Jesienny, dyniowy czas...na bułeczki i chia pudding.

Jesienny, dyniowy czas...na bułeczki i chia pudding.

Ostatni tydzień października mija nam w pięknych barwach jesieni i w kulinarnym towarzystwie dyń. Od kilku już lat Bea zaprasza blogerów  do udziału w FESTIWALU DYNI. My również z przyjemnością włączamy się do akcji. To bardzo rozwijająca i inspirująca inicjatywa :) Dzięki niej coraz więcej wiemy o tych wspaniałych i jakże różnorodnych warzywach, które chętnie stosujemy w akacjowej kuchni :) 
W tym roku mamy dwie propozycje : bułeczki i  deser, który równie dobrze może być spożyty jako śniadanie czy  przekąska. Bułeczki mają piękny kolor i kształt, ale można je również upiec w tradycyjnej formie.  Przekrojone w poprzek na cienkie kromki wyglądają jak kwiaty. Można je też podzielić wzdłuż na segmenty i jeść jako dodatek do dań z sosem itp.


Bułeczki jak dynie


Kokosowe curry z krewetek. Jedziemy na słynny targ rybny w Mumbaiu.

Kokosowe curry z krewetek. Jedziemy na słynny targ rybny w Mumbaiu.

Dania z ryb i owoców morza należą do naszego ulubionego menu. Przyrządzamy je nierzadko, równie często jemy podczas podróży. Dziś opowiemy o niezwykłym miejscu. Amator ryb i owoców morza poczuje się jak w raju. Miejsce to egzotyczne, pełne życia i buzującej energii, a oferowane produkty nie mogą być już świeższe. Bo trafiają prosto z morza.

Zanim odwiedzimy największy (choć nie jedyny) rybny targ w Mumbaiu ugotujmy aromatyczne curry z krewetek. Po raz kolejny posiłkujemy się doświadczeniem Ricka Steina, który w serii programów o Indiach poznawał składniki, techniki gotowania i historyczne uwarunkowania związane z przygotowywanym posiłkiem. To proste, choć historycznie dość złożone danie. Pochodzi z północno-zachodnich rejonów Bengalu. Ma w sobie wpływy malajskie. Co więcej, dziś spotyka się je również we wschodnich, nadmorskich rejonach Indii. Trudno, żeby było inaczej, jeśli składa się między innymi z krewetek, mleczka kokosowego i całego mnóstwa aromatycznych warzyw i przypraw.


Chingri malai kari - kokosowe curry z krewetek 


Chleb z lawendą, miodem i orzechami laskowymi - świętujemy Światowy Dzień Chleba wspominając angielski rejon Cotswold.

Chleb z lawendą, miodem i orzechami laskowymi - świętujemy Światowy Dzień Chleba wspominając angielski rejon Cotswold.

Bardzo cenimy sobie domowy chleb i z przyjemnością celebrujemy Światowy Dzień Chleba ustanowiony przez Międzynarodowy Związek Piekarzy i Cukierników. Tym samym włączamy się do akcji ZORRY-WORLD BREAD DAY Bloggerzy z różnych krajów wypiekają chleb specjalnie  na tę okazję i zgłaszają to na jej blogu. Jest to zatem jednocześnie miejsce, do którego warto zaglądać w poszukiwaniu  inspiracji.
W pieczeniu chleba ciągle korzystam ze sprawdzonych przepisów. Sama niewiele eksperymentuję, ale czasem zdarzy mi się coś stworzyć na bazie już przetestowanych receptur. Tym razem wykorzystałam jako podstawę pomysł Wisly na chleb pytlowy, który nieustająco jest naszym ulubionym codziennym chlebem. Jego wykonanie jest tak proste, że już chyba prościej być nie może ;D Jednak skoro jest święto postanowiłam urozmaicić klasyka i wzbogacić jego smak dodatkami. Przypomniał mi się pyszny chleb na drożdżach z miodem i lawendą, który kiedyś dostałam od Wisly. Dodałam jeszcze jeden składnik-orzechy laskowe, którymi nie mogę przestać się zajadać. Teraz przecież są najlepsze :) W ten sposób powstał pomysł na dzisiejszy chleb.


Chleb żytni na zakwasie z suszonymi kwiatami lawendy, miodem i orzechami laskowymi



Zaczyn:

130 g aktywnego żytniego zakwasu, dokarmionego dzień wcześniej
270 g mąki żytniej typ 720 (pytlowej)
260 g wody

Wszystko razem wymieszać i zostawić pod przykryciem na ok. 14 godzin.

Masa chlebowa:

cały zaczyn
270 g mąki żytniej pytlowej
130 g maki pszennej chlebowej
250-60 g wody
1 łyżeczka soli
1 łyżka suszonych kwiatów lawendy
40 g płynnego miodu (dałam lawendowy)
50 g łuskanych orzechów laskowych, grubo posiekanych

World Bread Day 2015 (October 16)Do miski wlać wyrośnięty zaczyn, przesiać mąkę, dolać wodę, miód, dodać pozostałe składniki i wymieszać łyżką do połączenia składników. Foremkę o wymiarach wewnętrznych 23 x 12,5 cm lub podobnych wyłożyć papierem do pieczenia i wysmarować cienko jego powierzchnię olejem. Wyłożyć masę do foremki i wierzch wygładzić zmoczoną w wodzie dłonią. Odstawić chleb do wyrośnięcia na ok. trzy godziny (pod przykryciem). Piec 20 min. w temperaturze 230 stopni i kolejne 20 min w temperaturze 210 stopni. Po upieczeniu chleb należy odstawić do ostygnięcia i dojrzewania na kilkanaście godzin.

Spis chlebów po akcji można znaleźć u Zorry TU


 ***


W chlebie użyłam suszone kwiaty lawendy, ale jeśli macie ochotę popatrzeć na kwitnącą to przypominam, że mamy na blogu dwa wpisy z Prowansji pokazujące lawendowe pola : TU i TU. Podczas ostatnich wakacji ku naszemu zaskoczeniu natknęliśmy się na uprawę lawandyny w Anglii, w sąsiedztwie małej miejscowości Snowshill, w rejonie Cotswolds, w hrabstwie Gloucestershire.

Uprawie lawandyny, czy różnych odmian lawendy  sprzyja tu wapienna gleba i odpowiednia wysokość nad poziomem morza.


Niestety w przeciwieństwie do Prowansji, pola są tu ogrodzone. Pojawiliśmy się tam w porze żniw i niewiele pozostało już do oglądania, choć to i tak sporo później niż w Prowansji. Jednak ze względu na różnice klimatyczne to oczywista sprawa.


Oprócz lawendy jest tu sporo innych pięknych kwiatów :)


Odwiedziliśmy urokliwe Snowshill, które zachowało swój oryginalny wygląd z dawnych lat, zupełnie jakby czas stanął w miejscu.


Najbardziej podobało nam się to, że jest nieskomercjalizowane i praktycznie brak tam turystów.


Stuletnie domy są dobrze utrzymane, a miejscowość liczy 164 osoby.


Dawniej miejsce to było znane z tego, że zamieszkiwał je ekscentryczny artysta Charles Paget Wade, kolekcjoner staroci i właściciel lokalnego majątku.


Podczas spaceru trudno było nam kogoś spotkać. Kilka osób kręciło się w głównym miejscu, które stanowi wiktoriański kościół św. Barnaby.
  
 

Został zbudowany w 1864 roku przez nieznanego architekta, a jego koszt wyniósł 1700 funtów. Na zwieńczenie wieży nie starczyło już pieniędzy.



 Może zainteresuje to wielbicieli filmu, że właśnie w Snowshill kręcono sceny do filmu "Dziennik Bridget Jones", które pojawiają się zaraz na początku, kiedy to zimą, na święta Bridget przyjeżdża do rodziców, gdzie po raz pierwszy spotyka Marka Darcy.
Po spacerze ruszyliśmy ok. 5 km dalej w kierunku wsi Broadway. Po drodze spotkaliśmy "czarne głowy" chowające się przed słońcem, choć wcale nie było gorąco.


No ale my takich pięknych kożuszków nie nosimy.


Tu w paśmie wzgórz Cotswold podziwialiśmy wieżę zaprojektowaną przez Jamesa Wyatta, zbudowaną w 1797 roku, jako przykład neogotyckiej architektury.


Wysoka na 20 metrów Broadway Tower  przyciąga rzesze turystów. Niemniej warta jest zobaczenia, a przy odrobinie szczęścia można spotkać tu innych gości niż ludzi.


Tarta z leśnymi grzybami i syndrom pustego gniazda.

Tarta z leśnymi grzybami i syndrom pustego gniazda.

Spieszcie się ze zrobieniem tej tarty, jest kwintesencją jesiennych smaków. Grzyby stanowią dla nas pewnego rodzaju pociechę, po tym jak las opustoszał :) Ptaki odleciały już pod koniec sierpnia :) Początkowo czuliśmy się  opuszczeni, ale powoli wracamy do równowagi ;) Poza tym zostały zdjęcia   i oczekiwanie na kolejną wiosnę ...a czas pędzi nam ostatnio bardzo szybko.

Tarta z leśnymi grzybami


składniki na foremkę o wymiarach zewnętrznych 35cm x 11cm

Składniki na ciasto:
135g maki pszennej (najlepiej krupczatki)
70g zimnego masła
50g zmielonych orzechów włoskich
1 żółtko
2-3 łyżki zimnej wody
1/4 płaskiej łyżeczki soli


Składniki na wypełnienie:
400g leśnych grzybów
1łyżka świeżych listków tymianku
75g sera z niebieską pleśnią (dorblu)
2  nieduże szalotki
100 g śmietany kremówki
1 nieduże jajo
sól, pieprz
masło

Orzechy zmielić w melakserze. Wszystkie składniki na spod tarty szybko zagnieść (w razie gdyby ciasto okazało się mało spójne dodać ciut więcej wody niż jest w przepisie), uformować w kulę, zawinąć w folię i wstawić na godzinę do lodówki. 
Po tym czasie włączyć piekarnik na 180 stopni, rozwałkować ciasto i wyłożyć nim wysmarowaną wcześniej foremkę. Nakłuć widelcem, wyłożyć pergaminem, obciążyć (ja używam ceramiczne kulki, ale to może być groch czy fasola)  i piec ok. 10 min, następnie usunąć papier z obciążeniem i piec jeszcze 5 min.

Oczyszczone grzyby pokroić jak do duszenia. Szalotkę drobno posiekać. zeszklić na maśle, dodać grzyby i usmażyć. Na koniec doprawić solą, pieprzem i dodać oberwane z gałązek listki tymianku (można je zastąpić 1 łyżeczką tymianku suszonego). Jajko rozbić widelcem na jednolitą masę, dodać śmietanę i wymieszać z jajem. doprawić solą i pieprzem. Usmażone grzyby ułożyć na podpieczonym spodzie, na wierzch wylać masę śmietankowo-jajeczną. Wyrównać całość i na wierzch, lekko wciskając do środka, ułożyć pokruszone kawałki sera. Posypać z wierzchu listkami tymianku i piec 20 min. w 180 stopniach.
 ***
Wiosna zaczęła się dla nas od przylotu zięb, dlatego o nich napiszę w pierwszej kolejności. Nad koronami drzew obserwowaliśmy wieczorami jak przelatywały całe grupki. Zaraz potem zrobiło się przyjemnie głośno.


Trudno powiedzieć nam czy były to samce czy samice. Samiczki odlatują dużo dalej na południe niż samce, wracają więc w oddzielnych grupach. Z tego co wyczytałam w fachowej literaturze, w akcji liczenia zięb wzdłuż wybrzeża Bałtyku, w szczycie wędrówki przelatywało do miliona osobników...dziennie!


Czy wiecie, że zięby są najpospolitszymi łuszczakami nie tylko w Polsce, ale i w Europie.


Zięby są według A. Kruszewicza mistrzami koegzystencji. Żyją w zgodzie z innymi gatunkami ptaków, bo są bardzo uważne i szybo ostrzegają przed kimś nowym, czy wrogiem.


Traktowane są zatem jako pożyteczny sąsiad w terenie. Gorzej jest z robieniem zdjęć ptakom, wtedy zięby potrafią szybko wypłoszyć nam podglądany "obiekt".


Cechują je również różne dialekty. Podobno zięby polskie śpiewają nieco inaczej niż. np. niemieckie.


Ich obecność w lesie sprawia nam dużo radości. Rozpoznajemy ich śpiew, choć czasem bywa zmienny. Charakterystyczny jest szczególnie rodzaj śpiewu zwany "wołaniem o deszcz" klik, który przypomina trochę głos dużego świerszcza. W każdym  razie tak zięby śpiewają, gdy ma się zmienić pogoda na gorszą.


Oczywiście śpiewem zajmują się panowie, panie po przylocie biorą się  za budowę gniazda. Dobrze zamaskowane zlewa się z otoczeniem i niełatwo je wypatrzeć.


Wysiadywaniem też zajmuje się wyłącznie samiczka. Samiec towarzyszy jej  z daleka, by nie dopuścić  konkurencji (kiedyś widzieliśmy na zwalonym pniu drzewa walczące samce, oj było groźnie). Po wykluciu się młodych dolatuje z pokarmem. Gdy ktoś się zbliża, ostrzega ją i samica opuszcza gniazdo, żeby nie zdradzić miejsca  ptasiego domu. Dlatego to zdjęcie jest dla nas wyjątkowo cenne.


Zięby choć są łuszczakami i lubią różne nasiona, w okresie lęgowym polują - jak ta samiczka - na drobne owady, będące świetnym źródłem białka.
Nietrudno w "naszym" lesie trafić wiosną na taki widok - rodziców z młodymi. Za to dużo trudniej zobaczyć ziębę w kąpieli, a jeszcze trudniej to sfotografować.
Sporo  tu strumieni, przypominających spotykane w górach. W takich właśnie okolicach można wypatrzeć sporo ptaków.
Na początku września w lesie nie widzieliśmy już żadnych zięb, choć o nie naprawdę nietrudno. Teraz znów się pojawiły w małych grupkach. Podejrzewamy, że te "wiosenne" odleciały, a pojawiły się nowe ze Skandynawii. Jednak to tylko nasze podejrzenia oparte na literaturze. Trudno przewidzieć czy zostaną na zimę, bo to dla nich spore ryzyko, ale z naszych obserwacji wynika, że ryzykanci zdarzają się.
  
Dołączają czasem do stad innych ptaków. W naszym lesie obserwujemy zimą zięby w małych grupach kilkunastu osobników, ale widujemy również zięby w grupach sikorek.
Aromatyczna goleń jagnięca i północny kraniec Brytanii.

Aromatyczna goleń jagnięca i północny kraniec Brytanii.

Są dania, do których chętnie wracamy, ba nawet nam tęskno za nimi. Gdy nadchodzi jesień lubimy robić nasze sprawdzone przepisy na potrawy mięsne. Bez wątpienia nie ma jesieni bez Boef Bourgignon, Bobotie, Ossobuco czy dania, które dziś prezentujemy na blogu autorstwa  Nigelli Lawson. Aromatyczne, rozgrzewające, połączone z dodatkiem warzyw zapewniają prawdziwy wachlarz smakowych doznań. Najlepsze są  po odgrzaniu, gdy smaki przegryzą się. Warto poszukać tego mięsa w sklepach. My kupujemy zawsze mrożone i dajemy spokojnie mu odtajać w lodówce. Zrobione dzień wcześniej przed spożyciem nabierze głębi smaku. Polecamy :)


Aromatyczna goleń jagnięca


porcja dla 6 osób

6 goleni (z kością po ok. 400 g każda)
6 łyżek oleju arachidowego lub innego roślinnego
2 duże cebule
4 duże ząbki czosnku
1 łyżka kurkumy
1-1,5 cm świeżego imbiru drobno startego
1 suszona, pokruszona papryczka chili
2 łyżeczki cynamonu
1/4 łyżeczki startej gałki muszkatołowej
3 łyżki miodu
1 łyżka sosu sojowego
3 łyżki porto/sherry/Marsali
6 łyżek czerwonej soczewicy
bulion lub woda
czarny pieprz
sól
ew. do dekoracji 3 łyżki posiekanych pistacji/migdałów(niekoniecznie)

Obrać cebule i czosnek, a następnie je zmiksować. W dużym garnku z grubym dnem, na rozgrzanym oleju obsmażyć gicze. Te usmażone odłożyć. Na olej wylać cebulowo-czosnkowa masę, podsmażyć, następnie dodać sól i przyprawy. Wymieszać i podsmażyć masę, dodać miód, sos sojowy i porto. Na przygotowaną masę włożyć usmażone golenie i dodać bulion w takiej ilości, żeby przykrył  mięso. Doprowadzić do wrzenia, a następnie zmniejszyć grzanie  i gotować na wolnym ogniu, aż mięso zmięknie (ok. 1,5-2 godz.). Na koniec dodać opłukaną soczewicę i gotować bez przykrycia, aż soczewica zmięknie, a sos zgęstnieje (gdy jest gotowy, wyjmuję mięso i miksuję "żyrafą" sos na gładko, ale nie jest to konieczne). Jeśli chcemy dodać do dania orzeszki, to należy je przyrumienić na suchej patelni.  Podawać mięso z ziemniakami, kuskusem, ryżem...z czym kto lubi :)


***



Skoro dziś o jagnięcinie, to wspominamy Szkocję, w której owce są nieodłącznym elementem krajobrazu. Dziś o zakątku, gdzie jest ich znacznie więcej niż ludzi, najsłabiej zaludnionym obszarze wyspy Brytanii-północnej Szkocji zwanej Sutherland. Nazwa  w jakimś sensie przewrotna - południowy ląd - pochodzi z czasów Wikingów i przez nich była określana jako położona na południe, w stosunku do Orkad i obecnego hrabstwa Caithness (zdjęcie z Wikipedii).
Mieszkając przez tydzień w okolicach Drumbeg, ruszyliśmy któregoś pięknego dnia, by zobaczyć kraniec Brytanii. Drogi im dalej na północ, tym węższe i normalnością stają się tzw. single road  z mijankami. Za to przestrzeń, którą można podziwiać dookoła zachwyca swą wielkością i paletą barw zieleni i brązu.




Naturalnie rosnące drzewa to tu wielka rzadkość, za to można zobaczyć posadzone ludzką ręką lasy (jak ten po drugiej stronie drogi na zdjęciu poniżej), które potem wycina się w całości. To dość częsty widok w Szkocji.


Nad wodą jest jeszcze bardziej kolorowo.


Docieramy do Durness, najbardziej wysuniętej na północny zachód miejscowości na stałym lądzie. Durness jest maleńkie, a dla nas największą atrakcją jest piaszczysta plaża


z ogromnymi głazami




 i malowniczymi klifami w okolicach.


To w ich sąsiedztwie rozpościera się Smoo Cave - jaskinia wymyta przez morze i strumień słodkiej wody w wapiennej skale, długa na 83 m.



Potem docieramy do miejsca, gdzie była kiedyś wieś Ceannabeinne. To ślad smutnej historii tego regionu.


Mieszkańcy tej 'kwitnącej" miejscowości stali się ofiarami przeprowadzanych w Szkocji w XVIII i XIX wieku Highland Clearances, czyli  rugów szkockich chłopów. Zmuszani, najczęściej brutalnie, przez arystokratycznych właścicieli ziem musieli opuszczać swoje domy i gospodarstwa całymi rodzinami. Zabrane im ziemie łączono i zamieniano w pastwiska.


Dziś pozostały tu jedynie resztki kamieni. Jest tu również szlak, z ciekawymi informacyjnymi tablicami o życiu i historii miejsca, który przeszliśmy w całości. Jednak piękno natury zatrzymały nas tam na dłużej.


Na zdjęciu powyżej widać po lewej stronie wyspę Eilean Hoan, dziś rezerwat przyrody, a w początkach XIX wieku jeszcze zamieszkiwaną przez wysiedlonych stąd ludzi.


Cisza, spokój, brak turystów i widoki to jak wszędzie mocne  atuty zwiedzania Szkocji.


Dziś na tych wzgórzach jest mnóstwo drobnych, wręcz miniaturowych kwiatów, których odkryto tu ponad 120 gatunków.


śród nich maleńka dzika orchidea.


Dalej jedziemy tak jak prowadzi nas tu jedyna droga, wzdłuż Loch Eriboll, nad którym robimy sobie piknik.

  
Przecinamy kolejny półwysep,


na którym króluje wełnianka


i wrzosy.


Kierujemy się na Tongue, gdzie widać ogromny odpływ.


Następnie  wracamy do Drumbeg zamykając pętlę podróży. Po drodze mijamy najczęściej tylko ślady po dawnych mieszkańcach.
  



Co nie oznacza, że nikt tu nie mieszka  :)