Krewetkowe rougaille. Kreolskie smaki i krajobrazy.

Zimowy okres wywołuje w nas tęsknotę za tropikalnymi krajami. Zwykle w styczniu, czy w lutym spełniamy marzenia uciekając od naszej zimy, by zażyć trochę słońca, poznając przy okazji nowy region świata od strony historii, kultury, fauny i flory. Nieodłącznym elementem jest też smakowanie lokalnej kuchni.

Kiedy myślę o krewetkach królewskich przychodzi mi na myśl wiele przepisów i inspiracji. Zaczynając od klasyki z oliwą, białym winem, czosnkiem, pietruszką czy chili przez różne kompozycje z warzywami, wreszcie włoskie pasty i risotta, czy azjatyckie zupy, tiany lub tymbaliki choć niektórzy odsądzili by mnie od czci i wiary za siekanie, czy miksowanie tak doskonałego składnika. Możliwości jest ogrom i na pewno powrócimy do innych ulubionych przez nas przepisów.

Dziś chciałbym odświeżyć jedno z dań kuchni kreolskiej. Kuchnia ta to najlepsze doświadczenia Francji i Hiszpanii z domieszką Afryki i Azji. Prawdziwy kulinarny tygiel. Z drugiej strony nie jest to nic specjalnie odkrywczego, bo gdy przeczytacie przepis powiecie: „to oczywiste”, „ tak, gotowaliśmy to”, „jedliśmy niedawno w restauracji”… Nie chodzi mi jednak o odkrywanie Ameryki, ale pokazanie klasycznego, prostego dania z wyspy, którą Mark Twain określił tak: „Bóg najpierw stworzył tę wyspę, a potem na jej podobieństwo – raj”.  

Gotujemy dziś danie z Mauritiusu czyli z archipelagu Maskarenów:)


KREWETKOWE ROUGAILLE lub jak sam je nazywam KREWETKI PO KREOLSKU

Baza smaku to pomidory zwane na Mauritiusie pommes d'amour czyli jabłka miłości. Przepis jest uniwersalny, bo z identycznym sosem możecie zrobić danie rybne lub mięsne, dobierając według własnego uznania główny składnik, a całość podać z gotowanym ryżem i soczewicą.
My, po sutych świątecznych daniach, serwujemy dziś tylko przystawkę, jednak ilość składników w przepisie podajemy dla dania głównego. 
Krewetki, które zwykle używamy to dość łatwo u nas dostępne mrożone, surowe (szare) o rozmiarze 16/20, czyli od 16-20 sztuk na funt, czasem mniejsze: 31/40.
Składniki na 2 porcje:
14-16 krewetek 16/20
pół cytryny
oliwa
łyżeczka posiekanego imbiru
2 posiekane ząbki czosnku
pół drobno posiekanej cebuli
posiekana ostra papryczka pozbawiona pestek
4 posiekane pomidory bez skóry
100ml bulionu lub wywaru ugotowanego na głowach i skorupach krewetek
2 łyżki posiekanej kolendry
gałążka tymianku
opcjonalnie - listki curry
sól, pieprz
Sposób przygotowania: 
Krewetki po rozmrożeniu w lodówce pozbawić głów i obrać ze skorup. Marynować w połowie czosnku, soku z cytryny, oliwie i soli. Po zamarynowaniu zebrać czosnek z krewetek..
Całą ilość czosnku, imbir i cebulę zeszklić na oliwie, dodać ostrą papryczkę, pomidory, tymianek. Smażyć na dużym ogniu, po czym dolać bulion i zmniejszyć ogień. Gotować pod przykryciem przez około 15 minut. Następnie zdjąć przykrywkę i gotować, aż sos się lekko zredukuje.
Krewetki smażyć na oliwie, po czym przełożyć do pomidorowego sosu. Gotować 2-3 minut, na koniec wyjąć gałązkę tymianku i dodać posiekaną kolendrę.
Podawać z gotowanym ryżem i soczewicą jako danie główne lub jako przystawkę z białym pieczywem.

*****


Mauritius przeciętnemu Europejczykowi kojarzy się z pięknymi, tropikalnymi plażami, koszmarnie drogimi hotelami all inclusive, w których bogate towarzystwo raczy się do woli kolorowymi drinkami na bazie rumu i konsumuje wina do wykwintnych kolacji pełnych dań z ryb i owoców morza. Można jednak inaczej…


Można wybrać się tam bez pośrednictwa biur podróży zamykających turystów w luksusowych enklawach. Wystarczy wykazać się zmysłem łowieckim polując na ciekawe oferty przewoźników. Przoduje w nich Air France, zwłaszcza na początku roku. Nie wiem dlaczego. Może z powodu francuskich korzeni wyspy. Francuzi bowiem kontrolowali ją w XVIII wieku po wcześniejszej kolonizacji Portugalczyków i Holendrów. Na miejscu czekają pensjonaty, lokalne hotele, niedrogie restauracyjki z doskonałym kreolskim jedzeniem, ocean mieniący się niezwykłymi barwami, bogata fauna i flora.

Mauritius jest na tyle niewielki, że kilka dni eksploracji wystarczy, by dokładnie spenetrować jego wnętrze. Resztę czasu można spędzić odpoczywając na plaży, nurkując na rafach koralowych, integrując się z etniczną ludnością lub kosztując przysmaków kuchni kreolskiej. Oto kilka reminiscencji z pięknego Mauritiusu.

Spacer zaczynamy od najstarszych na południowej półkuli ogrodów botanicznych Pamplemousses, położonych w pobliżu stolicy wyspy Port Louis, znanych głównie z gigantycznych wodnych lilii i 85 gatunków drzew palmowych z całego świata...

... oraz lokalnych mieszkańców, gigantycznych trzystu kilogramowych żółwi ...


... choć najbardziej znanym zwierzęciem z wyspy pozostaje ptak, nielot dodo. Dziś można go oglądać niestety tylko wypchanego w Muzeum Dodo w Port Louis czy Muzeum Historii Naturalnej w Londynie. Zgłodniali mieszkańcy wyspy wytrzebili ptaka racząc  się jego smacznym mięsem.


Częstymi gośćmi są tu dzieci z okolicznych szkół, którym taka forma nauki służy lepiej niż siedzenie w szkolnej ławce.




Na północnym krańcu wyspy spotykamy Notre-Dame Auxiliatrice, niewielki kościółek wybudowany na cześć ludzi morza, których statki rozbiły się na tutejszych rafach.

Stąd już niedaleko do zupełnie pustej, porośniętej kazuarynami plaży Mont Choisy. To świetne miejsce, by zrelaksować się i raczyć widokiem gór wyrastajacych w centrum wyspy. W weekendy plaża zapełnia się hinduskimi rodzinami, a to oznacza bonus w postaci kilku straganów ze świeżymi hinduskimi i kreolskimi przysmakami.


Ile aux Cerfs, czyli Wyspa Jeleni we wschodniej części Mauritiusu zachwyca niezwykle przejrzystą wodą i białym piaskiem, a przyjemny wodospad daje orzeźwienie i przerywa wszechobecną ciszę.  





W południowo-zachodniej części wyspy nad okolicznymi plażami góruje Le Mont Brabant, półwysep i góra wznosząca się na 556 m n.p.m. To tu w XIX wieku chronili się niewolnicy uciekający z plantacji trzciny cukrowej. Tutaj też w 1835 roku miał miejsce ich dramat kiedy widząc zbliżające się oddziały wojska rzucili się do morza. Żołnierze zaś zostali wysłani, by ogłosić zbiegom koniec okresu niewolnictwa na wyspie.


Z nadmorskich okolic ruszamy do centrum wyspy, odwiedzając niezwykłe formacje geologiczne tworzące piaskowe wydmy o siedmiu kolorach...

 

... wodospady Chamarel


i zielone połacie Wąwozów Black River. Dziś te rejony stanowią jedyną zalesioną część Mauritiusu. Większość zasobów leśnych wycięto, przygotowując teren pod uprawy trzciny cukrowej.


Okolica znana jest z upraw kawy, my jedank udajemy sie na popołudniową herbatkę. Największym producentem na wyspie jest firma Bois Cheri, której plantacje założono pod koniec XIX wieku.




Wracamy nad ocean mijając zachwycające swymi kształtami pasmo górskie Moka.






To czas, kiedy można zacząć biesiadę przy ostatnich promieniach zachodzącego słońca.

Komentarze

  1. zdjęcia jak z bajki :) Cudnie

    OdpowiedzUsuń
  2. Zdjęcia to nic,ale przepis na moje ukochane krewetki boski!!!!
    Wpaść do Was to sama przyjemność-)
    Pozdrawiam serdecznie-)
    I.

    OdpowiedzUsuń
  3. Popatrz, a mnie Mauritius kojarzył się wyłącznie ze znaczkami pocztowymi ;) Moim marzeniem jest polecieć kiedyś na wyspy Reunion, poodpoczywać na dziewiczych plażach i rozkoszować się cudowną pogodą i jedzeniem, ale jak widzę Mauritius jest dużo ciekawszy.
    Krewetki polubiłam, choć dużo czasu potrzebowałam aby się do nich przekonać.
    Gdzie w tym roku na zimowe wakacje?????

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Reunion ma zupełnie inny charakter. Wulkany sięgają tam wysokości 3000 m npm. Choć nie miałem okazji ich zdobywać, to ogladanie ich z niższych wysokości robiło spore wrażenie. Z powodu krótkiego pobytu pewnie nie odkryłem całego uroku Reunion. Jednak Mauritius jakoś bardziej mnie urzekł. Może ze względu na kulturę mieszkańców - więcej tam egzotyki niz na Reunion. Do tego podczas niezorganizoanego przez biura wypoczynku znaaaaacznie taniej.

      Usuń
    2. No tak, ale czasem coś nas zupełnie irracjonalnie zafascynuje i marzymy tylko o tym. Ja tak miewam. Pierwszą "czytankową" fascynacją była Bretania, w której zakochałam się bez pamięci i tęsknię do niej każdego dnia, a drugą właśnie Reunion. Tak już jest jak czytanki w podręcznikach do nauki języka wyzwalają w nas marzenia.
      Ale nie zdradziliście tajemnicy co z zimowymi wakacjami??? Będzie afrykańsko, amerykańsko czy azjatycko????

      Usuń
    3. W styczniu udajemy się na Teneryfę, jak zawsze bez biura podróży. Szlaki piesze, góry, przyroda, świeże ryby, wino. Stawiamy na aktywność, choć oczekujemy w tym roku więcej relaksu niż zwykle.

      Reunion oczywiscie polecam, to taka zamorska Francja. A marzenia trzeba spełniać.

      Usuń
  4. Małgosiu i Piotrze, życzę Wam wszystkiego najlepszego w Nowym Roku.
    I podróży jeszcze piękniejszych i ciekawszych Wam życzę / jeśli to w ogóle możliwe :) /
    Niech szczęścia, zdrowia i miłości w Waszym domu nie zabraknie. Niech się Wam darzy !

    / a sobie życzę, żeby te kartki z podróży od Was docierały do mnie jak najczęściej, bardzo lubię je czytać :) /

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aniu-dziękujemy. Tobie i Twoim bliskim życzymy spełnienia marzeń. Co do naszych podróży...och mamy jeszcze mnóstwo marzeń :) Cieszymy się z Twojej obecności na akacjowym blogu. Pozdrawiamy noworocznie :)

      Usuń
  5. Wspaniałe widoki. I gratuluję mega ciekawego postu.

    OdpowiedzUsuń
  6. Dziękujemy, pozdrawiamy Cię serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...