, że sprostam zadaniu. Szczegółowe zasady akcji można przeczytać u autorki.

Jeśli wykonacie we wrześniu wypiek na zakwasie, drożdżach lub wypiek przaśny bez spulchniaczy -
  • dodajcie tam baner ze strony Wisly,
  • podlinkowaną informację o tym, że wypiek bierze udział we wrześniowej liście  "Na zakwasie i na drożdżach"  prowadzonej  przez Akacjowy blog,
  • zgłoście swój przepis wykorzystując formularz zamieszczony w zakładce na głównej stronie Akacjowego bloga "Na zakwasie i na drożdżach" widocznej u góry KLIK.
Ponieważ Akacjowy blog to blog kulinarno- podróżniczy, chciałam Was bardzo serdecznie zachęcić do poszukiwania nowych przepisów. W tym celu zrobiłam słowniczek różnych wypieków na zakwasie i na drożdżach, które powstają w różnych rejonach świata. Nazwy wypieków są aktywne. Większość wyjaśnień nazw pochodzi z Wikipedii. Jeśli nie było wyjaśnienia terminu w języku polskim, znajdziecie je w języku angielskim. Do niektórych tylko nazw podpięte są linki do przepisów. Jeśli uzbiera nam się grupa wypieków międzynarodowych, to sporządzę z nich oddzielną część listy. Poza tym ten słowniczek jest otwarty, jeśli chcecie coś do niego dodać napiszcie w komentarzu, a ja uzupełnię spis :)

Albania - chickpea,
Anglia - bara brith, cottage loaf, crumpet, muffinki,  
Armenia - lawasz
Australia - damper,
Austria - kajzerka
Boliwia sopaipilla,
Brazylia - cazabe
Bułgaria - mekici,
Chile - hallulla, marraqueta,
Chiny - baozi
Czechy mazanec,
Dania - rugbrød,
Egiptaish merahrah
Etiopia - himbasha,
Filipiny - pan de sal,
Finlandia - kalakukkosekaleipä, pulla
Francja - bagietka, brioche, croissantfougasse,
Grecja - christopsomo, tsoureki,
Gruzja - chaczapuri,
Hiszpaniapan de payés, pan gallego
Holandiachleb tygrysi, ontbijtkoek, kerststol/paasstol, oliebol, worstenbroodjes
Indiećapati, naan,
Iran - sheermalbarbari breadlawasz, sangak 
Irlandiabarmbrack,
Islandialaufabrauð,
Izraelbajgel, chałka
Japoniaanpan, chleb ryżowy,
Kazachstan –  shelpek,
Litwa – chleb litewski, chleb wileński, bociu
Meksyk - bolillos
Niemcydampfnudelpumpernickel, mischbrot
Norwegia – knekkebrød 
Polskaspis polskiego pieczywa u Marcina
Portugalia - broa de Avintes,
Rosja –  borodinsky, chleb radzieckiego żołnierza, korowaj,rosfora
Serbiačesnica, pogača 
Słowacjalangoš, trdelník,
Stany Zjednoczonecornbread,
Szkocjaplain loaf,
Szwajcaria - chleb watykański, pane ticinese, zopf,
Szwecja – tunnbröd, semla, kanelbulle
Turcjapita
Tybet - tingmo,
Ukrainawatruszki,
Węgry - kenyér, kifli
Wietnam - banh my tai
Włochy – ciabattafocaccia, schiacciata.


Na wrześniowy początek listy przygotowałam francuskie bagietki. To jeden z najbardziej rozpoznawalnych wypieków, popularny i ceniony, a zarazem w tej  kuchni dość skromny. Francuzi mają szczególny stosunek do pieczywa, gdyż dodają go do każdego podstawowego dania, a w domu czy restauracji zwykle pojawia się też na początku posiłków. Po wielu próbach wypiekania bagietek mam takie, które szybko i łatwo można zrobić, mają chrupką skórkę i delikatny, puszysty miąższ, a na dodatek nic nie tracą ze swoich walorów smakowych następnego dnia.


Bagietki