Ptaki Islandii - część 1. Kulinarnie dorsz a la Nage czyli tajskie oblicze ryby.

Ptaki Islandii - część 1. Kulinarnie dorsz a la Nage czyli tajskie oblicze ryby.

Rozpoczynamy kilkuodcinkowy serial ptasio-rybny. Podróżniczo opowiemy o ptakach Islandii, które udało nam się spotkać podczas ostatniego pobytu. Kulinarnie odwołamy się do kilku ostatnio degustowanych rybnych potraw, oczywiście osobiście przygotowanych.


***

Chcąc skorzystać ze sporej ilości mleczka kokosowego, które pozostało mi po poprzednim gotowaniu przez przypadek trafiłem na całkiem atrakcyjny przepis z kuchni tajskiej. Doświadczenie podpowiadało, że mleczko kokosowe stanowi raczej dodatek wykańczający danie. Tym razem okazało się być jego bazą. Przepis troszkę zmodyfikowałem i wyszedł pyszny posiłek na każdą okazję - prosty obiad, czy wykwintną kolację, przystawkę lub danie główne. Lubię tak przygotowaną rybę, bo będąc częściowo zanurzoną w płynie zarówno dusi się jak i gotuje w parze. Dzięki temu jest delikatna i lekkostrawna. Sama nazwa (a la Nage) z francuskiego oznacza rybę pływającą. Rzecz jasna w aromatycznej zupie. Może to być bulion, czy jakikolwiek inny płyn, który jest później wraz z rybą podany. Dzisiejsze danie jest szybkie i proste w przygotowaniu, a przy tym kusi bukietem smaków, któremu trudno się oprzeć.


Dorsz a la Nage na sposób tajski




Składniki (na 2 porcje lub 4 przystawki):

ok. 250 g fileta z dorsza pozbawionego skóry
1 łyżeczka nasion kolendry
sól i pieprz do smaku
1 szalotka
2-3 ząbki czosnku
ok. 2,5 cm korzenia imbiru
1 ostra papryczka
olej do smażenia
400 ml mleczka kokosowego
1 szklanka bulionu warzywnego
1 limonka
2-3 łyżki sosu rybnego
1 łyżeczka sosu ostrygowego
sos sojowy do smaku
1/2 łodygi trawy cytrynowej
chili (opcjonalnie)
cukier trzcinowy
2 łyżki liści kolendry
po 1/2 łyżeczki czarnego i białego sezamu

Wykonanie:

Przygotowujemy 2 filety z dorsza. Wykorzystujemy gruby kawałek (czasem zwany "polędwicą"), pozbawiając go skóry. 

Drobno siekamy szalotkę, czosnek, imbir, ostrą papryczkę (pozbawiając ją wcześniej nasion). Warzywa te obsmażamy na oleju przez 2 minuty. Wlewamy mleczko kokosowe, następnie bulion. Dodajemy sos rybny, sos ostrygowy, sos sojowy, wyciśnięty sok z limonki, startą skórkę z limonki oraz zgniecioną łodygę trawy cytrynowej. Gotujemy redukując płyn na małym ogniu. Doprawiamy chili jeśli chcemy uzyskać bardziej pikantny smak. Dodajemy również cukier trzcinowy w ilości pozwalającej na zrównoważenie smaku kwaśnego, słonego i pikantnego (zwykle ok. 1 łyżki). Płyn redukujemy do ok. 2/3 objętości, do konsystencji gęstej zupy - pozostanie nam zatem ok. 400-450 ml płynu. 

Nasiona kolendry ścieramy w moździerzu i nacieramy nimi dorsza. Rybę doprawiamy solą i pieprzem. Wkładamy do "zupy", przykrywamy patelnię i dusimy na małym ogniu ok. 5-8 minut (w zależności od grubości ryby). Na małej patelence prażymy ziarenka sezamu.

Składamy danie. Na głęboki talerz wykładamy ugotowany filet z dorsza. Wlewamy zupę (nie zalewając dorsza) wraz z posiekanymi warzywami. Dekorujemy prażonym sezamem, plasterkiem ostrej papryczki i liśćmi kolendry.

Danie możemy podać z zarówno jako przystawkę jak i z większą porcją ryby, jako danie główne.

***


Z gorących kulinarnie i klimatycznie rejonów Azji udajemy się na Islandię w poszukiwaniu ptaków. Dziś przyjrzymy się kilku śpiewającym. 

Oto świergotek łąkowy. Spotkaliśmy go na południowym wybrzeżu wyspy wśród rozległych pól i łąk. Ładnie pozował nam na skale wulkanicznej.



Jakieś 60 kilometrów na północny wschód znajdują się rozlewiska rzeki Þjórsá. To najdłuższa rzeka Islandii, która zasilana jest przez lodowiec Hofsjökull.



Tu zobaczyliśmy kolejnego, nieco zmokniętego świergotka, zajętego łowieniem owadów i karmieniem młodych. Przysiadywał na arcydzięglu - roślinie, którą można było spotkać wszędzie, gdzie byliśmy.



Świergotki gniazdują na terenach otwartych. Lubią łąki, torfowiska, wrzosowiska. Chętnie śpiewają zarówno podczas lotu, jak i odpoczynku.



Na Islandii w trakcie krótkiego lata mają idealne warunki. Chętnie przysiadują na kwitnących łubinach, którymi usiane są całe połacie islandzkiej przestrzeni. W okresie kiedy byliśmy nieco już przekwitały, ale sporo kwiatów mieniło się wciąż pięknymi kolorami. 



Okolice rzeki Þjórsá obfitowały w świergotki, które miały tu idealne warunki - możliwość żerowania na łąkach i dostęp do wody.






Kolejny ptak na naszej drodze to droździk. Namierzyliśmy go daleko na północnym-wschodzie wyspy, w parku narodowym Hljóðaklettar. W przeciwieństwie do swojego bardziej wyluzowanego kuzyna, drozda śpiewaka, ten jest bardziej płochliwy i niełatwo go podejść. Tym bardziej doceniliśmy Islandię, jako miejsce, gdzie ptaki jakby mniej zauważają ludzi.






Hljóðaklettar to wulkaniczny kanion, który erodował pod wpływem przeciskającej się tu rzeki Jökulsá.



Dzięki temu powstały tu fantastyczne formacje skalne w różnych kształtach, które z bliska przypominają wzory bazaltowych kolumienek, czy plastra miodu.






Mieszana roślinność, skały, woda i brak ludzi - te cechy terenu na pewno powodują dobre samopoczucie droździka.



Inny, tym razem młody droździk, zaszczycił nas w okolicach południowego brzegu jeziora, Mývatn znajdującego się w północno-wschodniej części wyspy. Był już w pełni samodzielny, bo rodzice nie pojawili się w jego okolicy.



Jedną z większych radości było spotkanie na naszej drodze śnieguły.



To ptak nieco większy od zięby, z rodziny trznadlowatych, który lubi zimno, dlatego też lato spędza daleko na północy.



Śniegułę spotkaliśmy w dość stresujących okolicznościach. Będąc na kompletnym pustkowiu w interiorze, na wschodnim krańcu parku narodowego Vatnajokull, dojeżdżając do kolejnej przeprawy rzeką zobaczyliśmy samochód, który w niej utknął. 



My też przez tą wodę mieliśmy przejechać. Czekając, aż podtopiony pojazd zostanie wyciągnięty mieliśmy dość czasu, by rozejrzeć się po okolicy. 



Śnieguła właśnie takie, otwarte, bezkresne, bezleśne, o skromnej roślinności tereny preferuje. To najdalej na północy gniazdujący ptak lądowy.



Ostatnim na dziś ptaszkiem, który chcemy dziś pokazać jest białorzytka. Należy do rodziny drozdowatych.



Spotkaliśmy ja na łąkach pełnych wulkanicznych kamieni z widokiem na wulkan Hekla. 



Rozległe tereny trawiaste z dużą ilością głazów i kamieni są idealne dla tego ptaka. Rzadko siadają na drzewach, więc te są im zbędne, natomiast korzystają z nor i różnych otworów, gdzie zakładają gniazda. Jak to na łąkach, nie brakuje owadów, które są podstawowym menu ptaka.






Keks mojej mamy na świąteczny czas...

Keks mojej mamy na świąteczny czas...


Smak tego keksu to smak mojego dzieciństwa. Mama wypiekała jego hurtowe ilości, ale to było u nas normalne. Zaletą ciasta jest prostota i szybkość wykonania oraz niezawodność. Trzeba je upiec przynajmniej dwa dni przed konsumpcją, bo wtedy osiąga swój właściwy smak i strukturę. To jest też niewątpliwa zaleta w czasie przedświątecznej krzątaniny. Bakalie możecie skomponować według Waszych upodobań.  Polecam, bo to najlepszy keks na świecie ;)


Keks mojej mamy



Składniki na jedną podłużną foremkę o wymiarach ok. 31 x 12 cm:

250 g mąki pszennej tortowej 
250 g miękkiej margaryny
250 g cukru pudru (zwykle daje mniej, ok. 170 g)
5 dużych jaj
1 łyżka spirytusu (lub innego mocnego alkoholu)
1 płaska łyżka proszku do pieczenia 
500 g bakalii (ja daję po  100 g rodzynek, suszonych wiśni,  po 70-80 g suszonych daktyli, suszonych fig, moreli i śliwek)
1-2 łyżki mąki ziemniaczanej

Rodzynki zalać wrzątkiem, odstawić. Przygotować foremkę. Bakalie - morele, śliwki, daktyle, figi  pokroić na kawałki. Rodzynki odcedzić, opłukać kilka razy, osuszyć. Bakalie, wszystkie razem w jakimś naczyniu,  posypać w mąką ziemniaczaną i wymieszać. 

Margarynę utrzeć na jednolitą masę, dodać cukier i powtórzyć czynność ucierania. Do masy dodawać po jednym żółtku i po połączeniu z masą dodać kolejne. Dodać alkohol. 

Ubić pianę z białek i delikatnie wmieszać w masę, najlepiej trzepaczką rózgową. Następnie omączone bakalie wrzucić do masy i wymieszać łyżką tyle, żeby je równo rozprowadzić.  Wlać masę do foremki i wstawić do nagrzanego do 170 stopni C piekarnika,  piec 50 minut. Po upieczeniu ciasto ostudzić i zawinąć w folię na ok. dwa dni. Wtedy nabierze odpowiedniego smaku. 

***

"Jest taki dzień, bardzo ciepły choć grudniowy,
dzień, zwykły dzień, w którym gasną wszelkie spory.
Jest taki dzień, w którym radość wita wszystkich,
dzień, który już każdy z nas zna od kołyski.

Niebo - ziemi, niebu - ziemia,
wszyscy - wszystkim ślą życzenia,
drzewa - ptakom, ptaki - drzewom,
tchnienie wiatru - płatkom śniegu.

Jest taki dzień, tylko jeden raz do roku.
Dzień, zwykły dzień, który liczy się od zmroku.
Jest taki dzień, gdy jesteśmy wszyscy razem.
Dzień, piękny dzień dziś nam rok go składa w darze.

Niebo - ziemi, niebu - ziemia,
wszyscy - wszystkim ślą życzenia,
a gdy wszyscy usną wreszcie,
noc igliwia zapach niesie."  

Słowa piosenki "Czerwonych Gitar", które napisał Krzysztof Dzikowski, a muzykę skomponował Seweryn Krajewski. Ilekroć słyszę ją w okolicach Bożego Narodzenia, mam wrażenie że ciągle brzmi świeżo i romantycznie, choć ma ponad pięćdziesiąt lat. Niech święta upłyną Wam w takiej atmosferze jak opisują to słowa piosenki. 




Krajanka piernikowa z marcepanem i powidłami śliwkowymi, dodatkowo spotkanie z żołnami.

Krajanka piernikowa z marcepanem i powidłami śliwkowymi, dodatkowo spotkanie z żołnami.

Kulinarnie nasze święta to mozaika wspomnień, które ukształtowały nas przez wszystkie lata. Chętnie wracamy do potraw z czasów dzieciństwa i do tego co wnosi kulinarnie nasza rodzina. Są też potrawy, które z racji tego jak bardzo zasmakowały zajmują poczesne miejsce na świątecznym stole. Tak jest właśnie z krajanką, na którą przepis przedstawiam poniżej. Piekę ją od ponad dziesięciu lat i choć mogłabym ją zrobić w dowolnym okresie w roku, to ciągle uważam, że to ciasto świąteczne i na nie po prostu się czeka. Przepis na krajankę znam dzięki Bajaderce, o której czasem tu wspominam. To jeden z najlepszych słodkich smaków Bożego Narodzenia. 


Krajanka piernikowa z marcepanem i powidłami śliwkowymi


Składniki na ciasto:
430-450 g mąki
150 g miodu
90 g cukru muscowado
125 g masła
1 jajo
75 g orzechów włoskich
100 g kandyzowanej skórki pomarańczowej
1 łyżeczka sody oczyszczonej
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 łyżka cynamonu
1 łyżeczka kardamonu
1 łyżeczka imbiru
po 1/2 łyżeczki gałki muszkatołowej i mielonych goździków
po 1/4 łyżeczki pieprzu i zmielonego ziela angielskiego

Składniki na marcepan:
450 g pasty migdałowej*
60-65 g cukru pudru
90 g mąki pszennej
3 żółtka
2-3 łyżki mleka
2 łyżki soku z pomarańczy
2 łyżki soku z cytryny
1 łyżeczka ekstraktu migdałowego

*pasta migdałowa
270 g migdałów
180 g cukru pudru
1-2 białka 
1,5 łyżeczki ekstraktu migdałowego

dodatkowo:
370-380 g powideł śliwkowych
cukier puder i brandy do zrobienia lukru


*Pastę migdałową trzeba zrobić nieco wcześniej (można ją zrobić nawet dzień czy dwa wcześniej i przechować w szczelnym naczyniu w lodówce). Migdały w skórce zalać wrzącą wodą i odstawić. Po namoczeniu obrać ze skórek i zmiksować jak najdrobniej w melakserze. Połączyć z cukrem pudrem i białkiem. Dodać ekstrakt migdałowy, który uwypukli smak migdałów. Schłodzić  przynajmniej dwie godziny przed użyciem (masa musi być zimna przed kolejną obróbką).

Wykonanie:

Wrzucić do blendera orzechy i zmielić je na drobne kawałki. Podobnie postąpić z kandyzowaną skórką, którą po wrzuceniu do blendera warto oprószyć mąką. 

Miód, cukier i masło podgrzać (nie zagotować) w garnku, dodać przyprawy korzenne i wymieszać do rozpuszczenia wszystkich składników. Mąkę przesiać, dodać proszek i sodę oraz skórkę i orzechy, wymieszać. Do naczynia z miodem dodawać stopniowo mąkę i mieszać aż całość zacznie odchodzić od ścianek. Lekko ostudzić.

Przygotować marcepan - pastę migdałową utrzeć z cukrem pudrem i dodać pozostałe składniki. Dobrze wymieszać, odstawić. 

Do ciepłej masy z mąką i miodem dodać jajo i wymieszać. Przełożyć ciasto na blat i ugnieść na gładka masę. W razie konieczności delikatnie podsypać mąką. Ciasto powinno mieć jednolitą strukturę i być błyszczące. 

Podzielić je na dwie części. Każdą rozwałkować na prostokąt. Ten na spód o wymiarach ok. 35 na 25 cm. Ten na wierzch nieco większy (ja robię to między dwoma arkuszami pergaminu). Ułożyć arkusz z plackiem ciasta na spód na blachę. Na ciasto wyłożyć masę marcepanową zostawiając ok. 1 cm marginesu ciasta, wygładzić ją. Na marcepanie rozprowadzić równą warstwą powideł. To jest dużo trudniejsze bo mamy miękki spód (używam  powideł zblendowanych na mus, żeby były gładkie, zwykle kładę kilka dużych kleksów i delikatnie rozsmarowuję). Na to wyłożyć drugi placek ciasta (ponieważ rozwałkowuję go między arkuszami pergaminu, biorę placek z arkuszem, delikatnie odwracam i przykrywam całość). Przed wstawieniem ciasta do nagrzanego piekarnika dobrze zlepić brzegi, żeby wnętrze nie wypłynęło w trakcie pieczenia. 

Piec w temperaturze 180 stopni C przez 25-30 minut. Po upieczeniu lekko przestudzić i jeszcze ciepłe polukrować. Zostawić odkryte na noc, a rano pokroić na kawałki i przechowywać w szczelnej puszce w warstwach przełożonych pergaminem. Bajaderka sugeruje, żeby krajankę upiec kilka tygodni przed świętami, bo wtedy nabierze odpowiedniego smaku. Ja robię ją na około dwa tygodnie, zawijam puszkę z ciastem szczelnie w folię spożywczą. Nie ma takiej mocy, żeby przetrwała kilka tygodni w moim domu ;)

***

Dziś napiszę o bardzo kolorowym ptaku :) Marzenie o zrobieniu zdjęć żołnie ciągnie się za nami jak ogon...od bardzo dawna. Widzieliśmy żołny w Indiach czy Afryce, ale nigdy nie były to spotkania przynoszące nam dobrą, fotograficzną pamiątkę. Złożyło się na to kilka czynników - brak odpowiedniego sprzętu i płochliwość ptaków, na dodatek widzianych przez sekundy. Poniżej pierwsza spotkana w życiu żołna białoczelna (Tanzania) i po jakości zdjęcia widać, że to tylko dowód na spotkanie, ale nie zdjęcie nad którym chcielibyśmy się zatrzymać.


Do dłuższego spotkania wreszcie doszło. Choć przyznamy, że nie były to szczególnie dobre okoliczności. W Izraelu, w okolicach Morza Martwego, na jego południowym krańcu wjechaliśmy na odcinek drogi wiodący do granicy z Jordanią. Po lewej stornie mięliśmy zaminowany teren i nie było szansy, żeby zejść z drogi.


Po drugiej stronie skały, w których prawdopodobnie żołny chroniły się lub gniazdowały.


Przy każdej próbie wyjścia z samochodu ptaki odfruwały. W końcu daliśmy za wygraną i robiliśmy zdjęcia nie wychodząc z auta. Efekty choć nie wymarzone, to jak na takie warunki zadowalające :) Dodam tylko, że te grube pręty widoczne na zdjęciach to w rzeczywistości po prostu druty rozwieszone między słupami na zaminowanym terenie, gdzie żołny najchętniej siadały.


Jak widać to smukły i bardzo kolorowy ptak. Jego nazwa łacińska merops apiaster sugeruje, że lubi podjadać pszczoły. W rzeczywistości poluje na różne owady, a gdy złapie takie jak osy czy pszczoły, to uderza nimi lub pociera o twarde podłoże, żeby pozbyć się jadu czy żądła. Łapanie owadów, szczególnie w powietrzu ułatwia im długi, szpiczasty i lekko zakrzywiony w dół dziób, który po złapaniu ofiary działa niczym kleszcze. Lubią jeść chrząszcze, termity, jętki, modliszki, ważki, cykady, szarańczaki, trzmiele czy koniki polne. Podczas zalotów samczyk karmi samicę dużymi owadami, sam jedząc małe. 


Żołny mają bardzo ciekawe zwyczaje lęgowe. Gniazdują w koloniach. Wybierają w tym celu wysokie, piaszczyste brzegi rzek, wąwozów czy jak na zdjęciu wzgórz. Podobno w wyborze miejsca jest jeszcze jeden warunek konieczny. Lubią obserwować otoczenie z góry, co znacznie ułatwia im zdobywanie pokarmu. Zauważyliśmy z Piotrem, że druty spełniały ten warunek.


Budują w takich miejscach ziemne nory, których długość czasem sięga ponad metr. Najczęściej jednak nie przekracza 80 cm. Pary wspólnie kopią kilka korytarzy, ale tylko jeden z nich prowadzi do gniazda. Wszystko po to by zmylić drapieżniki, takie chociażby jak węże czy szczury. Zdarza się, że niektóre pary korzystają z pomocy synów z poprzedniego lęgu, który również dokarmia swoje młodsze rodzeństwo.


Lęg zwykle liczy ok. 4-6 jaj. P 20 dniach wysiadywania przez oboje rodziców wykluwają się młode. Po 30 dniach pisklęta opuszczają swój rodzinny dom.


Żołny osiągają wielkość od 27 do 29 cm. Trudno jest odróżnić samicę od samca, gdyż różni je głównie tęczówka oka. Jest ona czerwona u samców i brunatnoczerwona u samic.



Przez chwilę mięliśmy możliwość zobaczyć w tym samym miejscu żołnę wschodnią, nieco inaczej ubarwioną i trochę mniejszą od zwyczajnej (zwanej też europejską).


U nas nie spotkamy żołny wschodniej, za to zwyczajne przylatują gniazdować do Polski. 


Podobno najczęściej wybierają te ptaki południową i wschodnią część kraju, chociaż czytałam że zagnieździły się też w okolicach Wałcza.


W tak daleką drogę wybiera się ich niewiele. Kilkadziesiąt par zaobserwowano w świętokrzyskim i jest to obecnie najliczniejsza populacja. 


Żołny objęte są ścisłą ochroną.


W tym roku w  "The Guardian" pojawi się artykuł o żołnach, które przyleciały do Wielkiej Brytanii. Może to oznaka ocieplania się klimatu, a może przystosowywania się żołn do nowych warunków.


Pierniczki - dwa rodzaje - tradycyjne i imbirowe. Czeczotki - goście z północy.

Pierniczki - dwa rodzaje - tradycyjne i imbirowe. Czeczotki - goście z północy.

Telefon od syna zobligował mnie do wpisu receptury na pierniczki. Kiedyś piekliśmy je wspólnie, ozdabialiśmy i wkładaliśmy do puszek, żeby zmiękły na święta :) Teraz szukał on przepisu na blogu, żeby kupić składniki a tu nie ma nic. Czas zatem na nadrobienie zaległości. Przepis jest bardzo stary i pochodzi z kuchni rosyjskiej. Pierniczki są pyszne i smakują tradycyjnie. 
Od kilku lat, gdy dopada mnie coraz częściej brak czasu korzystam z przepisu Bajaderki na pierniczki imbirowe. Nie muszą leżakować, bo natychmiast nadają się do jedzenia. Można je oczywiście zrobić trochę wcześniej i poświęcić czas na ozdabianie. Zatem jest w czym wybrać :) 


Tradycyjne pierniczki 


Składniki :

250 g miodu
75 g cukru
25 g masła
450 g mąki
2 płaskie łyżeczki proszku do pieczenia
1 jajo L
1 płaska łyżeczka cynamonu
1 płaska łyżeczka kardamonu
1 płaska łyżeczka zmielonych goździków
1 płaska łyżeczka gałki muszkatołowej
1 płaska łyżeczka zmielonego imbiru

Podgrzać miód, cukier i masło. Dodać do tego przyprawy, zamieszać, żeby powstała jednolita masa i przestudzić. Mąkę i proszek przesiać do miski, dodać ostudzoną masę z miodem, jajo i całość zagnieść. Przygotowaną masę wstawić do lodówki, najlepiej na całą noc.
Powierzchnię do wałkowania ciasta oprószyć mąką, rozwałkować (grubość ok. 4 mm) i wykrawać dowolne kształty. Piec na pergaminie w temperaturze 175 stopni C przez ok. 15 min. Po wyjęciu ostudzić na kratce. Pierniczki po upieczeniu będą miękkie, podczas stygnięcia stopniowo stwardnieją. Najważniejsze, żeby nie spiekły się w piekarniku.

Do dekoracji używam cukru pudru (100 g na 1 białko) i białka kurzego, ewentualnie barwników. Po włożeniu do puszki wkładam tam kawałek jabłka, żeby szybciej zmiękły. Trzeba jednak sprawdzać, czy jabłko nie pleśnieje.



Pierniczki imbirowe


Składniki:

125 g masła
80 g brązowego cukru
25 g cukru pudru trzcinowego
1 płaska łyżeczka proszku do pieczenia
1 płaska łyżeczka zmielonego imbiru
1 płaska łyżeczka cynamonu
1/4 łyżeczki zmielonego ziela angielskiego
szczypta soli
1 jajo M
1 łyżka melasy
350 g mąki pszennej
20 g mąki ziemniaczanej

Masło utrzeć z cukrem, szczyptą soli i przyprawami na lekką, puszystą masę. Dodać jajo, melasę i dobrze to razem ukręcić. Wsypać połowę mąki wymieszanej z mąką ziemniaczaną i proszkiem do pieczenia. Powtórzyć czynność z resztą  mąki. Zwarte i gładkie ciasto zawinąć w folię i schłodzić w lodówce przynajmniej przez godzinę. 
Na lekko podsypanej mąka powierzchni rozwałkować ciasto (im cieńsze, tym delikatniejsze i bardziej kruche ciasteczka). Układać na wyłożonej pergaminem blasze. Piec w nagrzanym piekarniku w temperaturze 180 stopni przez 10-12 min. Ostudzić na kratce i ozdobić wg uznania. 

W powyższych przepisach nie podaję ilości pierniczków, bo wszystko zależy od wielkości foremek. Zwykle proporcje podwajam :) 

***

Czeczotki to ptaki zamieszkujące w granicach tajgi i tundry na północy Europy, Azji i Ameryki Północnej.


Gdy na północy brakuje pokarmu, czeczotki dokonują inwazyjnych nalotów. Mamy wrażenie, że jesteśmy świadkami takiego zjawiska. Czeczotki pojawiły się w całym Trójmieście. Żerują stadami w miejscach, gdzie znajdą coś smacznego dla siebie. 



Przez dwa tygodnie obserwowaliśmy je w naszych okolicach, ale dziś już ich nie ma. Żerowały tak jak widać na nasionach nawłoci, które tu w okolicach dziko sobie rosną.



Czeczotki z daleka można pomylić z wróblami. Jednak gdy przypatrzymy się uważniej, mają na głowie czerwoną/bordową czapeczkę. Panowie dodatkowo mają różową plamę na piersi.


Zwykle można je zobaczyć w sporych grupach. U nas obserwowaliśmy je momentami rozproszone na łące i na szyszkach modrzewi. Cały czas słychać ich kwilenie, są ze sobą stale w komunikacji głosowej. Gdy któreś spłoszyły się, odfruwało całe stado.


Mamy nadzieję, że wiosną znów  pojawią się wracając na północ w okolice koła polarnego.