Azjatyckie pierożki na dwa sposoby i wizyta w singapurskim Sungei Buloh Wetland Reserve.

Każda wizyta w tym państwie - mieście wywołuje w nas pozytywne emocje. Singapur to taka poukładana wersja Azji południowo-wschodniej. Jest tu przewidywalnie, czysto, punktualnie, nowocześnie, a przy tym dość tu egzotyki, by przeciętny europejski przybysz poczuł się jak w innym świecie. Dla nas Singapur to zwykle kilkudniowy przystanek przed podróżą w bardziej "azjatyckie" klimaty. Tak było i tym razem, ale zanim odlecieliśmy dalej, postanowiliśmy odkryć jedno z miejsc, które było dla nas do tej pory obce.

Aż dziw bierze, że w mieście gdzie mieszka ponad 5 milionów ludzi można spotkać pełen zwierząt rezerwat. Sungei Buloh Wetland Reserve znajduje się na północy wyspy, nad cieśniną Johor będącą naturalną granicą z Malezją. To raj dla "ptasiarzy", czyli dla nas. Przybywają tu bowiem migrujące ptaki z różnych okolic Azji, ale też znajdują swój dom lokalne ptaki, dla których gęste namorzyny, bagna, las, woda, są wyjątkowo przyjaznym środowiskiem. Kilka lat temu władze Singapuru zbudowały drewniane pomosty, które ładnie komponują się z otaczającą przyrodą. Umożliwiają obserwacje fauny i flory. Mając taką możliwość nie zastanawialiśmy się ani chwili i następnego dnia po przylocie wykorzystując piękną słoneczną pogodę udaliśmy się do rezerwatu. Nie było łatwo, bo wstaliśmy po piątej rano, czyli po 22.00 naszego czasu. Zjedliśmy śniadanie, czyli jakby późną kolację w Polsce. Po 7.00 chodziliśmy już po szlakach rezerwatu, wiedząc  że mamy zaledwie kilka godzin, by zaobserwować aktywność zwierząt przed późniejszym piekłem 33-stopniowego upału. Na terenie rezerwatu nie ma miejsc, gdzie można coś zjeść, czy kupić jakieś napoje. I całe szczęście, bo dzięki temu miejsce to zachowało swój naturalny charakter. Dlatego zaopatrzyliśmy się wcześniej w wodę, by przetrwać upał. Czekało nas bowiem około 8 kilometrów szlaków do przejścia. 


Ale zanim opowiemy co zobaczyliśmy, ugotujemy jedno z wielu dań, które w singapurskich foodcourt'ach nas zachwyciło. To azjatyckie pierożki z różnymi nadzieniami podawane w bulionie, albo alternatywnie na talerzu z sosem sojowym i chili. Dziś będą wieprzowe...

Bulion drobiowy z azjatyckimi pierożkami wieprzowymi



Składniki na 3 porcje zupy:

rosół z kurczaka
1 pak choi*
cytryna lub limonka

Składniki na ciasto, na ok. 30 małych pierożków:
130 g mąki pszennej z dużą zawartością białka
85-100 g wrzącej wody

Składniki na nadzienie:
190 g surowego, niezbyt chudego boczku, zmielonego
3/4 łyżki sosu sojowego
1 dymka (tylko szczypior)
1/2 łyżeczki sosu ostrygowego
1/4 łyżeczki cukru
1/2 łyżeczki startego, świeżego imbiru
1/4 łyżeczki mielonego imbiru
1/4 łyżeczki soli
30-35 g wrzątku
chili do smaku

Wykonanie:

Ugotować na wolnym ogniu bulion z kurczaka z wolnego wybiegu z dodatkiem włoszczyzny (przez kilka godzin).

Do naczynia odmierzyć mąkę i wlać wrzącą wodę. Należy najpierw dodać większą część i wymieszać z mąką aż powstaną grudki. Jeśli masa będzie zbyt sucha, wtedy dodać resztę wody (każda mąka wchłania inaczej). Gdy mieszana masa przestanie po chwili być gorąca, wyłożyć ja na blat i ugnieść zwarte i gładkie ciasto, zawinąć je jeszcze ciepłe w folię spożywczą czy woreczek foliowy  i odłożyć żeby odpoczęło na ok. 1 godzinę.  
Szczypior z dymki i starty świeżo imbir zalać w kubeczku wrzącą wodą i odstawić na ok. 10 minut.

Zmielony boczek włożyć do miski, dodać przyprawy i wodę z posiekanym szczypiorem i startym imbirem. Całość razem dokładnie wymieszać i odstawić na kilka minut.

Ciasto, które odpoczęło przez około pół godziny podzielić na dwie części. Jedną trzymać w woreczku, a drugą, podsypując mąką rozwałkować jak najcieniej. Wykrawać krążki (ja robiłam to obręczą o średnicy niecałych 7 cm), nakładać farsz łyżeczką od kawy i zlepiać tak jak na filmie (od 3.30) lub w inny dowolny czy ulubiony sposób. Powtórzyć z pozostałą częścią ciasta. Pierożki odkładać na omączoną deskę.


Liście pak choi umyć (po jednym na każdą porcję zupy). Pokroić w poprzek w paski.
Pierożki ugotować we wrzącej wodzie z dodatkiem soli i łyżki oleju przez 6 minut. Wyjąć do miseczek, w których będziemy podawać bulion. Podgrzać odpowiednią porcje rosołu, na gotujący wrzucić pod koniec na 30 sek. białe części pak choi, a liście na kilka sekund. Zalać pierożki. Do każdej porcji zupy dodać po kilka kropli soku z cytryny lub limonki do smaku. Spowodują, że rosół stanie się lekki i świeży w smaku. Chili dozować wg uznania.
Ważne:
-nie zamieniajcie boczku innym mięsem wieprzowym,  mielonym; boczek ma odpowiednią tłustość i dzięki temu farsz jest soczysty,
-pierożki robione w opisany sposób są bardzo małe, mniej więcej  są tak długie jak połowa kciuka i trochę szersze,
-pak choi* możecie zastąpić szczypiorem z dymki, pokrojoną cukinią, kapustą pekińską, szpinakiem czy innym zielonym warzywem, chodzi o dodanie elementu chrupkiego i zielonego.


Azjatyckie pierożki z domowym sosem chili

 

Dokładnie te same pierożki po ugotowaniu podajemy na talerzu z sosem chili i ewentualnie polewamy niewielką ilością sosu sojowego.

Domowy sos chili:
2 ostre czerwone papryczki
mały dojrzały pomidor
ząbek czosnku
kilka łyżek octu winnego
cukier palmowy (lub trzcinowy)
sół
łyżka oleju roślinnego
kilka łyżek bulionu

Nie podaję dokładnych ilości, bo smaki należy zrównoważyć. Na oleju podsmażamy czosnek. Dodajemy pokrojone papryczki, pozbawione części nasion ze środka i pokrojonego drobno pomidora bez skórki. Po minucie smażenia dodajemy ocet winny i cukier, w takiej ilości aby zrównoważyć smak słodko-kwaśny. Gotujemy 2-3 minuty, aż płyn zredukuje się. Dodajemy bulion i gotujemy kolejne kilka minut. Solimy do smaku. Studzimy. Następnie miksujemy całość, aby uzyskać sos o dość gęstej strukturze.



Wracamy do rezerwatu.

Sungei Buloh Wetland Reserve to bagienny obszar porośnięty lasami namorzynowymi. Słodko-słone wody mieszają się ze sobą przyciągając różne gatunki zwierząt. Różnice poziomu wody między przypływem, a odpływem sięgają 5 metrów. Warto więc sprawdzić przed wizytą w rezerwacie kiedy mają miejsce, by móc zobaczyć różne stworzenia, pojawiające się w zależności od poziomu wody.


Do Sungei Buloh Wetland Reserve przyjechaliśmy przede wszystkim po to, by w naturalnych warunkach przyjrzeć się przedziwnej rybie, skoczkowi mułowemu. Już przy wejściu do rezerwatu zobaczyliśmy jej "pomnik" - ikonę rezerwatu.


Zanim jednak ją znaleźliśmy w pierwszych promieniach słońca zobaczyliśmy gigantyczne pajęczyny...


... oraz ich właścicieli. Oto jeden z nich - prządka olbrzymia czyli "golden ord web spider", której angielska nazwa pochodzi od złotawego koloru pajęczej sieci.


Idziemy dalej i zauważamy pięknego, kolorowego ptaka. To olive backed sunbird, czyli ptak o oliwkowym grzbiecie. Widzieliśmy już wiele różnych sunbird'ów. Wszystkie sa piękne i kolorowe, najładniej wyglądają, gdy ich pióra lśnią w pełnym słońcu. Ten uwielbia lasy mangrowe, nie dziwne więc, że stanął nam na drodze.


Kolejny ptak z tego gatunku to copper throated sunbird. To rzadki okaz, tym bardziej ucieszyliśmy się, że mogliśmy zobaczyć go w naturalnym środowisku. Podobnie jak jego kolega również uwielbia mangrowce. Charakterystyczne, długie, lekko zakrzywione dzioby sunbird'ów sprawiają, że oprócz zjadania insektów, pożywiają się nektarem z kwiatów o dzwonkowatych kształtach. Na poniższym zdjęciu uwieczniliśmy samiczkę. Bardziej kolorowy samiec niestety nie zaszczycił nas swoją obecnością.


Bardzo ucieszyliśmy się widząc wilgę chińską. Ten piękny żółty ptak migruje z Chin lub Indii do Azji południowo-wschodniej


Zjawisko migracji ptaków fascynuje nas nie od dzisiaj. Potrafią przebyć kilka, czasem kilkanaście tysięcy kilometrów, by znaleźć odpowiednie miejsce na dobranie się w pary, złożenie jaj i wychowanie potomstwa. Wiedzą kiedy wyruszyć w drogę, nie potrzebują nawigacji by trafić we właściwe miejsce. Sungei Buloh jest jednym z miejsc, dokąd ptaki przylatują z tak odległych miejsc jak Rosja, Mongolia, Północne Chiny, Japonia, czy Korea. Niektóre z nich odpoczywają tu jakiś czas, kontynuując swą wędrówkę do Australii i Nowej Zelandii. Przylatują zwykle we wrześniu, a odlatują w marcu, znajdując bezpieczne schronienie od zimy. Oto kolejny podróżnik przybywający z Indii lub może z Chin - krawczyk krasnolicy.


A to lokalny mieszkaniec - gołąb różowoszyi. Podobny do naszego, choć różnią go bardziej intensywne kolory.


Doszliśmy do północnej części rezerwatu. Widać stąd w szarym, porannym świetle malezyjski brzeg i miasto Johor Bahru.


W płytkich wodach cieśniny zabawia się spora ilość ptactwa. Oto znana również u nas czapla,


siewka złotawa


i małe egrety, będące tu stałymi mieszkańcami. Często siadają na konarach drzew kryjąc się przed słońcem.


Właśnie na drzewach zauważyliśmy inne ptaki z gatunku czapli, na przykład tą czaplę białoskrzydłą,


black crowned night heron'a zwanego  u nas ślepowronem zwyczajnym


oraz white-breasted waterhen, czyli wodną kurę. Ta uwielbia bagna i wodę, żywi się insektami, robakami oraz nasionami różnych roślin.


Możecie zapytać dlaczego podajemy czasem polskie, a czasem obcojęzyczne nazwy ptaków. Niestety nie zawsze mają one naszą rodzimą nazwę. A może po prostu do nich nie dotarliśmy. Czasem angielska nazwa lepiej opisuje wygląd zwierzęcia. 

Idziemy dalej i spotykamy dzięcioła żółtoszyjego. Ptak tak zapamiętale zajął się konarem drzewa, że pozwolił zbliżyć się na dziesięć metrów. Zwykle płochliwy, nie interesował się nami stukając w drzewo i wydobywając zeń smakowite kąski.



Nasz szlak prowadzi leśnymi ścieżkami


oraz drewnianymi pomostami ponad poziomem wody, która potrafi podnieść się o kilka metrów.


Będąc wśród drzew nad wodą wypatrujemy nasze ulubione ptaki - kingfisher'y czyli zimorodki, które siadają na drzewach i obserwując wodę polują na ryby, wpadając do wody i łapiąc je swym ogromnym dziobem. Zimorodki widywaliśmy wielokrotnie, zwłaszcza w Indiach, zarówno nad morzem w prawie bezludnej okolicy, jak również w miejskim środowisku Varanasi, gdzie łowiły ryby w Gangesie. Ptaki te mają ciekawą budowę, długi mocny dziób, nieproporcjonalnie duży w stosunku do reszty ciała i nieduże, wąskie ciało pozwalające mu nurkować. White collared kingfishera widzimy po raz pierwszy.



W rezerwacie, choć koncentrujemy się głównie na ptakach, nie ignorujemy roślinności, która dopełnia piękno okolicy. Oto kilka przykładów.




W końcu wypatrujemy bohatera dnia - skoczki mułowe. Potrafią się nieźle kamuflować, bo ich ciało zbliżone jest do kolorów środowiska, w którym przebywają. Większość czasu w trakcie odpływu spędzają w błocie lub w niewielkich kałużach. Są w stanie oddychać przez skórę, ale ta wymaga nawilżenia, stąd co jakiś czas muszą znaleźć kałużę wody.




Potrafią wspiąć się na okoliczne rośliny


albo po prostu wypoczywać w błocie.


Zauważyliśmy też młode, bardzo młode skoczki mułowe. Te nerwowo pływają w wodzie nie wychodząc na ląd, dopóki nie dorosną.


Dorosłe skoczki mułowe walczą o swoje terytorium nie stroniąc od konfrontacji. Rozkładają swe "skrzydła" na plecach, by wystraszyć konkurenta.




Kolejne godziny sprawiły, że temperatura stała się coraz bardziej nieznośna. Nie tylko dla nas, ale też dla malajskiego gigantycznego jaszczura zwanego monitor lizard. Dorosły osobnik nie jest jadowity, ale jego wielkość sprawia, że lepiej go omijać szerokim łukiem.


Młody, choć mniej śmiały jest jadowity. Może dlatego, że nie jest w stanie straszyć wroga swą posturą, którą osiągnie za lat kilka.


I tak chodziliśmy sobie szlakami rezerwatu wypatrując kolejne zwierzęta. Było coraz cieplej, a że dla nas był to pierwszy dzień pobytu, nasza tolerancja na żar lejący się z nieba była znacznie niższa niż później. Niemniej wypatrzyliśmy jeszcze krokodyle, których jest tu niewiele, choć amatorzy pływania kajakami czasem spotykają je na swej trasie. Nie pozostaje im nic innego jak ominąć agresywnego osobnika.


Oto skrzypłocz, posiadający solidny pancerz. To zwierzę przywołuje swych przodków sprzed kilkuset milonów lat. Niewiele zmieniło się od tamtych czasów.


Na konarze drzewa spotykamy wiewiórkę orientalną, bliską kuzynkę naszej europejskiej wiewiórki.


Nasz szlak mija kilka punktów widokowych. Wspinamy się na jedną z wież, z której widać okoliczne namorzyny i terytorium Malezji.


Idziemy dalej, by zobaczyć żółwie, 


ważki



i jaszczurkę, green crested lizard.


A w błotnistej mazi spacerują kraby. W trakcie przypływu wchodzą na drzewa. Podczas odpływu grzebią się w błocie i w błotnych kopcach tworzonych przez homary mułowe, których podczas naszego krótkiego pobytu nie byliśmy w stanie wypatrzyć.



Zobaczyliśmy natomiast najwolniejszego ślimaka na świecie. Oto pełzacz błotny.


Zbliżając się do mety naszej dzisiejszej wyprawy spotkaliśmy pasjonata fotografii, który w Sungei Buloh spedził wiele dni w ciągu ostatnich pięciu lat. Pokazał nam piękne zdjęcia orłów łowiących ryby i węże, wynik wielu godzin "polowania" na takie ujęcia. Zwrócił też naszą uwagę na nietoperze, które znalazły schronienie w Visitor's Centre.


Na tym zakończyliśmy naszą wizytę w rezerwacie. Żar lejący się z nieba nas pokonał. Na szczęście klimatyzowany autobus ożywił nas, a zimne napoje i prysznic w hotelu przywróciły witalność. Byliśmy w stanie mierzyć się z kolejnymi atrakcjami Singapuru, o czym opowiemy innym razem.

Komentarze

  1. Singapur to wciąż miejsce na liście do odwiedzenia, właśnie ze względu na to miejsce, bo miasto samo w sobie ciągnie mnie średnio, jednak chciałabym móc na własne oczy przekonać się, że dzika przyroda i olbrzymia metropolia są w stanie współistnieć bez zagłady dla tej pierwszej

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Basiu-myślimy, że nie byłabyś zawiedziona :) Byliśmy tam po raz kolejny i chętnie wrócimy do Singapuru.

      Usuń
  2. Pierożki pysznie ulepione!
    Uwielbiam azjatyckie pierożkowe dania, a Wasze obie weresje zapowiadają się bardzo smakowicie.
    Mogłabym je zabrać w podróż po Dalekim Wschodzie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Polecamy te pierożki, nam bardzo smakowały :) pozdrowienia

      Usuń
  3. Jak pięknie ulepione pierożki

    OdpowiedzUsuń
  4. Wspaniała wycieczka! Choć te pajęczyny by mnie dobrze wystraszyły, bardzo ale to bardzo nie lubię pająków :) Zdjęcia bardzo przyjemnie się ogląda, szczególnie fajny jest ten skoczek mułowy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Marcelino, pająków było tam całkiem sporo, ale wisiały na swoich pajęczynach na boku ścieżki, albo nad nią. A skoczki rzeczywiście urokliwe, dla nich tam pojechaliśmy :) pozdrawiamy

      Usuń
  5. Tak się zaczytałam, że zapomniałam o wszystkim wokół:-). Uwielbiam Wasze przyrodnicze relacje. A pierożki prezentują się wyjątkowo przepięknie i smakowicie.

    OdpowiedzUsuń
  6. W Azji byłam wielokrotnie, pewnie więcej niż 25 razy. Zachwycałam się przyroda ptakami, robalami, których nigdy nie nazwałam zwierzętami. Ale najpiękniejsze sa Twoje pierożki tylko takie je się w Azji, pozdrawiam
    j

    OdpowiedzUsuń
  7. Ależ zgrabne te pierożki! Podziwiam, mi brakuje cierpliwości do przygotowywania takich cudeniek :)
    Ptaki jak zwykle piękne, i choć nie jestem fanem ornitologii, zawsze z przyjemnością o nich czytam :) Świetne te kolorowe kraby, ale ten pająk... O mamuniu, aż mnie ciarki przeszły i miałam ochotę uciekać!

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...