Rudzikowe portfolio.

Rudzikowe portfolio.

Nadal każdą wolną chwilę spędzamy w lesie. Jest coraz ciemniej, bo to las składający się głównie z buków i wyrosłe już liście powodują, że zdjęcia robi się coraz trudniej. Nas to oczywiście nie zraża w żaden sposób i spędzamy w nim po kilka godzin, chodząc z aparatem. Dziś kilka zdjęć naszego ulubieńca - rudzika. Pisaliśmy już o nim w tym poście - KLIK. Dziś zatem nie rozpisujemy się zbytnio, a zainteresowanych informacjami o tym ptaszku odsyłamy do poprzedniego wpisu. 

Tarta z kremem migdałowym i rabarbarem.

Tarta z kremem migdałowym i rabarbarem.

Dziś propozycja tarty z rabarbarem. Rabarbar jest teraz produktem sezonowym i warto korzystać z jego wyjątkowego smaku. Pokusiłam się na dekoracyjne wykończenie, dość pracochłonne, które podejrzałam w wyszukiwarce grafiki. Jeśli jednak nie będziecie mieli na nie czasu zróbcie bez kratki, pokrojony na kawałki rabarbar też będzie tu świetnie pasował.

Tarta z kremem migdałowym i rabarbarem


Składniki :
składniki na foremkę prostokątną o wymiarach zewnętrznych 35 cm x 11 cm lub okrągłą o średnicy 22 cm 

na ciasto :
170 g mąki krupczatki
70 g masła
40 g cukru pudru
2 żółtka jaj L
szczypta soli
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego
1,5 łyżki zimnej wody
 
na krem migdałowy:
80 g mielonych migdałów
45 g cukru pudru
20 g masła
1 żółtko z jaja xl
1 łyżeczka ekstraktu migdałowego
1 łyżeczka skórki otartej z cytryny
szczypta soli

plecionka z rabarbaru:
800 g rabarbaru o jednakowych, niezbyt grubych łodygach
1 szklanka wody
1/2 szklanki cukru pudru



Ciasto szybko zagnieść (lub zmiksować w melakserze), tylko do połączenia składników w gładką masę. Włożyć zawinięte w folię na godzinę do lodówki.

Masło do kremu migdałowego rozpuścić w rondelku i podgrzewać na wolnym ogniu aż zacznie brązowieć. Odstawić do ostygnięcia. Pozostałe składniki kremu utrzeć razem i dodać na koniec ostudzone masło.

Po odpoczynku w chłodzie wyłożyć ciasto i odczekać kilka minut. Rozwałkować (zwykle robię to między dwoma kawałkami folii spożywczej) i wyłożyć na wysmarowaną tłuszczem formę do tarty. Nakłuć widelcem ciasto, przykryć pergaminem i obciążyć. Piec w nagrzanym piekarniku do 180 stopni przez 15 min. Następnie wyjąć formę z piekarnika, zdjąć obciążenie z pergaminem,  wyłożyć na ciasto krem migdałowy i piec kolejne 25 minut. Po upieczeniu ostudzić.

Przygotować rabarbar. Opłukać łodygi i obrać z zewnętrznych włókien. Odkroić brzegi wklęśnięcia łodygi ze strony, gdzie to jest, żeby łodyga była równa. Przekroić ją na pół ostrym nożem w taki sposób, żeby kawałki miały równą grubość. Jeśli wybierzecie grube łodygi to możecie pokroić je wzdłuż na 3 lub 4 kawałki.

W garnku o dużym dnie lub patelni zagotować wodę z cukrem pudrem. Na gotującą włożyć pokrojony rabarbar. Tak naprawdę musicie obserwować rabarbar, bo przegotowany natychmiast się rozpadnie. Musi zmięknąć, ale też zachować swoją formę. Trudno podać tu dokładny czas, bo zależy on od grubości kawałków, moje dość cienkie gotowały się tylko 2 min i były akurat. Rabarbar wyjąć na papierowy ręcznik czy pergamin i odsączyć. Następnie zrobić plecionkę. Można zacząć na blacie, ale gdzieś w połowie warto ją przenieść na wierzch tarty i tam dokończyć. Cała w czasie przenoszenia może się rozpaść. Dociąć brzegi nożyczkami kuchennymi. Płyn powstały z gotowania rabarbaru zredukować do gęstego syropu, następnie posmarować nim rabarbar.

 O tym co nowego w lesie wiosną 2016 r.

O tym co nowego w lesie wiosną 2016 r.

Dziś znów o lesie i o przyjemności bywania w miejscu, które tak kochamy. Zmiany, zwłaszcza w ptasim świecie zachodzą tu bardzo szybko, dlatego dziś o nich.
Chęć obserwacji ptaków powoduje konieczność bardzo wczesnego wstawania. Jestem w tym zaprawiona, bo wstaję do pracy bardzo wcześnie rano. Wysuwam się więc z ciepłego łóżka, w którym pozostawiam błogo śpiącą bratnią duszę. Wypijam ciepłą kawę, zabieram teleobiektyw i ruszam w samotny spacer zobaczyć jak dzień się budzi. Uwielbiam te poranne wyjścia (ku trwodze moich bliskich), bo jestem w tym lesie zupełnie sama. Nie licząc oczywiście jego mieszkańców. To oni są dla mnie najbardziej interesujący. Poranne powietrze, lekko arktyczne ma w sobie zapach świeżości i wilgoci ziemi. Las rozbrzmiewa śpiewem ptaków. Piękno natury jest tu czymś niezastąpionym. 

Sarny skubią świeżą trawę niedaleko domu.
 


Suflet serowy z rukwią wodną.

Suflet serowy z rukwią wodną.

Oto bogate w smaki danie - suflet serowy. Pomysł zaczerpnęłam od Kasi prowadzącej bloga "Humanistka w kuchni". Przepis Rachel Khoo, z którego skorzystała Kasia nieco ewoluuje. Proporcje dania dostosowałam do naszych ramekinów i wzbogaciłam smak sufletu rukwią wodną. Niełatwo ją kupić, jeśli więc będziecie chcieli ją czymś zastąpić to polecam ulubione zioła np. tymianek, czosnek niedźwiedzi dostępny o tej porze roku, szczypiorek itp. Można też z tych dodatków zupełnie zrezygnować, suflet też będzie i w takim wydaniu bardzo smaczny.

Suflet serowy z rukwią wodną



Największy z dzięciołów - dzięcioł czarny.

Największy z dzięciołów - dzięcioł czarny.

Uganialiśmy się za nim od roku. Wiedzieliśmy, że w naszym lesie bywa, choć trudno go spotkać. Jest wręcz rzadkością, poza tym jest płochliwy. Kilka dni temu przypadkowo zaobserwowaliśmy go w głębi lasu bukowego. Udaliśmy się w tamtą okolicę zaopatrzeni w dwa teleobiektywy i lornetkę. Znów pojawił się w oddali. Przeleciał wbijając się szponami w kolejne drzewo by obserwować teren, po czym zrobił coś, czego nie mogliśmy się spodziewać. Przeleciał kilkadziesiąt metrów w naszym kierunku i wylądował z przenikliwym piskiem tuż nad naszymi głowami. Nie mogliśmy uwierzyć w swoje szczęście. Nie zdarzyłoby się to, gdybyśmy przez przypadek nie zatrzymali się obok sporej dziupli.


Dzięcioł czarny to największy z dzięciołów. Od popularnego dzięcioła dużego, o którym już pisaliśmy, jest prawie dwa razy większy. Mierzy bowiem ponad czterdzieści centymetrów, a rozpiętość jego skrzydeł sięga siedemdziesięciu. Na zdjęciu obok dziupli przysiadł samiec charakteryzujący się dużą czerwoną czapeczką na głowie i węższą od samicy szyją. 


Samica ma czerwoną plamę z tyłu potylicy, część głowy jest zaś czarna. Ciekawie wyglądają jasne oczy kontrastujące z czarną sylwetką. To ona zawitała w pobliże dziupli chwilę po przylocie swego partnera, po czym weszła do środka. Pomyśleliśmy, że sprawdza potencjalne miejsce zamieszkania, ale wyraźnie nie zamierzała się ewakuować.


I znów pojawił się on. Minęło ledwie kilkanaście sekund od przylotu dzięcioła, gdy ten nagle lekko odsunął się na bok, by dać miejsce wylatującej z dziupli samicy. Byliśmy zaskoczeni. Nie sądziliśmy, że dziupla jest rzeczywiście zamieszkała. Po dalszych obserwacjach nie mieliśmy już wątpliwości, że to para, która wkrótce będzie wychowywać dzieci.


Dzięcioły czarne wykuwają spore dziuple. Zajmuje im to zwykle około dwóch tygodni. Owalny otwór wejściowy ma około 10 centymetrów, a głębokość dziupli sięga pół metra. Okolica dziupli jest zmasakrowana przez twardy dziób i podrapana przez ostre pazury ptaka. "Nasze" dzięcioły wybrały na swoją siedzibę buk, ale równie chętnie zasiedlają sosny, rzadko zaś świerki. Samica składa od 3 do 5 jaj, po czym wysiaduje je na zmianę razem z samcem. Zmieniają się w dziupli co godzinę, czasem dwie, by się pożywić i "rozprostować kości". Dziupla jest na tyle duża, ze spokojnie mogą się w niej zmieścić oboje, w przyszłości z kilkorgiem młodych. 


Podczas wysiadywania jaj dzięcioły czarne są ostrożne. Rzadko przylatują bezpośrednio do miejsca zamieszkania. Najpierw wolą zlustrować teren, czy nie czai się jakiś podejrzany osobnik. My maskowaliśmy się przy pobliskim drzewie. Dzięcioła wypatrzyliśmy na okolicznej sośnie. Później przyleciał jeszcze bliżej siadając wysoko na gałęzi, po czym ruszył do dziupli.


Czas na zmianę warty. Właśnie wróciła samica, co jest sygnałem dla samca, że kolej na niego by rozejrzeć się po okolicy...


... po czym ruszyć w teren na żer.


Zanim wyklują się pisklęta mija około dwóch tygodni. To czas gdy dzięcioły toczą relaksujący tryb życia. Siedzą na jajach odpoczywając w dziupli i pożywiają się. Są terytorialne i nie przepadają za konkurencją. Gdy pojawią się młode czekają je permanentne polowania by je wyżywić, a to znacznie większy wysiłek niż obecne oczekiwanie na potomstwo.


Pokarmem dzięcioła czarnego są larwy owadów żerujące pod korą drzew oraz w martwym drewnie. Lubi mrówki, szczególnie gmachówki, które budują gniazda m.in. w próchniejących pniach. Nie stroni  też od rozgrzebywania mrowisk, zwłaszcza zimą gdy brakuje pokarmu. Jako duży ptak posiada ogromną siłę, mimo ledwie trzystu gram wagi i potrafi wygrzebać dziurę do głębokości 1 m. W wyjadaniu mrówek pomocny jest mu język, który ma dwa razy dłuższy od dzioba.


Jego bębnienie słychać po lesie (potrafi wykonać 17 uderzeń na...sekundę ;), choć nie różni się od równie hałaśliwych dzięciołów dużych lub średnich. Dlatego trudno go na tej podstawie zidentyfikować. Za to głos ma bardzo rozpoznawalny, krzykliwy i różniący się od pisków jego mniejszego kolegi.


Nasz ulubiony znawca ptaków, doktor Kruszewicz, którego gawędy usłyszycie czasem wcześnie rano w Trójce opowiadał anegdotę o transporcie samic dzięcioła czarnego do Berlina. Osobiście zapakował je do dwóch oddzielnych skrzyń wykonanych z grubej sklejki, po czym ruszył w trasę swym autem. Już za Warszawą usłyszał szalone walenie dziobami, ale sądził że znudzi im się. Jednej się nie znudziło. Do granicy dzięciolica wyrąbała dziurę przez którą nie mogła jeszcze wyjść, ale mogła już walić dziobem w ścianę samochodu. Ornitolog "załatał" dziurę kostką brukową i to na szczęście zniechęciło ptaka do dalszych awantur.


Teraz z ekscytacją czekamy na młode. Na razie przestaliśmy odwiedzać "nasze" dzięcioły, by nie wzbudzać w nich niepokoju. Niech spokojnie dotrwają do narodzin. Pojawimy się pewnie ponownie za dwa tygodnie, gdy dzieci będą najpierw kwilić, a potem wychylać swe dzioby z dziupli w oczekiwaniu na pożywny pokarm. Dzięcioł na razie relaksuje się, ale pewnie ma świadomość, że wkrótce będzie musiał dostarczać żywność dla swych dzieci.

Po czternastu dniach las się zazielenił i w dziupli nastąpiły spore zmiany.


I oto są. Dwa młode dzięcioły czarne wyraźnie domagają się pożywienia, wystawiając swe dzioby z dziupli, by przyjąć porcję białka. Rodzic właśnie przyleciał z pokarmem i przygotowuje się do karmienia. Nie wiemy ile młodych wykluło się z jaj. Zwykle są to cztery osobniki. My zaobserwowaliśmy dwójkę dzieci, ale dorosłe dzięcioły wchodziły do dziupli, być może po to by nakarmić inne, mniej dynamiczne osobniki, niż te na zdjęciu. 


Jedno z dzieci wyjątkowo domagało się jedzenia. Potrafiło mocno wychylić się, by nie dopuścić braci, czy sióstr do świeżego jadła. Rodzice byli jednak na tyle przebiegli, że dali jeść nie tylko głodomorowi.



Minął kolejny tydzień ...

Zwróćcie uwagę, że młody dzięcioł ma wciąż ciemne oko. Dopiero później zacznie się ono rozjaśniać. Czerwona czapeczka na głowie widnieje już od małego. To młody samiec, który nawoływany przez ojca lub matkę nie zamierza jeszcze opuszczać dziupli. Słyszeliśmy te nawoływania i nerwowe rozglądanie się młodego. Wyraźnie nie był jeszcze gotowy na samodzielność, choć rodzice nawet po opuszczeniu przez niego dziupli wciąż będą go dokarmiać, podobnie jak jego rodzeństwo.


Obserwując młodego wypatrującego rodzica, staraliśmy się zwrócić jego uwagę. Puściliśmy mu głos dorosłego dzięcioła czarnego. Młody zaczął rozglądać się, ale nie mógł wypatrzeć interesującego go ptaka. Wyglądał to w górę to w dół, by zlokalizować nadlatującego rodzica. 


W końcu zmęczony schował się, wychylając ledwie swój dziób w gotowości do przejęcia smakowitych kąsków. Postanowiliśmy ewakuować się z okolic dziupli. Dorosłe dzięcioły pojawiają się w jej okolicy mniej więcej raz na godzinę, częściej gdy nie zaobserwują niczego podejrzanego. Nasze teleobiektywy nie wzbudzały w nich specjalnego entuzjazmu. Wiemy o tym, bo widzieliśmy je przelatujące ponad drzewami, siadające gdzieś wysoko, by nie zdradzić miejsca zamieszkania ich dzieci. Zawsze jednak trafiały do rodzinnej dziupli, która ma około pół metra głębokości i gdzie młode czekają na życiodajny pokarm. Wkrótce usamodzielnią się i będziemy mieli kolejną populację tych wspaniałych ptaków penetrujących okolicę.


Kolejnego dnia dziupla opustoszała. Trzymamy kciuki za młode dzięcioły, żeby dorastały szczęśliwe  :)
Aromatyczna wieprzowina z dynią piżmową.

Aromatyczna wieprzowina z dynią piżmową.

Wiosenny czas upływa nam na harcach po lesie, ptasich obserwacjach i niewiele czasu zostaje na gotowanie. Tym bardziej cenimy sobie dania, które można przygotować wcześniej, a po podgrzaniu dzień później smakować będą jeszcze lepiej niż na świeżo. Tak właśnie jest z poniższym obiadem. Jeśli dodam, że połączenie mięsa i dyni jest jednym z naszych ulubionych, tym bardziej mamy motywację, by sięgnąć po takie smaki.


AROMATYCZNA WIEPRZOWINA Z DYNIĄ PIŻMOWĄ