Hot cross buns - angielskie, świąteczne bułeczki.

Hot cross buns - angielskie, świąteczne bułeczki.

Hot cross buns to tradycyjne bułeczki wypiekane na Wielki Piątek  na Wyspach Brytyjskich, w Australii, Nowej Zelandii, RPA, Kanadzie i Indiach. Są  robione na słodko z charakterystycznym krzyżem na środku. Dziś można je kupić np. w Anglii przez cały rok. Ja zrobiłam je bez słodkich dodatków. Przede wszystkim ich wielką zaletą jest wspaniały miękisz, pyszna skórka i nietypowy wygląd. Może przyda Wam się ten pomysł na wielkanocne śniadanie. Ja po ich upieczeniu już wiem, że będę je robić nie tylko od święta :)
Skorzystałam z przepisów Marry Berry i Paula Hollywooda, zrobiłam jednak bułki nieco po swojemu. W obu przepisach znajdziecie jako dodatek rodzynki, cynamon, skórkę z cytryny czy pomarańczy, a nawet drobno posiekane jabłko. Ja zrobiłam bułki bez tych dodatków, zakładając, że powinny być dzięki temu bardziej uniwersalne. Skorzystałam jedynie z pomysłu na glazurę z golden syropu, ale tylko do połowy bułeczek. Teraz jednak uważam, że zupełnie niepotrzebnie. Skórka się lepi i to ma sens wyłącznie, gdy pieczemy bułki tak jak u Marry Berry. Przylegając do siebie tworzą miękkie ścianki, których się nie smaruje, a błyszczący sam wierzch dodaje słodyczy i wygląda bardzo apetycznie.


Hot cross buns


Składniki na 12 szt.

500 g mąki pszennej z dużą zawartością białka
300 ml mleka
25 g świeżych drożdży
50 g masła
1 jajko
20 g cukru pudru
1/2 łyżeczki soli

dodatkowo:
olej do smarowania
80 g maki pszennej
5-6 łyżek zimnej wody
rękaw cukierniczy z tylką  o średnicy 3-5 mm 

opcjonalnie:
1 jabłko bez skórki i rdzenia drobno posiekane
skórka z dwóch pomarańczy
2 łyżeczki cynamonu
150 g rodzynek (sułtanek)
2-3 łyżki golden syrup

Mleko podgrzać, żeby było letnie. Wkruszyć do niego drożdże, dodać cały cukier i ok. 50 g mąki. Wymieszać i odstawić w ciepłe miejsce, żeby drożdże zaczęły pracować.
Masło rozpuścić i odstawić do ostygnięcia.  Mąkę przesiać do dzieży robota (jeśli robimy ciasto ręcznie to po prostu na blat czy stolnicę). Dodać jajko, wyrośnięty rozczyn, sól i masło. Wyrabiać tak długo aż ciasto będzie wyraźnie miękkie, jednolite i nie będzie przyklejać się do ścianek naczynia czy podłoża, na którym będziemy wyrabiać ciasto ręcznie.  Gotowe ciasto włożyć do wysmarowanej olejem misy, przykryć folią  i odstawić w ciepłe miejsce, żeby podwoiło swoją objętość (ok. 30 min.) Po tym czasie ciasto podzielić na 12 porcji. Uformować z nich gładkie kulki. Ułożyć je na blasze wyłożonej pergaminem, przykryć ściereczką i poczekać aż urosną (ok. 0,5 - 1 godz.). Użyłam dwie blachy, na których było po sześć bułeczek.
Pod koniec czasu wyrastania rozgrzać piekarnik do 220 stopni. Mąkę (80g) wymieszać z zimną wodą, żeby utworzyły gładką 'papkę", włożyć ją do rękawa cukierniczego. Na każdej bułeczce za pomocą rękawa zrobić wzór krzyża. Piec ok. 15 minut, po wyjęciu ostudzić na kratce.



Puszyste, pulchne równie dobrze smakują kolejnego dnia :) Przepis dodaję do marcowego PANISSIMO. Poniżej bułka posmarowane golden syropem.



Butter chicken.

Butter chicken.

Dziś ugotujemy danie będące w menu niejednej hinduskiej knajpki w Singapurze, które obok chicken tikka masala jest jednym z najpopularniejszych. Na ruszcie (dosłownie) znajdzie się:


BUTTER CHICKEN czyli MAŚLANY KURCZAK

Jest to lekko pikantne curry charakterystyczne dla kuchni północnych Indii, oryginalnie pochodzące z Delhi. Ta klasyka kuchni hinduskiej ma znacznie więcej nut smakowych niż tylko masło. Widzicie te ciemne plamy na kurczaku? To ślady grillowania. Do tego spora ilość przypraw i garść kolendry odświeżającej smak.


Składniki na 2 porcje:

300-350g filetów z udek lub piersi kurczaka
garść liści kolendry

na marynatę:
80ml jogurtu naturalnego
łyżka oleju roślinnego
2 ząbki czosnku
1cm świeżego imbiru
łyżeczka garam masala
pół łyżeczki kurkumy
sól do smaku

na sos:
ząbek czosnku
1cm świeżego imbiru
puszka pomidorów (400g); w sezonie - ok. 1/2 kg świeżych dojrzałych pomidorów
3 łyżki masła klarowanego
mała laska kory cynamonu
5 strąków zielonego kardamonu
najpierw uprażone na suchej patelni, po czym starte w moździerzu:
ziarenka z jednego strąka czarnego kardamonu, łyżeczka nasion kolendry, 3 goździki, 1/2 łyżeczki kozieradki
2 ostre papryczki
łyżeczka garam masala
40g orzeszków nerkowca, zmiksowane w blenderze z łyżką wody
ok.100ml mleka

Sposób przygotowania:

Czosnek i imbir na marynatę zmiksować blenderem z łyżką oleju roślinnego. Połączyć z pozostałymi składnikami. Kurczaka pokroić na duże kawałki około 4x4cm. Połączyć z marynatą i odstawić na noc.

Pomidory bez skórki zmiksować w blenderze z czosnkiem i imbirem. 

Rozpuścić masło na patelni. Podsmażyć na nich przyprawy. Dodać zmiksowane pomidory, posiekane papryczki i garam masala. Dusić przez około 30-40 minut, redukując płyn, aby mieszanina zaczęła się lekko karmelizować. Wówczas należy dodać zmiksowane na pastę nerkowce i chwilę później powoli wmieszać mleko, by uzyskać konsystencję zawiesistego sosu.

W międzyczasie kawałki kurczaka grillujemy na ruszcie lub patelni grillowej z obu stron, w zależności do wielkości kawałków (po ok. 2 minuty na każdą stronę). Kurczak dojdzie po wrzuceniu go do sosu i gotowaniu przez kolejne kilka minut.

Grillowanego kurczaka podajcie w sosie z białym lub żółtym ryżem. Żółty ryż otrzymacie przez ugotowanie go w wodzie z łyżeczką kurkumy. Do tego idealnie pasować będzie sałatka ze świeżego ogórka z zieloną kolendrą i ostrą papryczką (pokrojony ogórek, posiekana kolendra i ostre papryczki zatopione w winegrecie złożonym z oleju, octu winnego i cukru w równych proporcjach plus ciut soli do smaku).
Singapur - Little India.

Singapur - Little India.

Ci, którzy śledzą naszego bloga znają naszą słabość do Indii. Kraj to niezwykły, budzący skrajne emocje, o zróżnicowanej kulturze, ogromnej ilości historycznych zabytków, zjawiskowej naturze, zniewalających smakach, zapachach, kolorach. Jeśli tego mało, spotkacie tam ciekawskich ludzi, dla których obserwacja nas jest takim samym hobby jak dla nas podglądanie ich.

Dziś przyjrzymy się hinduskim klimatom w Singapurze. Zajrzymy do dzielnicy Little India, którą każdorazowo chętnie odwiedzamy. Kiedyś nawet mieszkaliśmy w jej sercu w hoteliku, który już niestety nie istnieje. Udajemy się na długi spacer po okolicy Little India, która w połowie XIX wieku była dzielnicą europejską. Gdy później pewien Hindus o żydowskich korzeniach zaczął tu hodować bydło, stała się atrakcyjna dla tego rodzaju biznesu ze względu na obecność rzeki Serangoon. Zyskowny handel bydłem nie trwał długo, bo Singapur rozwijał się i potrzebował nowych terenów dla napływających Tamilów. Przyjeżdżali imigranci, którym prawo brytyjskie pozwalało osiedlać się właśnie tutaj, by nie wchodzić w paradę innym nacjom. Już wówczas była to tania siła robocza. Dziś Little India jest kolorową dzielnicą, która zachowała swój charakter dzięki kolonialnym budynkom, świątyniom, hinduskim restauracyjkom i ludziom przyjeżdżającym z Indii, Sri Lanki czy Bangladeszu. Przyciąga ich praca na budowach, której rodowity Singapurczyk nie podejmie za oferowane im wynagrodzenie. I tak Little India trwa, wszyscy są zadowoleni, a my cieszymy się, że charakter dzielnicy w ciągu ostatnich dwudziestu lat od pierwszej wizyty niewiele się zmienił.


Wolne od wakacji czyli Crab Market w kambodżańskim Kep

Wolne od wakacji czyli Crab Market w kambodżańskim Kep

Codzienne pobudki między czwartą, a szóstą rano (poniekąd wieczorową polską porą) dały nam w kość. Lubimy się tak sponiewierać, bo podróż winna być mieszanką intensywnie męczących estetycznych i duchowych przeżyć. Nowo poznawane miejsca dają zastrzyk adrenaliny pozwalający pokonać zmęczenie. Będąc zaś w tropiku, między południem, a czwartą po południu skwar zwycięża ducha, a piękno dwunastowiecznej architektury czy czarownej natury przegrywa z estetyką plastikowego klimatyzatora. Stąd wczesno poranna pobudka jest najlepszym antidotum na południowe słońce i receptą na garść fantastycznych widoków, przeżyć i późniejszych wspomnień.


Azjatyckie pierożki na dwa sposoby.

Azjatyckie pierożki na dwa sposoby.

Dziś ugotujemy jedno z wielu dań, które w singapurskich foodcourt'ach nas zachwyciło. To azjatyckie pierożki z różnymi nadzieniami podawane w bulionie, albo alternatywnie na talerzu z sosem sojowym i chili. Dziś będą wieprzowe...


Bulion drobiowy z azjatyckimi pierożkami wieprzowymi


Składniki na 3 porcje zupy:

rosół z kurczaka
1 pak choi*
cytryna lub limonka

Składniki na ciasto, na ok. 30 małych pierożków:
130 g mąki pszennej z dużą zawartością białka
85-100 g wrzącej wody

Składniki na nadzienie:
190 g surowego, niezbyt chudego boczku, zmielonego
3/4 łyżki sosu sojowego
1 dymka (tylko szczypior)
1/2 łyżeczki sosu ostrygowego
1/4 łyżeczki cukru
1/2 łyżeczki startego, świeżego imbiru
1/4 łyżeczki mielonego imbiru
1/4 łyżeczki soli
30-35 g wrzątku
chili do smaku

Wykonanie:

Ugotować na wolnym ogniu bulion z kurczaka z wolnego wybiegu z dodatkiem włoszczyzny (przez kilka godzin).

Do naczynia odmierzyć mąkę i wlać wrzącą wodę. Należy najpierw dodać większą część i wymieszać z mąką aż powstaną grudki. Jeśli masa będzie zbyt sucha, wtedy dodać resztę wody (każda mąka wchłania inaczej). Gdy mieszana masa przestanie po chwili być gorąca, wyłożyć ja na blat i ugnieść zwarte i gładkie ciasto, zawinąć je jeszcze ciepłe w folię spożywczą czy woreczek foliowy  i odłożyć żeby odpoczęło na ok. 1 godzinę.  
Szczypior z dymki i starty świeżo imbir zalać w kubeczku wrzącą wodą i odstawić na ok. 10 minut.

Zmielony boczek włożyć do miski, dodać przyprawy i wodę z posiekanym szczypiorem i startym imbirem. Całość razem dokładnie wymieszać i odstawić na kilka minut.

Ciasto, które odpoczęło przez około pół godziny podzielić na dwie części. Jedną trzymać w woreczku, a drugą, podsypując mąką rozwałkować jak najcieniej. Wykrawać krążki (ja robiłam to obręczą o średnicy niecałych 7 cm), nakładać farsz łyżeczką od kawy i zlepiać tak jak na filmie (od 3.30) lub w inny dowolny czy ulubiony sposób. Powtórzyć z pozostałą częścią ciasta. Pierożki odkładać na omączoną deskę.


Liście pak choi umyć (po jednym na każdą porcję zupy). Pokroić w poprzek w paski.
Pierożki ugotować we wrzącej wodzie z dodatkiem soli i łyżki oleju przez 6 minut. Wyjąć do miseczek, w których będziemy podawać bulion. Podgrzać odpowiednią porcje rosołu, na gotujący wrzucić pod koniec na 30 sek. białe części pak choi, a liście na kilka sekund. Zalać pierożki. Do każdej porcji zupy dodać po kilka kropli soku z cytryny lub limonki do smaku. Spowodują, że rosół stanie się lekki i świeży w smaku. Chili dozować wg uznania.
Ważne:
-nie zamieniajcie boczku innym mięsem wieprzowym,  mielonym; boczek ma odpowiednią tłustość i dzięki temu farsz jest soczysty,
-pierożki robione w opisany sposób są bardzo małe, mniej więcej  są tak długie jak połowa kciuka i trochę szersze,
-pak choi* możecie zastąpić szczypiorem z dymki, pokrojoną cukinią, kapustą pekińską, szpinakiem czy innym zielonym warzywem, chodzi o dodanie elementu chrupkiego i zielonego.


Azjatyckie pierożki z domowym sosem chili


Dokładnie te same pierożki po ugotowaniu podajemy na talerzu z sosem chili i ewentualnie polewamy niewielką ilością sosu sojowego.

Domowy sos chili:
2 ostre czerwone papryczki
mały dojrzały pomidor
ząbek czosnku
kilka łyżek octu winnego
cukier palmowy (lub trzcinowy)
sól
łyżka oleju roślinnego
kilka łyżek bulionu

Nie podaję dokładnych ilości, bo smaki należy zrównoważyć. Na oleju podsmażamy czosnek. Dodajemy pokrojone papryczki, pozbawione części nasion ze środka i pokrojonego drobno pomidora bez skórki. Po minucie smażenia dodajemy ocet winny i cukier, w takiej ilości aby zrównoważyć smak słodko-kwaśny. Gotujemy 2-3 minuty, aż płyn zredukuje się. Dodajemy bulion i gotujemy kolejne kilka minut. Solimy do smaku. Studzimy. Następnie miksujemy całość, aby uzyskać sos o dość gęstej strukturze.

Wizyta w singapurskim Sungei Buloh Wetland Reserve.

Wizyta w singapurskim Sungei Buloh Wetland Reserve.

Każda wizyta w tym państwie - mieście wywołuje w nas pozytywne emocje. Singapur to taka poukładana wersja Azji południowo-wschodniej. Jest tu przewidywalnie, czysto, punktualnie, nowocześnie, a przy tym dość tu egzotyki, by przeciętny europejski przybysz poczuł się jak w innym świecie. Dla nas Singapur to zwykle kilkudniowy przystanek przed podróżą w bardziej "azjatyckie" klimaty. Tak było i tym razem, ale zanim odlecieliśmy dalej, postanowiliśmy odkryć jedno z miejsc, które było dla nas do tej pory obce. 


Modraszka zwyczajna czyli sikora modra.

Modraszka zwyczajna czyli sikora modra.

Tym razem będzie o modraszkach, które nieustannie goszczą w naszym karmniku.



Trzeba przyznać, że jak na drobne, nieduże  ptaszki radzą sobie świetnie. Dużo większe bogatki są czasem przez nie przepędzane. W zasadzie to dziwimy się, bo mają kilka miejsc do jedzenia i te wojny to nie z braku pokarmu.


Raczej wychodzi z nich zadziorna, wojownicza natura. Mając do wyboru kule tłuszczowe z ziarnem, łuskany słonecznik i niesolone orzeszki ziemne, wybierają najchętniej ten ostatni pokarm.


Modraszki są sikorkami pięknie ubarwionymi przez naturę. Najlepiej wyglądają w pełnym słońcu, wtedy widać doskonale ich błękit, zwłaszcza na czapce.


Podobno samce i samice odróżniają siebie w ultrafiolecie. Dla nas jest to niemożliwe, bo widzimy w znacznie mniejszym zakresie  niż ptaki. Samczyk jest dużo bardziej jaskrawy i świeci mu się w ultrafiolecie szczególnie grzbiet i czapka. Im młodszy, tym słabszy efekt świecenia.


Modraszka z racji swej ruchliwości jest niezwykle wymagającą modelką. Trzeba poświęcić dużo czasu i mieć trochę szczęścia, żeby zrobić jej zdjęcie. Okazało się, że te najlepsze wyszły nam właśnie zimą, bo wiosną, kiedy trwa okres lęgowy, w naszym bukowym lesie jest bardzo ciemno, a uchwycenie jej gdzieś na skraju lasu stało się niewykonalne.


Mniej więcej w połowie kwietnia modraszki zaczynają okres lęgowy. Jednak ptasie zaloty czy wicie gniazd można obserwować przez całą wiosnę. Na początku maja obserwowaliśmy samca, który przygotowywał dziuplę. Wyścielał ją pracowicie zbieranym mchem.


Niestety nie została zasiedlona, najwidoczniej żadna samiczka nie zainteresowała się nią jako potencjalnie przyszłym, rodzinnym domem. Tak to już jest, że to samiec szykuje, a samiczka wybiera. Ma w tym względzie też znacznie większe wymagania niż bogatka. Przede wszystkim dziupla powinna być dość wysoko i mieć nieduży otwór. Może być wcześniej wykuta przez dzięcioła, jak ta.


Nie jest to jednak warunek konieczny :)


Modraszki maja bardzo liczne lęgi.  Składają po 10-16 jaj. Po wysiedzeniu ich w ok. dwa tygodnie zaczyna się dla rodziców bardzo pracowity okres.


Obserwowaliśmy tę dziuplę jakiś czas i trzeba przyznać, że ruchliwość rodziców, ich zaradność w przynoszeniu owadów i wynoszeniu nieczystości z gniazda, budziły w nas ogromny podziw. Oboje bardzo ciężko pracowali.


Po około trzech tygodniach maluchy zaczynają opuszczać gniazdo. Ich kontakt głosowy z rodzicami pozwolił nam namierzyć takiego młodziaka.


Modraszki  mają silnie rozwinięty instynkt rodzicielski i karmią swoje młode jeszcze nawet przez dwa tygodnie po opuszczeniu gniazda.


Potem młodzież zaczyna sobie radzić sama, jak widać upierzenie ciągle pozwala im zachować większe bezpieczeństwo.


Wyczytałam na Wikipedii, że "Miejsce zbierania pokarmu i sposoby temu służące są bardzo szerokie – na cienkich gałązkach, krzewach, a nawet ziemi zimą. W czasie żerowania zachowują się w interesujący sposób – często wieszają się na końcach najcieńszych gałązek grzbietem do dołu i zbierają z roślin szkodliwe owady, głównie jaja i larwy. Chętnie robią tak w przypadku kasztanowców, które są niszczone przez minujące larwy szrotówka kasztanowcowiaczka. Gdy skończą z oczyszczaniem jednej gałązki przelatują kołyszącym się lotem na następną. Oprócz tego odrywają płatki kory, rozdziobują galasy, liście, łodygi, źdźbła, czyli próbują się do miejsc w których przebywają owady.


W preferencjach żywieniowych modraszki pomagają leśnikom i sadownikom w biologicznej walce ze szkodnikami. Zjadają te owady, których w danej chwili jest najwięcej. Czasem nawet człowiek wabi te ptaki do sadów i ogrodów poprzez wywieszanie dla nich budek lęgowych."


Tak więc dbajmy o sikorki. One dla siebie nawzajem nie są żywieniową konkurencją, bo żerują w różnych partiach drzew - modraszki preferują wierzchołki i końce drzew, sikorki ubogie środkowe ich partie, a bogatki najniższe.
  

I choć w karmniku zawsze "rządzą " modraszki, to w zimowe, śnieżne i mroźne okresy tworzą z bogatkami i innymi drobnymi ptakami typu zięby, strzyżyki, mysikróliki wspólne grupy, żeby łatwiej było im przetrwać.


 :) Tymczasem żegnamy się z Wami i na blogu pojawimy się nie wcześniej niż na początku marca.
Żytni chleb piwno - cebulowy.

Żytni chleb piwno - cebulowy.

W lutowej Piekarni Amber  pojawiła się kolejna ciekawa propozycja do wspólnego wypieku. Chleb według receptury Piotra Kucharskiego zaproponowała Beata prowadząca bloga Stare Gary. Przepis przewidywał z podanej ilości dwa bochenki. Ja jednak zrobiłam jeden duży i zmieniłam też czas wyrastania chleba. Poniżej podaję wykonanie chleba po swojemu. Jeśli interesuje Was oryginał, zajrzyjcie do Amber lub Beaty. Piekłam razem z innymi, ale dopadła mnie grypa. Przyznam, że dawno tak ciężko nie chorowałam, przespałam dwa dni, skutecznie też choroba osłabiła mnie i nie było mowy, żeby usiąść na dłużej przy komputerze. Zresztą "solidarnie" razem z Piotrem ;) Dziś nadrabiam więc braki bo daję już radę posiedzieć, a chleb bardzo Wam polecam. Na blogu znajdziecie również chleb piwny wg J. Hamelmana.


 Chleb piwno - cebulowy



składniki na foremkę o wymiarach 31,5 x 13 cm:

zaczyn

200 g mąki żytniej razowej typ 2000
180 g wody
60 g zakwasu aktywnego, żytniego zakwasu


ciasto właściwe
800 g mąki żytniej typ 720
650 ml piwa pszenicznego 

350 g zaczynu
2 cebule
20 g soli (2 łyżeczki)

Wykonanie:
Dzień przed przygotowaniem zaczynu odświeżyć zakwas, dokarmiając go.
Przygotować zaczyn - wymieszać wszystkie składniki w naczyniu i pod przykryciem odstawić na 8-12 godzin w temperaturze pokojowej (np. na noc). Zaczyn jest gotowy gdy da się wyczuć lekko kwaśny zapach, a ciasto po rozsunięciu ma gąbczastą strukturę i jest napowietrzone.
Cebulę pokroić w dużą kostkę, poddusić na oleju aż zmięknie i nabierze złotego koloru, wystudzić.
Do dużej miski odważyć 350 g zaczynu. Dodać przesianą mąkę, cebulę, sól, piwo. Wymieszać, włożyć do wyłożonej pergaminem foremki (dodatkowo smaruję pergamin cienko olejem), wyrównać powierzchnie mokrą ręką i przykryć folią. Odstawić do  wyrastania, w  ciepłe miejsce  na ok. 5 godzin.
Piekarnik rozgrzać do 230 st C. Piec z parą 25 minut, po czym zmniejszyć temperaturę do 210 stopni i piec kolejne 25 minut. Upieczony chleb wyjąć z formy i ostudzić na kratce, spożywać najlepiej po kilkunastu godzinach.
Chleb pyszny, pachnący cebulą, w pełni żytni i na naturalnym zakwasie, do tego z dobrą strukturą, daje się cienko kroić, nie kruszy się. Pychota ! Dodam jeszcze, że autor przepisu zalecał nacięcie chleba i tak zrobiłam, niestety na nic się to nie przydało. Chleb pękł sobie z boku, a po nacięciach zostały tylko na wierzchu ślady.

Lutowi piekarze :

Apetyt na smaka
Bochen chleba
Codziennik kuchenny
Dom z mozaikami
Gotuj zdrowo! Guten Apetit!
Konwalie w kuchni
Kuchennymi drzwiami
Kuchnia Gucia
Kulinarne przygody Gatity
Leśny Zakątek
Moje male czarowanie
nie-ład mAlutki
Notatki kulinarne
Ogrody Babilonu
Para w kuchni
Polska zupa
Smakowity chleb
Stare gary
W poszukiwaniu SlowLife
Zacisze kuchenne