Wspomnienia o islandzkim interiorze przy ulubionej szarlotce.

Nadszedł najlepszy czas na szarlotki. Najbardziej lubię takie, gdzie jest dużo jabłek i nieproporcjonalnie mało ciasta. Ta szarlotka spełnia wszystkie moje oczekiwania. Do tego trochę wspomnień wakacyjnych z Islandii, zapraszam :)



Szarlotka czyli jabłka w kruchym cieście



Składniki na tortownicę o średnicy 23 cm:

na ciasto:
270 g mąki pszennej
150 g masła
90 g cukru trzcinowego
2 jaja M rozbełtane (do ciasta zużywamy ok. 3/4 porcji)
szczypta soli

na wypełnienie
1,4 kg jabłek typu szara reneta
100 g drobnych, ciemnych rodzynek
rum lub sok ze świeżych pomarańczy do zalania rodzynek
90 g cukru trzcinowego
1,5 łyżeczki mielonego cynamonu

Rodzynki zalać wrzątkiem i odstawić na 1/2 godziny. Następnie wypłukać kilka razy i zalać rumem lub sokiem z pomarańczy, zostawić na 3 godziny (lub na noc).

Ciasto przygotować przy pomocy robota lub zagnieść ręcznie do połączenia składników w jednolitą masę. Odstawić  zawinięte w folię do lodówki na ok. godzinę. 
Po godzinie ciasto rozwałkować, wyłożyć nim dno i boki tortownicy. Ja robię to w dwóch kawałkach, ale potem dokładnie zlepiam je na krawędzi między dnem a bokiem, żeby tworzyły całość. Resztę niewykorzystanego ciasta odkładam do dekoracji wierzchu. Na dno tortownicy, pod ciasto, wkładam pergamin. Nie smaruję boków żadnym tłuszczem, bo samo ciasto jest dość tłuste. Używam tortownicy z nieprzywieralną powłoką.

Obrać jabłka ze skórki, pokroić każde na 4 części (lub na 8, w zależności od wielkości ), pozbawić gniazd nasiennych i pokroić na kawałki o boku 1-1,5 cm. Wymieszać z cukrem, cynamonem i namoczonymi rodzynkami. Wypełnić jak najciaśniej farszem ciasto. Wierzch ciasta udekorować paskami ciasta i posmarować je resztką niewykorzystanego, rozbełtanego jaja. 

Piec w nagrzanym piekarniku do 180 stopni C przez 50-60 minut. Po wyjęciu z piekarnika ostudzić w formie i dopiero wtedy wyjąć je na talerz. Smacznego !

***

Podróż na Islandię była jedną z tych wymarzonych. Nigdy wcześniej nie byłam tak daleko na północy i nie dotarłam do koła podbiegunowego. Na zdjęciach w internecie podziwiałam ogromne przestrzenie bez śladów ludzkiej egzystencji, o które u nas tak trudno. Po wylądowaniu ciągle byłam w Europie, a jednak miałam wrażenie że to nie tylko inny kontynent, ale wręcz inna planeta. Gdy myślę dziś o Islandii w pierwszej kolejności wraca do mnie ten jeden, szczególny dzień o którym chcę napisać.


Nigdy wcześniej nie traktowałam Ziemi jak żyjącego organizmu. Na Islandii odkrywałam to wielokrotnie. Podziwiałam potęgę przyrody i jej siłę, mając jednocześnie świadomość swojej kruchości i nicości w obliczu trwającego tu życia. Bardzo szybko dostrzegłam i nauczyłam się jak odczytywać różne świadectwa twórczej działalności planety. Wszystko na wyspie było jej dziełem. Im dłużej coś istniało tym więcej było obecnego na nim życia. Na porośnięcie tego prawie monochromatycznego krajobrazu mchami i porostami, jak na zdjęciu poniżej, nie starczy mojego życia.


Nocowaliśmy w Hrauneyjar i rano ruszyliśmy przed siebie, w kierunku lodowca Vatnajökull. Dzień był piękny, słoneczny. Nieco wiało.



Gdy wypożyczaliśmy samochód na lotnisku poinformowano nas o dodatkowym ubezpieczeniu na wypadek burzy piaskowej. Było to dość zaskakujące, gdyż do tej pory takie zjawisko kojarzyło mi się ze strefą zwrotnikową i pustyniami. Jednak szybko przekonałam się, że na Islandii też jest to możliwe. Na ogromnych przestrzeniach wiatr nabiera prędkości. Gdy brakuje roślinności zbiera pył i drobne kamienie. Uderza nimi o wszystko na co natrafi. Po tym dniu można było pisać po wszystkim, łącznie z naszymi ubraniami. Nauczyliśmy się również wchodzić i wychodzić z samochodu pojedynczo. Przy otwieraniu obu drzwi na raz traciliśmy kontrolę, powstawał ogromny przeciąg, który wymiatał co lżejszą zawartość samochodu i miotał drzwiami, przed zniszczeniem których ostrzegano nas w wypożyczalni. 


Przez cały dzień podróżowaliśmy po rejonie, w którym nie spotkaliśmy nikogo. Był to jedyny taki dzień podczas całej naszej podróży po i tak przecież najsłabiej zaludnionym kraju Europy. 



Wulkaniczna pokrywa przypominała miał węglowy. Jednak góry i tworzące się w obniżeniach zbiorniki wodne urozmaicały krajobraz. 



Każde miejsce zachwycało nas, a czasem wręcz trudno było nam uwierzyć w to, co widzimy.







Jedyne żyjące organizmy jakie napotkaliśmy w tym dniu to rośliny.





Latem na Islandii wszystko kwitnie spiesząc się by wykorzystać wszelkie atuty arktycznego lata - ciepło, słońce i owady, które zapylają rośliny. Od czasu do czasu widzieliśmy kępki kwitnących roślin, które z wyglądu wydawały się znajome. Jednak po sprawdzeniu okazało się, że ta powyżej na zdjęciu nie ma nawet polskiego odpowiednika - armeria maritima, inny rodzaj to karłowata lepnica nadmorska. 



Gdy dotarliśmy w pobliże lodowca nasza droga skończyła się. Ilość strumieni, które tworzył topiący się lód uniemożliwiały dalszą jazdę. Zostawiliśmy więc samochód i ruszyliśmy na spacer. 



Czerwona skała wyglądała jak niedawno wyrzucona z wnętrza Ziemi. 


Bliżej lodowca w zasięgu płynącej rozczłonkowanymi strumieniami wody pojawiały się mchy.



Woda zmieniała bieg, tworząc własne ślady niedawnej obecności. 



Przestrzeń bez zapachów, bez odgłosów, bez dźwięków poza świszczącym wiatrem...nawet bez konieczności prowadzenia rozmów dała nam wytchnienie, była jak katharsis oczyszczające umysł. Niezwykłe doświadczenie. 





Po takiej podróży wzięcie jabłka do ręki, owocu z drzewa, którego próżno szukać w tym krajobrazie daje wiele radości. Uwielbiam tę szarlotkę, ma kruchą skorupę skutecznie utrzymującą wypełnienie z jabłek, których jest w cieście odpowiednio dużo :) Zapraszam do zrobienia ciasta. 

8 komentarzy:

  1. Szarlotki nie upiekę,nie umiem piec.
    Ale zjem chętnie i lubię dobrą szarlotkę.
    Przeniosłam się dzięki Wam w cudowną krainę,pozbawioną jazgotu,wręcz
    nierealną.
    Uwielbiam takie pustkowia.Ucieczka od cywilizacji czasami jest potrzebna.
    Piękne zdjęcia pięknych miejsc.
    Pozdrawiam-)))
    I.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję Małgosiu. Piękna relacja. Jeszcze czuję zapach, jeszcze czuję to ciepło i moc wiatru ale też grozę ciemnych, nie do przebrnięcia przestrzeni. Wasze zdjęcia odwołują mnie w tamto miejsce. W mojej głowie słyszę wezwanie do kolejnego powrotu...

    OdpowiedzUsuń
  3. Islandia, taka dzika , pierwotna :)
    A szarlotki uwielbiam , ta tu taka perfekcyjna, z urocza krateczką

    OdpowiedzUsuń
  4. Wspaniała szarlotka . I piękna!
    Noszę się z zamiarem upieczenia, ale teraz wiem, że stanie się to wkrótce.
    Islandzkie bezkresy pozytywnie działają na duszę.

    OdpowiedzUsuń
  5. Oj, szarlotkę chętnie bym teraz podjadła, wygląda bajecznie!
    A Islandia kusi! Przyglądam się Waszym zdjęciom i jest w nich coś niesamowitego, klimat fantastyczny! :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Najbardziej zaintrygowała mnie szarlotka:)
    Ale miejsca na Waszych zdjęciach intrygujące...

    OdpowiedzUsuń
  7. Dzień dobry, w przyszłym roku wyjeżdżam na Islandię do rodziny i do pracy.
    Jest ona z wielu względów bardzo mi bliska. Jestem z Gdyni, więc coś już nas łaczy.
    Uwielbiam gotowac, piec i pitrasić to drugie co nas łączy.
    Cudowny blog. Ciesze się, ze Was odnalazłam. Trafiłam do Was szukając przepisu i pomysłu na inny bigos niż zwykle... Dziękuję za inspirację. Joanna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo nam miło i cieszymy się zawsze spotykając ludzi o podobnych pasjach jak nasze, bo to jakby po części duchowe pokrewieństwo. Trzymamy kciuki za wyjazd, żeby był jak najmilszym doświadczeniem. Takich krajów jak Islandia pewnie jest niewiele na Ziemi, tak dzikich, pięknych i słabo zaludnionych. Dziękujemy za odwiedziny i pozdrawiamy serdecznie. Bigos jest pyszny, ale w naszym domu potrawy mięsne to coraz większa rzadkość, bo połowa przeszła na wegetarianizm :)

      Usuń