Podróż do Etiopii - część 22 - Kolorowe jarmarki. Targi plemienne w dolinie Omo.

Powoli żegnamy się z niezwykłymi plemionami w dolinie Omo. Pozostało nam jeszcze jedno wspomnienie. Cofamy się o kilka dni, by przywołać w pamięci wizyty na lokalnych targach, które przyciągają tłumy ludzi.




Odbywają się zwykle w określone dni tygodnia w różnych miasteczkach doliny Omo. Od lat przyciągają okoliczną ludność, czasem wędrującą z promienia wielu kilometrów.


Motywacją jest chęć dokonania zakupów, sprzedaży lub wymiany produktów, ale również możliwość odbycia spotkań, by poplotkować i miło spędzić czas.  


Te dwie piękności to młode kobiety Bana. Plemię liczy około 45.000 osób. Mają sporo wspólnego z plemieniem Hamerów. Dzielą ten sam język i podobne cechy wyglądu. Włosy w które wcierają ochrę, przypominają te noszone przez Hamerki. Będąc sąsiadami, ich zwyczaje też są podobne. Życie kręci się wokół pasterstwa, rolnictwa i myślistwa. Spójrzcie na poniższą scenkę. Coś co nasze społeczeństwo z góry ocenia negatywnie, jest rytuałem codziennym. Trzymanie się kobiet za ręce może, nie nas, ale innych razić.

 

Podobnie jest u mężczyzn. Wzajemne obejmowanie się osób tej samej płci nie budzi sympatii większości naszego społeczeństwa. A tu są to po prostu tradycyjne deklaracje przyjaźni i sympatii. Wielokrotnie widzieliśmy takie obrazki.


Jesteśmy w Key Afer, jednym z miasteczek doliny Omo, położonym na wysokości 1800m n.p.m. Czwartek jest głównym dniem targowym, na który przyjeżdżają ludzie z plemienia Aari, Bana i Hamer. Oto główna ulica miasteczka łącząca boczne uliczki, w których odbywa się handel różnymi produktami.


Całe zastępy kobiet siedzą jedna przy drugiej oferując płody rolne. Przyzwyczailiśmy się już do groźnych min pozbawionych uśmiechu. Ten pojawia się właściwie tylko w trakcie zabawy.


Kobiety sprzedają niewiadomego pochodzenia i przeznaczenia liście,


żywe stworzenia, jak choćby te kury,



albo lokalny rodzaj piwa, którego nawet ja, jego amator, nie odważyłem się spróbować.
 

Są też domowe naczynia, często prawdopodobnie chińskiego pochodzenia,


kanistry wody lub alkoholu oraz sznury przeznaczone do różnych, niewiadomych nam celów.


Generalnie jest kolorowo i chaotycznie. Co jakiś czas przybywają kolejni amatorzy zakupów lub rozrywki. Pomagają w tym ciężarówki, z których wysypują się tubylcy. Czasem środkiem transportu są po prostu własne nogi.


Nawet drobna potrzeba motywuje, by znaleźć się wśród kupujących, albo sprzedających.


Podejrzeliśmy ciekawą scenkę. Kobieta negocjująca z mężczyzną z plemienia Bana przybyła z północnej Etiopii. To tam dziewczyny tatuują sobie brody, poza tym twarze mają znacznie jaśniejsze. Jako anonimowi obserwatorzy nie jesteśmy w stanie wyjaśnić tej historii. Motywacją może być  turystyka albo biznes...
 

Wspomnieliśmy o rozrywce. Głównie mężczyźni spotykają się w anonimowych barach, gdzie dyskutują pochłaniając niemałe ilości różnych trunków. Piwo o barwie wody z kałuży po deszczu na sawannie jest tylko jednym z preferowanych napojów, które oferują lokalni sprzedawcy.


Są też wyszynki, ciemne miejsca o wątpliwej renomie, gdzie można kupić przekąskę, napój lub inny produkt pozwalający przetrwać wśród gawiedzi kolorowego jarmarku.


Jak to bywa w kulturze ludów doliny Omo, obie płcie trzymają się raczej oddzielnie. Panie mają swoje towarzystwo, panowie skupiają się na swoich biznesach i dyskusjach. Ci drudzy jak widać obowiązkowo zaopatrzeni są w małe stołki trzymane w ręce, pozwalające usiąść i odetchnąć po wędrówce w upale, czy nawet lec na ziemi, położyć na nich głowę i na chwilę przysnąć.


Opuszczamy targ pełen ludzi różnej płci w Key Afer i udajemy się do miejsca znajdującego się jakiś kilometr dalej. To targ zwierzęcy odbywający się tego samego dnia, ale mający stricte męski charakter. To mężczyźni są tu głównymi aktorami...


Statystami są natomiast krowy, kozy, owce i inne zwierzęta, z których czerpie się zysk. Zacznijmy do krów ... Etiopia ma ich ogromną populację, około 60 milionów. 


To jednak nie jest wystarczające dla społeczeństwa liczącego 110 milionów ludzi. Właścicieli dużych stad uważa się za krezusów, bo popyt jest ogromny. Bydło to cenna waluta, gwarantująca ludziom wysoki status.


Jednak w społeczeństwie tym dbałość o zwierzęta daleka jest od naszych standardów. Choć na poniższych obrazkach nie widać okrucieństwa, byliśmy świadkami kulejących i cierpiących zwierząt, którymi nikt się nie przejmował. To ciemna strona takich miejsc, ale nie nam sądzić ludzi, dla których stanowi to warunek przeżycia.


Na targu zwierząt odbywa się również handel drobniejszym inwentarzem. Popularna jest sekcja z kozami.



Oto jak odbywa się ich ważenie przed sprzedażą. Mało humanitarnie.


Wśród sprzedających i kupujących są zarówno osoby ubrane "po naszemu" jak i bardzo tradycyjnie. Ci powyżej to bardziej cywilizowani Aari, poniżej zaś Bana.


"Męski" targ zwierzęcy buzuje testosteronem. Kobiety nie łagodzą jego oblicza. Żądzą mężczyźni. Może dlatego właśnie tu doznaliśmy agresji ze strony jednego z uczestników, któremu nie spodobała się nasza wizyta. Pewnie nie liczył na zakup przez nas krowy, czy kozy i wystarczyło to by wyrazić swe negatywne emocje. Właśnie dlatego warto, a właściwie trzeba wynająć przewodnika który uchroni nas od takich skrajnych sytuacji.


By dotrzeć do kolejnego targu w Dimeka, trzeba ruszyć na południe. Droga dobrą terenówką trwa około godziny. Napomknę jednak, że targ ma miejsce dwa dni później, w sobotę. Jest tu podobnie, choć uczestnicy targu są nieco inni. Spotkać można ponownie lud Bana i Hamerów, ale przybywają też Karo i Erbore, pokonujący spore odległości ze swych wiosek.


Sprzedawane są głównie prezentowane na ziemi płody rolne. Czasem zaplącze się tu jakaś owca lub koza, która spanikowana przebiegnie po wysypanych na ziemi ziarnach powodując niewielki kataklizm. Byliśmy świadkami takiej prześmiesznej sytuacji. Zwierzę na szczęście wyszło bez szwanku, sprzedawcom zaś przez chwilę podniosło się ciśnienie...


W przeciwieństwie do targu w Key Afer, ten nie tylko rozciąga się w bocznych uliczkach, ale zajmuje też duży plac i jego okolicę.


Produkty są podobne. Pojawia się żywa kura, dzban, nieznanego pochodzenia butelka z anonimowym płynem,



tytoń do żucia lub palenia,


sezonowe warzywa  i owoce,



napoje, czyli woda lub lokalny alkohol (nie czyńcie zarzutu, że nie sprawdziliśmy),



gliniane naczynia (pewnie tutejsze, nie chińskie),


drewno na opał (zdecydowanie lokalne),


ochra, którą miesza się wodą, masłem i bóg wie czym jeszcze. Wcierana we włosy jest alternatywą dla makijażu. Pozwoli uwieść każdego mężczyznę.


Targ ten wydaje się być bardziej egzotyczny od poprzednich, a ludzie jakby nieco spokojniejsi i mniej agresywni.


Nie brakuje też przybytku, w których ponownie dominują mężczyźni - lokalnego baru. Bez lokalnych trunków nie ma bowiem zabawy.


Ostatnim z targów na jaki trafiliśmy jest targ Dorze odbywający się tradycyjnie w poniedziałek.



Obejrzeliśmy go z okien samochodu. Przejeżdżaliśmy tam po południu, około godziny piętnastej. Duża część biorących czynny udział w handlu i zabawie była wyraźnie pod wpływem alkoholu. Niewielka ilość handlujących, skupiła się raczej na pakowaniu towaru by ruszyć do domu. Za to odsetek krążących wokół baru znacznie się powiększył.


Jeśli chcecie znaleźć się wśród uczestników tego typu imprez musicie zapewnić sobie ochronę w postaci lokalnego przewodnika. Najlepiej miejsca te odwiedzić do południa, kiedy alkohol nie przesłoni jeszcze trzeźwego myślenia tubylców i gdy skupiają się oni na swoich "biznesach" nie zaś na przyjezdnych, zakłócających ich spokój.



Targi w dolinie Omo to fascynujące miejsca dające duże możliwości poznania zachowań przedstawicieli różnych plemion w jednym miejscu. We wioskach początek wizyty skupia się wokół pozowania do zdjęć. Dopiero gdy mieszkańcy są już znudzeni, wracają do swych codziennych zajęć. Tu ludzie skupiają się na targowaniu, wyrażając swe emocje, nie koncentrując się na turyście, będącym tylko niepotrzebnym tłem dla ich kolorytu. Jest też okazja do podglądania wielu niesamowitych scen, czasami dla nas niezrozumiałych, a czasem szokujących albo zabawnych. Jest to szansa na zrobienie ciekawych ujęć, choć nagromadzenie ludzi, duży ścisk i dynamika akcji nie pomaga amatorom, takim jak my. Niemniej wizyta w dolinie Omo, bez odwiedzin tradycyjnych targów wydaje się niepełna. Ta część kultury mocno zakorzeniła się w tym niewielkim (w skali Etiopii) społeczeństwie, które niestety wskutek docierającej tam cywilizacji powoli odchodzi do lamusa.

Żegnamy się z plemionami doliny Omo. Choć żałujemy, ze nie byliśmy tam jakieś dziesięć lat wcześniej, to i tak czujemy się szczęściarzami, że trafiliśmy tu i teraz, mogąc przyglądać się i poznawać to co za kolejnych lat dziesięć będzie pewnie historią minioną.

4 komentarze:

  1. Niesamowite miejsce, na targach można zobaczyć wszystko. Dla nich to musi być jedna z najlepszych rozrywek, okazja do spotkań. W głębi Jemenu 10 lat temu przezyłam cos podobnego, w górach na wsi. Nie było wrogości, zaczepiali bardzo sympatycznie, a na widok statywu i aparatu chłopcom świeciły się oczy, pytali i dotykali, z radością oglądali siebie na ekranie. Mocne wrazenia byly tez w Ekwadorze u Keczua, ale oni wszyscy i tak byli bardziej do nas podobni niz plemiona z Omo. Niezwykłe macie wspomnienia:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wszelkie tego typu miejsca na świecie przyciągają nas jak magnes i tu nie mogło być inaczej. Wejście bez przewodnika jest oczywiście możliwe, ale bardzo ryzykowne. Emocje nie są pozytywne, ale przewodnik-zawsze mężczyzna - potrafi szybko wywołać pozytywne uspokojenie. Ludzie z Doliny Omo są bezpośredni, nie bawią się w dyplomację ;) Obraz tego rejonu bez udziału w lokalnych targach byłby niekompletny. Pozdrawiamy i dziękujemy za komentarz :)

      Usuń
  2. Wszędzie, gdzie jesteśmy, zawsze odwiedzamy lokalne targi. Pozwalają poznac ludzi,kulturę, historię.
    Są częścią danego kraju i są fotograficznym rajem.
    Dzięki za znakomitą relację i ciekawe spostrzeżenia.
    Pozdrawiam!
    Irena

    OdpowiedzUsuń