Ptaki Islandii - część 1. Kulinarnie dorsz a la Nage czyli tajskie oblicze ryby.

Ptaki Islandii - część 1. Kulinarnie dorsz a la Nage czyli tajskie oblicze ryby.

Rozpoczynamy kilkuodcinkowy serial ptasio-rybny. Podróżniczo opowiemy o ptakach Islandii, które udało nam się spotkać podczas ostatniego pobytu. Kulinarnie odwołamy się do kilku ostatnio degustowanych rybnych potraw, oczywiście osobiście przygotowanych.


***

Chcąc skorzystać ze sporej ilości mleczka kokosowego, które pozostało mi po poprzednim gotowaniu przez przypadek trafiłem na całkiem atrakcyjny przepis z kuchni tajskiej. Doświadczenie podpowiadało, że mleczko kokosowe stanowi raczej dodatek wykańczający danie. Tym razem okazało się być jego bazą. Przepis troszkę zmodyfikowałem i wyszedł pyszny posiłek na każdą okazję - prosty obiad, czy wykwintną kolację, przystawkę lub danie główne. Lubię tak przygotowaną rybę, bo będąc częściowo zanurzoną w płynie zarówno dusi się jak i gotuje w parze. Dzięki temu jest delikatna i lekkostrawna. Sama nazwa (a la Nage) z francuskiego oznacza rybę pływającą. Rzecz jasna w aromatycznej zupie. Może to być bulion, czy jakikolwiek inny płyn, który jest później wraz z rybą podany. Dzisiejsze danie jest szybkie i proste w przygotowaniu, a przy tym kusi bukietem smaków, któremu trudno się oprzeć.


Dorsz a la Nage na sposób tajski

Keks mojej mamy na świąteczny czas...

Keks mojej mamy na świąteczny czas...


Smak tego keksu to smak mojego dzieciństwa. Mama wypiekała jego hurtowe ilości, ale to było u nas normalne. Zaletą ciasta jest prostota i szybkość wykonania oraz niezawodność. Trzeba je upiec przynajmniej dwa dni przed konsumpcją, bo wtedy osiąga swój właściwy smak i strukturę. To jest też niewątpliwa zaleta w czasie przedświątecznej krzątaniny. Bakalie możecie skomponować według Waszych upodobań.  Polecam, bo to najlepszy keks na świecie ;)


Keks mojej mamy



Składniki na jedną podłużną foremkę o wymiarach ok. 31 x 12 cm:

250 g mąki pszennej tortowej 
250 g miękkiej margaryny
250 g cukru pudru (zwykle daje mniej, ok. 170 g)
5 dużych jaj
1 łyżka spirytusu (lub innego mocnego alkoholu)
1 płaska łyżka proszku do pieczenia 
500 g bakalii (ja daję po  100 g rodzynek, suszonych wiśni,  po 70-80 g suszonych daktyli, suszonych fig, moreli i śliwek)
1-2 łyżki mąki ziemniaczanej

Rodzynki zalać wrzątkiem, odstawić. Przygotować foremkę. Bakalie - morele, śliwki, daktyle, figi  pokroić na kawałki. Rodzynki odcedzić, opłukać kilka razy, osuszyć. Bakalie, wszystkie razem w jakimś naczyniu,  posypać w mąką ziemniaczaną i wymieszać. 

Margarynę utrzeć na jednolitą masę, dodać cukier i powtórzyć czynność ucierania. Do masy dodawać po jednym żółtku i po połączeniu z masą dodać kolejne. Dodać alkohol. 

Ubić pianę z białek i delikatnie wmieszać w masę, najlepiej trzepaczką rózgową. Następnie omączone bakalie wrzucić do masy i wymieszać łyżką tyle, żeby je równo rozprowadzić.  Wlać masę do foremki i wstawić do nagrzanego do 170 stopni C piekarnika,  piec 50 minut. Po upieczeniu ciasto ostudzić i zawinąć w folię na ok. dwa dni. Wtedy nabierze odpowiedniego smaku. 

***

"Jest taki dzień, bardzo ciepły choć grudniowy,
dzień, zwykły dzień, w którym gasną wszelkie spory.
Jest taki dzień, w którym radość wita wszystkich,
dzień, który już każdy z nas zna od kołyski.

Niebo - ziemi, niebu - ziemia,
wszyscy - wszystkim ślą życzenia,
drzewa - ptakom, ptaki - drzewom,
tchnienie wiatru - płatkom śniegu.

Jest taki dzień, tylko jeden raz do roku.
Dzień, zwykły dzień, który liczy się od zmroku.
Jest taki dzień, gdy jesteśmy wszyscy razem.
Dzień, piękny dzień dziś nam rok go składa w darze.

Niebo - ziemi, niebu - ziemia,
wszyscy - wszystkim ślą życzenia,
a gdy wszyscy usną wreszcie,
noc igliwia zapach niesie."  

Słowa piosenki "Czerwonych Gitar", które napisał Krzysztof Dzikowski, a muzykę skomponował Seweryn Krajewski. Ilekroć słyszę ją w okolicach Bożego Narodzenia, mam wrażenie że ciągle brzmi świeżo i romantycznie, choć ma ponad pięćdziesiąt lat. Niech święta upłyną Wam w takiej atmosferze jak opisują to słowa piosenki. 




Krajanka piernikowa z marcepanem i powidłami śliwkowymi, dodatkowo spotkanie z żołnami.

Krajanka piernikowa z marcepanem i powidłami śliwkowymi, dodatkowo spotkanie z żołnami.

Kulinarnie nasze święta to mozaika wspomnień, które ukształtowały nas przez wszystkie lata. Chętnie wracamy do potraw z czasów dzieciństwa i do tego co wnosi kulinarnie nasza rodzina. Są też potrawy, które z racji tego jak bardzo zasmakowały zajmują poczesne miejsce na świątecznym stole. Tak jest właśnie z krajanką, na którą przepis przedstawiam poniżej. Piekę ją od ponad dziesięciu lat i choć mogłabym ją zrobić w dowolnym okresie w roku, to ciągle uważam, że to ciasto świąteczne i na nie po prostu się czeka. Przepis na krajankę znam dzięki Bajaderce, o której czasem tu wspominam. To jeden z najlepszych słodkich smaków Bożego Narodzenia. 


Krajanka piernikowa z marcepanem i powidłami śliwkowymi


Składniki na ciasto:
430-450 g mąki
150 g miodu
90 g cukru muscowado
125 g masła
1 jajo
75 g orzechów włoskich
100 g kandyzowanej skórki pomarańczowej
1 łyżeczka sody oczyszczonej
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 łyżka cynamonu
1 łyżeczka kardamonu
1 łyżeczka imbiru
po 1/2 łyżeczki gałki muszkatołowej i mielonych goździków
po 1/4 łyżeczki pieprzu i zmielonego ziela angielskiego

Składniki na marcepan:
450 g pasty migdałowej*
60-65 g cukru pudru
90 g mąki pszennej
3 żółtka
2-3 łyżki mleka
2 łyżki soku z pomarańczy
2 łyżki soku z cytryny
1 łyżeczka ekstraktu migdałowego

*pasta migdałowa
270 g migdałów
180 g cukru pudru
1-2 białka 
1,5 łyżeczki ekstraktu migdałowego

dodatkowo:
370-380 g powideł śliwkowych
cukier puder i brandy do zrobienia lukru


*Pastę migdałową trzeba zrobić nieco wcześniej (można ją zrobić nawet dzień czy dwa wcześniej i przechować w szczelnym naczyniu w lodówce). Migdały w skórce zalać wrzącą wodą i odstawić. Po namoczeniu obrać ze skórek i zmiksować jak najdrobniej w melakserze. Połączyć z cukrem pudrem i białkiem. Dodać ekstrakt migdałowy, który uwypukli smak migdałów. Schłodzić  przynajmniej dwie godziny przed użyciem (masa musi być zimna przed kolejną obróbką).

Wykonanie:

Wrzucić do blendera orzechy i zmielić je na drobne kawałki. Podobnie postąpić z kandyzowaną skórką, którą po wrzuceniu do blendera warto oprószyć mąką. 

Miód, cukier i masło podgrzać (nie zagotować) w garnku, dodać przyprawy korzenne i wymieszać do rozpuszczenia wszystkich składników. Mąkę przesiać, dodać proszek i sodę oraz skórkę i orzechy, wymieszać. Do naczynia z miodem dodawać stopniowo mąkę i mieszać aż całość zacznie odchodzić od ścianek. Lekko ostudzić.

Przygotować marcepan - pastę migdałową utrzeć z cukrem pudrem i dodać pozostałe składniki. Dobrze wymieszać, odstawić. 

Do ciepłej masy z mąką i miodem dodać jajo i wymieszać. Przełożyć ciasto na blat i ugnieść na gładka masę. W razie konieczności delikatnie podsypać mąką. Ciasto powinno mieć jednolitą strukturę i być błyszczące. 

Podzielić je na dwie części. Każdą rozwałkować na prostokąt. Ten na spód o wymiarach ok. 35 na 25 cm. Ten na wierzch nieco większy (ja robię to między dwoma arkuszami pergaminu). Ułożyć arkusz z plackiem ciasta na spód na blachę. Na ciasto wyłożyć masę marcepanową zostawiając ok. 1 cm marginesu ciasta, wygładzić ją. Na marcepanie rozprowadzić równą warstwą powideł. To jest dużo trudniejsze bo mamy miękki spód (używam  powideł zblendowanych na mus, żeby były gładkie, zwykle kładę kilka dużych kleksów i delikatnie rozsmarowuję). Na to wyłożyć drugi placek ciasta (ponieważ rozwałkowuję go między arkuszami pergaminu, biorę placek z arkuszem, delikatnie odwracam i przykrywam całość). Przed wstawieniem ciasta do nagrzanego piekarnika dobrze zlepić brzegi, żeby wnętrze nie wypłynęło w trakcie pieczenia. 

Piec w temperaturze 180 stopni C przez 25-30 minut. Po upieczeniu lekko przestudzić i jeszcze ciepłe polukrować. Zostawić odkryte na noc, a rano pokroić na kawałki i przechowywać w szczelnej puszce w warstwach przełożonych pergaminem. Bajaderka sugeruje, żeby krajankę upiec kilka tygodni przed świętami, bo wtedy nabierze odpowiedniego smaku. Ja robię ją na około dwa tygodnie, zawijam puszkę z ciastem szczelnie w folię spożywczą. Nie ma takiej mocy, żeby przetrwała kilka tygodni w moim domu ;)

***

Dziś napiszę o bardzo kolorowym ptaku :) Marzenie o zrobieniu zdjęć żołnie ciągnie się za nami jak ogon...od bardzo dawna. Widzieliśmy żołny w Indiach czy Afryce, ale nigdy nie były to spotkania przynoszące nam dobrą, fotograficzną pamiątkę. Złożyło się na to kilka czynników - brak odpowiedniego sprzętu i płochliwość ptaków, na dodatek widzianych przez sekundy. Poniżej pierwsza spotkana w życiu żołna białoczelna (Tanzania) i po jakości zdjęcia widać, że to tylko dowód na spotkanie, ale nie zdjęcie nad którym chcielibyśmy się zatrzymać.


Do dłuższego spotkania wreszcie doszło. Choć przyznamy, że nie były to szczególnie dobre okoliczności. W Izraelu, w okolicach Morza Martwego, na jego południowym krańcu wjechaliśmy na odcinek drogi wiodący do granicy z Jordanią. Po lewej stornie mięliśmy zaminowany teren i nie było szansy, żeby zejść z drogi.


Po drugiej stronie skały, w których prawdopodobnie żołny chroniły się lub gniazdowały.


Przy każdej próbie wyjścia z samochodu ptaki odfruwały. W końcu daliśmy za wygraną i robiliśmy zdjęcia nie wychodząc z auta. Efekty choć nie wymarzone, to jak na takie warunki zadowalające :) Dodam tylko, że te grube pręty widoczne na zdjęciach to w rzeczywistości po prostu druty rozwieszone między słupami na zaminowanym terenie, gdzie żołny najchętniej siadały.


Jak widać to smukły i bardzo kolorowy ptak. Jego nazwa łacińska merops apiaster sugeruje, że lubi podjadać pszczoły. W rzeczywistości poluje na różne owady, a gdy złapie takie jak osy czy pszczoły, to uderza nimi lub pociera o twarde podłoże, żeby pozbyć się jadu czy żądła. Łapanie owadów, szczególnie w powietrzu ułatwia im długi, szpiczasty i lekko zakrzywiony w dół dziób, który po złapaniu ofiary działa niczym kleszcze. Lubią jeść chrząszcze, termity, jętki, modliszki, ważki, cykady, szarańczaki, trzmiele czy koniki polne. Podczas zalotów samczyk karmi samicę dużymi owadami, sam jedząc małe. 


Żołny mają bardzo ciekawe zwyczaje lęgowe. Gniazdują w koloniach. Wybierają w tym celu wysokie, piaszczyste brzegi rzek, wąwozów czy jak na zdjęciu wzgórz. Podobno w wyborze miejsca jest jeszcze jeden warunek konieczny. Lubią obserwować otoczenie z góry, co znacznie ułatwia im zdobywanie pokarmu. Zauważyliśmy z Piotrem, że druty spełniały ten warunek.


Budują w takich miejscach ziemne nory, których długość czasem sięga ponad metr. Najczęściej jednak nie przekracza 80 cm. Pary wspólnie kopią kilka korytarzy, ale tylko jeden z nich prowadzi do gniazda. Wszystko po to by zmylić drapieżniki, takie chociażby jak węże czy szczury. Zdarza się, że niektóre pary korzystają z pomocy synów z poprzedniego lęgu, który również dokarmia swoje młodsze rodzeństwo.


Lęg zwykle liczy ok. 4-6 jaj. P 20 dniach wysiadywania przez oboje rodziców wykluwają się młode. Po 30 dniach pisklęta opuszczają swój rodzinny dom.


Żołny osiągają wielkość od 27 do 29 cm. Trudno jest odróżnić samicę od samca, gdyż różni je głównie tęczówka oka. Jest ona czerwona u samców i brunatnoczerwona u samic.



Przez chwilę mięliśmy możliwość zobaczyć w tym samym miejscu żołnę wschodnią, nieco inaczej ubarwioną i trochę mniejszą od zwyczajnej (zwanej też europejską).


U nas nie spotkamy żołny wschodniej, za to zwyczajne przylatują gniazdować do Polski. 


Podobno najczęściej wybierają te ptaki południową i wschodnią część kraju, chociaż czytałam że zagnieździły się też w okolicach Wałcza.


W tak daleką drogę wybiera się ich niewiele. Kilkadziesiąt par zaobserwowano w świętokrzyskim i jest to obecnie najliczniejsza populacja. 


Żołny objęte są ścisłą ochroną.


W tym roku w  "The Guardian" pojawi się artykuł o żołnach, które przyleciały do Wielkiej Brytanii. Może to oznaka ocieplania się klimatu, a może przystosowywania się żołn do nowych warunków.


Pierniczki - dwa rodzaje - tradycyjne i imbirowe. Czeczotki - goście z północy.

Pierniczki - dwa rodzaje - tradycyjne i imbirowe. Czeczotki - goście z północy.

Telefon od syna zobligował mnie do wpisu receptury na pierniczki. Kiedyś piekliśmy je wspólnie, ozdabialiśmy i wkładaliśmy do puszek, żeby zmiękły na święta :) Teraz szukał on przepisu na blogu, żeby kupić składniki a tu nie ma nic. Czas zatem na nadrobienie zaległości. Przepis jest bardzo stary i pochodzi z kuchni rosyjskiej. Pierniczki są pyszne i smakują tradycyjnie. 
Od kilku lat, gdy dopada mnie coraz częściej brak czasu korzystam z przepisu Bajaderki na pierniczki imbirowe. Nie muszą leżakować, bo natychmiast nadają się do jedzenia. Można je oczywiście zrobić trochę wcześniej i poświęcić czas na ozdabianie. Zatem jest w czym wybrać :) 


Tradycyjne pierniczki 


Składniki :

250 g miodu
75 g cukru
25 g masła
450 g mąki
2 płaskie łyżeczki proszku do pieczenia
1 jajo L
1 płaska łyżeczka cynamonu
1 płaska łyżeczka kardamonu
1 płaska łyżeczka zmielonych goździków
1 płaska łyżeczka gałki muszkatołowej
1 płaska łyżeczka zmielonego imbiru

Podgrzać miód, cukier i masło. Dodać do tego przyprawy, zamieszać, żeby powstała jednolita masa i przestudzić. Mąkę i proszek przesiać do miski, dodać ostudzoną masę z miodem, jajo i całość zagnieść. Przygotowaną masę wstawić do lodówki, najlepiej na całą noc.
Powierzchnię do wałkowania ciasta oprószyć mąką, rozwałkować (grubość ok. 4 mm) i wykrawać dowolne kształty. Piec na pergaminie w temperaturze 175 stopni C przez ok. 15 min. Po wyjęciu ostudzić na kratce. Pierniczki po upieczeniu będą miękkie, podczas stygnięcia stopniowo stwardnieją. Najważniejsze, żeby nie spiekły się w piekarniku.

Do dekoracji używam cukru pudru (100 g na 1 białko) i białka kurzego, ewentualnie barwników. Po włożeniu do puszki wkładam tam kawałek jabłka, żeby szybciej zmiękły. Trzeba jednak sprawdzać, czy jabłko nie pleśnieje.



Pierniczki imbirowe


Składniki:

125 g masła
80 g brązowego cukru
25 g cukru pudru trzcinowego
1 płaska łyżeczka proszku do pieczenia
1 płaska łyżeczka zmielonego imbiru
1 płaska łyżeczka cynamonu
1/4 łyżeczki zmielonego ziela angielskiego
szczypta soli
1 jajo M
1 łyżka melasy
350 g mąki pszennej
20 g mąki ziemniaczanej

Masło utrzeć z cukrem, szczyptą soli i przyprawami na lekką, puszystą masę. Dodać jajo, melasę i dobrze to razem ukręcić. Wsypać połowę mąki wymieszanej z mąką ziemniaczaną i proszkiem do pieczenia. Powtórzyć czynność z resztą  mąki. Zwarte i gładkie ciasto zawinąć w folię i schłodzić w lodówce przynajmniej przez godzinę. 
Na lekko podsypanej mąka powierzchni rozwałkować ciasto (im cieńsze, tym delikatniejsze i bardziej kruche ciasteczka). Układać na wyłożonej pergaminem blasze. Piec w nagrzanym piekarniku w temperaturze 180 stopni przez 10-12 min. Ostudzić na kratce i ozdobić wg uznania. 

W powyższych przepisach nie podaję ilości pierniczków, bo wszystko zależy od wielkości foremek. Zwykle proporcje podwajam :) 

***

Czeczotki to ptaki zamieszkujące w granicach tajgi i tundry na północy Europy, Azji i Ameryki Północnej.


Gdy na północy brakuje pokarmu, czeczotki dokonują inwazyjnych nalotów. Mamy wrażenie, że jesteśmy świadkami takiego zjawiska. Czeczotki pojawiły się w całym Trójmieście. Żerują stadami w miejscach, gdzie znajdą coś smacznego dla siebie. 



Przez dwa tygodnie obserwowaliśmy je w naszych okolicach, ale dziś już ich nie ma. Żerowały tak jak widać na nasionach nawłoci, które tu w okolicach dziko sobie rosną.



Czeczotki z daleka można pomylić z wróblami. Jednak gdy przypatrzymy się uważniej, mają na głowie czerwoną/bordową czapeczkę. Panowie dodatkowo mają różową plamę na piersi.


Zwykle można je zobaczyć w sporych grupach. U nas obserwowaliśmy je momentami rozproszone na łące i na szyszkach modrzewi. Cały czas słychać ich kwilenie, są ze sobą stale w komunikacji głosowej. Gdy któreś spłoszyły się, odfruwało całe stado.


Mamy nadzieję, że wiosną znów  pojawią się wracając na północ w okolice koła polarnego.



Chleb gryczany na WBD oraz najdłuższe migracje w świecie ptaków czyli wędrówki rybitw popielatych.

Chleb gryczany na WBD oraz najdłuższe migracje w świecie ptaków czyli wędrówki rybitw popielatych.



Jak co roku 16 października świętujemy Światowy Dzień Chleba i dołączamy do corocznej akcji Zorry. Tym razem chleb jest dość nietypowy, bo zrobiony wyłącznie z kaszy gryczanej. Przepis znalazłam tu - klik . Bardzo polecam ten wypiek wszystkim z nietolerancją glutenu, czy tym którzy chcą zrezygnować z tradycyjnego pieczywa. Dla tych co mogą jeść wszystko może on okazać się ciekawym urozmaiceniem. Z pewnością chleb nie jest dla tych, którzy nie lubią kaszy gryczanej. Poza tym ma same zalety - dobrze daje się kroić, ma ciekawy, lekko orzechowy smak wzbogacony dodatkiem ziaren. Właściwie sam się robi ;) trzeba tylko odpowiednio wszystko rozłożyć w czasie. Zatem do dzieła.


Chleb z kaszy gryczanej niepalonej 



Proporcje na foremkę o wymiarach 30 x 12 cm

I etap:

500 g kaszy gryczanej niepalonej/ białej
750 ml zimnej wody

Kaszę opłukać i w jakimś naczyniu (używam garnka z przykrywką) zalać wodą, zamieszać i przykryć zostawiając ją w temperaturze pokojowej na 48 godzin. Zwykle wszystko zaczynam w środę wieczorem i w sobotę rano chleb piekę. 

Na tym etapie kasza chłonie wodę już po kilku godzinach, potem staje się kleista, maziowata a pod koniec powinny pojawić się pęcherzyki będące objawem fermentacji. Powinniśmy przynajmniej raz w ciągu dnia ją dobrze zamieszać.

II etap:

1 płaska łyżeczka soli

Do kaszy z wodą dosypujemy sól i całość blendujemy, aż masa stanie się gładka i gęsta, nieco przypominająca budyń. Dodajemy wtedy do niej:

80 g siemienia lnianego
World Bread Day, October 16, 201750 g łuskanych nasion dyni
50 g łuskanego słonecznika
1 łyżeczkę kminku

masło i płatki owsiane do przygotowania foremki

Całość dokładnie mieszamy. Przygotowujemy foremkę smarując ją masłem i wysypując płatkami. Wlewamy masę do formy i zostawiamy na 8-12 godzin (u mnie na noc) nadal w temperaturze pokojowej. Po tym czasie masa powinna delikatnie podrosnąć.
Chleb piec w nagrzanym piekarniku do 180 stopni C przez 70-80 minut. 


***


Dziś z okazji święta wpis o zadziwiającym ptaku. Mięliśmy nadzieję spotkać rybitwę popielatą (zwaną po angielsku arktyczną) podczas pobytu na Wyspie May i był to jedyny ptak, którego nie było nam dane zobaczyć. Za to podczas wyjazdu na Islandię spotkaliśmy ich mnóstwo. Lato to okres rozmnażania i trafiliśmy na wiele kolonii na wybrzeżach. 


Jednak nie myślcie, że spotkanie z rybitwami popielatymi to łatwa sprawa. Gromadzą się w kolonię liczące czasem kilkaset osobników i są niezwykle czujne, a nawet agresywne. 


Wystarczy podejść do kolonii nawet z daleka, by ruszyły w naszą stronę dorosłe osobniki skutecznie odstraszające wszelkich intruzów (wcale nie muszą to być ludzie, każda istota a w szczególności drapieżniki lądowe czy drapieżne ptaki od razu są atakowane). Co robią rybitwy ? Zobaczcie chociażby na poniższym filmiku.



Są niezwykle zdeterminowane i rozmiar "przeciwnika" nie ma tu znaczenia. Działają niczym japońscy kamikadze. Zawisają nad głową wydając piskliwe "kt-kt-kt-krrrr-kt" i "krrierrrr". Dobrze mieć coś na głowie, bo swoim ostrym dziobem mogą boleśnie zranić, czasem też zarzucają intruza odchodami. 
W kilku miejscach nie udało mi się nawet zbliżyć do kolonii, bo rybitwy jakby odbierając moje zamiary opuszczały kolonię i dolatywały do mnie skutecznie zniechęcając do zbliżania się. Jedynie w dwóch miejscach udało nam się zrobić z Piotrem trochę zdjęć.
Z tych zdolności obronnych rybitw często korzystają też inne ptaki, zakładając gniazda w pobliżu.  W kolonii gdzie zrobiliśmy najwięcej zdjęć wychowywały się np.  małe edredony. 

Wracając jednak do rybitw, te niezbyt duże bo ważące do 125 g ptaki są prawdziwymi rekordzistami w wędrówkach. Dzięki badaniom ludzie dowiadują się o zwierzętach coraz więcej zadziwiających faktów. O migracji rybitw popielatych napisano w amerykańskim czasopiśmie PNAS. Poniżej przytaczam informacje właśnie z jednego z artykułów.
Naukowcy założyli elektroniczne nadajniki 11 ptakom (10 z Grenlandii i 1 z Islandii). Dodam tu, że rybitwy te gniazdują w północnym pasie od Ameryki Północnej aż po Syberię. Każdy nadajnik ważył ok. 1,4 g więc nie był on jakimś wielkim obciążeniem. Założono je już po sezonie lęgowym. Najpierw ptaki poleciały na południowy zachód, około 1000 km na północ od Azorów. Na niewielkiej wysepce, leżącej na skrzyżowaniu wydajnych, zimnych prądów wody północnej i ciepłej, mniej produktywnej, południowej spędziły od 24 do 30 dni intensywnie żerując. Następnie leciały na południe, wzdłuż zachodnich wybrzeży Afryki. Na wysokości Zielonego Przylądka ptaki rozdzieliły się. Siedem rybitw kontynuowało swoją trasę wzdłuż wybrzeży Afryki, a cztery przeleciały przez Atlantyk i leciały dalej wzdłuż wschodniego wybrzeża Brazylii. Podczas wędrówki ptaki robiły odstępstwa od trasy na południe, poruszając się głównie w kierunku wschód -zachód. Trzy podróżowały następnie w kierunku Oceanu Indyjskiego, jeden do 106 stopnia E. Wszystkie ostatecznie dotarły do Antarktyki, w okolice Morza Weddella. Przebywały tam głównie w strefie marginalnej lodu, czyli tam gdzie lodowce łączą się z wodą. Morze Weddella jest obszarem szczególnie wydajnym jeśli chodzi o pokarm i przyciąga wiele ptaków. 


Powyższe oznaczenia tras pochodzą ze strony PNAS.  Zielona  trasa to migracja jesienna (sierpień-listopad), czerwona - przedział zimowy (grudzień-marzec) i migracja żółta - wiosenna (powrót: kwiecień-maj). Na Południowym Atlantyku przyjęto dwie południowe trasy migracyjne: (A) wybrzeże Afryki Zachodniej (7 ptaków) lub (B) brazylijskie wybrzeże (4 ptaki). Punkty przerywaną linią łączą miejsca podczas równonocy.

Na początku kwietnia wszystkie ptaki wyruszyły w drogę powrotną do kolonii lęgowych. Rybitwa islandzka zaczęła powrót wcześniej, mimo to nie było różnic między jej trasą a ptakami z Grenlandii. Wszystkie przekraczały równik z różnicą kilu dni od siebie. Charakterystyczny jest dla powrotu lot środkiem Atlantyku. Pod koniec maja 3 rybitwy dotarły do miejsca, gdzie podczas migracji jesiennej zatrzymywały się na żerowisku, pozostając tam na 3-6 dni. 
W artykule w "Ringing & Migration" autor donosi, że podczas 35 lat obserwacji (prowadzonych na północy Norwegii) rybitwy przylatują na lęgowiska z różnicą do 13 dni. Imponujący wynik, a na drobne różnice w przylocie mają wpływ wiatry.

Podsumowując:

-przeciętna roczna trasa, którą przeleciały ptaki od miejsca rozrodu w sierpniu do powrotu na przełomie maja i czerwca wynosiła średnio 70 900 km (najdłuższa to 81 600 km),
-lecąc na południe, dziennie pokonywały średnio ok. 330 km, czas migracji to ok. 93 dni,
-lecąc z Antarktyki do Arktyki ptaki pokonywały dziennie ok. 520 km przez 40 dni,
-skoro rybitwy popielate żyją nawet ponad 30 lat, to w ciągu swojego życia mogą pokonać statystycznie 2,4 mln km czyli odbyć trzy wyprawy powrotne na Księżyc.

Uznaje się, że to najdłuższa wędrówka w świecie ptaków.

Wracam do naszych obserwacji podczas sezonu lęgowego na Islandii. Po przybyciu ptaki mają ciekawe zwyczaje doboru w pary. Samce zwykle krążą nad samicami wkoło dając znać, że szukają partnerki. Mają dla nich prezent w dziobie w postaci małej rybki. Samiec, który dokarmia samicę jest postrzegany jako dobry kandydat na przyszłego ojca.


Taki wybór warunkuje późniejszy okres lęgowy, bo to głównie samica zajmuje się lęgiem, a samiec dokarmianiem jej. 



Gdy samica złoży 2-3 jaja o pstrokatych skorupach  (na zdjęciu obok fragment) wysiaduje je przez 22-27 dni (czasem samiec ją podobno zastępuje). Gniazdo to niewielkie zagłębienie w ziemi wyłożone skromnie suchymi źdźbłami).

Pisklę po wykluciu w ciągu 1-3 dni zaczyna poznawać otoczenie. Miałam wielkie szczęście, że udało mi się taki mały "skarb" znaleźć w kolonii i go sfotografować. Był to już koniec lipca i zdecydowana większość miała już potomstwo dużo większe.


Maluch delikatny i puchaty w niczym kolorystycznie nie przypomina rodzica. Gdy go przypadkiem znalazłam, żadne z nich nie przyleciało, choć miałam wrażenie że byli gdzieś blisko.





Myślę, że założyli iż strategia ataku w tym wypadku mogłaby tylko zaszkodzić, zatem postanowili poczekać. Potwierdziła się moja teoria, gdy tylko oddaliłam się na bezpieczną odległość. 


Najpierw maluch został wzięty pod skrzydła, żeby się rozgrzał.


A następnie nakarmiony :) Zdjęcia nie są najlepsze, bo warunki pogodowe były islandzkie ;D i okoliczności trudne.


Aż trudno uwierzyć, ile może zmieścić się w takim gardziołku. Widać też, że oboje rodzice donoszą jedzenie, bo maluch znów za jakiś czas został sam.


Mocno musieliśmy się starać, żeby nie chcieć go do siebie przytulić ;D Było to jedno z piękniejszych przeżyć na lodowej wyspie.

Tymczasem w kolonii młodzież ciągle czeka na dokarmianie. 


Rodzice intensywnie donoszą pokarm przez około dwa tygodnie, 


a potem stopniowo zachęcają maluchy do samodzielności. Stąd też część z nich spotkaliśmy już nad samym brzegiem.


Jak widać upierzenie dobrze zlewa się z otoczeniem.


Puch zastępują pióra.


Beżowe kolory z czasem znikają, a pióra stają się szare, czarne i białe jak u dorosłych.


Z czasem młode zaczynają być samodzielne i zdobywają pokarm. 


Z pewnością najtrudniejszą czynnością staje się nurkowanie. Swoją pierwszą wędrówkę do Antarktyki też odbywają przy pomocy rodziców i zapewne są już w drodze na południe naszej planety :)