Ptaki Islandii - część 2. Kulinarnie - łosoś sous vide w sosie pomidorowo - pomarańczowym ze szpinakową kulką i warzywami.

Jest z tym sporo pracy. Zwłaszcza przygotowanie po raz  pierwszy kulek szpinakowych może frustrować. Ale efekt gwarantuje radość dla podniebienia, a w przypadku gości - uznanie za kunszt kucharza, bo i smak i prezentacja dania ujmuje. Jest tylko jedno "ale" - posiadanie sprzętu do gotowania produktów zamkniętych próżniowo w stałej temperaturze w kąpieli wodnej. Krótko mówiąc - metodą sous vide. Jeśli Wasza pasja gotowania nie doprowadziła Was jeszcze do nabycia takowych gadżetów, przygotujcie rybę inaczej i skorzystajcie z pozostałej części przepisu. Polecam jednak metodę sous vide, bo delikatna, rozpływająca się w ustach ryba z kremowym sosem i dodatkami to prawdziwe niebo w ustach.


Łosoś sous vide w sosie pomidorowo - pomarańczowym ze szpinakową kulką i warzywami





Składniki (na 2 porcje):
250-300 g fileta łososia bez skóry (gruby kawałek ok. 2-3 cm grubości)
zioła do ryby (np. świeża mięta lub tymianek lub bazylia)
150 g świeżych liści szpinaku
1-2 szalotki
2 ząbki czosnku
300-400 g pomidorów (po sezonie pomidory z puszki)
1 szklanka świeżo wyciśniętego soku z pomarańczy
opcjonalnie 100 ml bulionu warzywnego
masło
sól i pieprz do smaku
oliwa z oliwek

Wykonanie:
Wykrawamy równe filety z łososia (możliwe grube, pozbawione skóry). Na pół godziny umieszczamy je w wodzie z solą, dzięki temu ryba będzie bardziej ścisła. Następnie suszymy je, wkładamy do plastikowej torebki, dolewamy troszkę oliwy, dodajemy zioła i kilka cieniutkich plasterków czosnku, po czym zamykamy próżniowo. Gotujemy w kąpieli wodnej w temperaturze 46-48 stopni C przez 30-45 minut w zależności od grubości filetów.


Przygotowujemy kulki szpinakowe. Wybieramy po 7 sporych, w miarę równych listków szpinaku na kulkę. Układamy je w rozetkę na pergaminie. Gotujemy na parze przez około 2 minuty. Pozostały szpinak przyrządzamy z czosnkiem, szalotką i opcjonalnie łyżką posiekanych pomidorów (bez skóry), doprawiając solą i pieprzem. Szpinak powinien być przygotowany tak, by można z niego ulepić kulkę,  którą osadzamy na "rozetce" z liści szpinaku. 


Następnie zawijamy listki tak, by stworzyć kulkę przypominającą małą kapustkę. Formujemy ją w rękach, by uzyskała regularny kształt, po czym gotujemy na parze przez około 2 minuty. 


Po wyjęciu odkładamy na talerz i smarujemy oliwą z oliwek. Dzięki temu kulki szpinakowe uzyskają połysk i atrakcyjny wygląd.

Przygotowujemy sos. Podsmażamy na maśle czosnek z szalotką. Dodajemy posiekane pomidory. Smażymy przez kilka minut, po czym dolewamy sok pomarańczowy i (opcjonalnie) bulion warzywny. Doprawiamy solą i pieprzem. Gotujemy na małym ogniu, redukując płyn. Miksujemy, by uzyskać jednolita konsystencję. W zależności od potrzeb - możemy wykorzystać konsystencje gęstego sosu lub gęstej zupy. Propozycje podania zobaczycie na poniższych zdjęciach.


Kulka szpinakowa jako dodatek w daniu dla mięsożerców :)




***

Bohaterami  drugiej części pokazującej spotkane przez nas ptaki Islandii będą oceaniczni wędrowcy. Podczas podróży po południowej części Islandii udaliśmy się na niewielki półwysep Dyrhólaey, położony w pobliżu miejscowości Vík í Mýrdal. Dyrhólaey uważany jest za jedno z bardziej atrakcyjnych miejsc do obserwacji ptaków morskich, jednak w okresie od 1 maja do 25 czerwca jest niedostępny dla turystów, ze względu na okres lęgowy ptaków.  My byliśmy tam miesiąc później. 


Widoczny na zdjęciu powyżej półwysep ma wysokie, bo dochodzące do 120 m wysokości klify. Nie jest to miejsce wymarzone dla fotografowania ptaków, ale warto próbować. Z góry rozpościerają się  piękne widoki.


Jedne ze spotkanych tam ptaków to fulmary.


Pisaliśmy już o ich zwyczajach dotyczących wychowania młodych, przy okazji wizyty na szkockiej wyspie Handzie TU - klik, oraz na wyspie May TU- klik. Jednak po lekturze niedawno wydanej książki Adama Nicolsona "Krzyk morskich ptaków" chciałabym napisać o nich coś zupełnie nowego (poniżej dwa cytaty z tej książki). Dziś dzięki rejestratorom GPS i geolokatorom wiemy o ptakach coraz więcej. Prawdziwą sensacją były badania prowadzone przez naukowców z Uniwersytetu w Aberdeen w 2012 roku. 


Fulmar to prawdziwy zdobywca przestworzy. "Sprzęt lotniczy fulmara - metr kości i piór, utrzymujący ważące 700 gramów ciało - jest lekki i bardzo efektywny, jednak tylko wtedy kiedy wieje wiatr. (...) Im silniejszy wiatr, tym życie fulmara staje się bardziej efektywne: kiedy wieje z prędkością 32 kilometrów na godzinę albo osiąga 4-5 w skali Beauforta, a morze zaczynają pokrywać łamiące się grzywy fal, przez większość czasu może się ślizgać i - co niesamowite - jego skrzydła zużywają tak niewiele energii, że ptak równie dobrze mógłby siedzieć w gnieździe. Przy takiej prędkości wciąż musi machać skrzydłami co sekundę, ale kiedy wiatr nieco bardziej przyspiesza do około 40 kilometrów na godzinę czy 5-6 w skali Beauforta, latanie już nic go nie kosztuje. Przy takim wietrze fulmary w ogóle nie poruszają skrzydłami, ale pobierają potrzebną energię z powietrza wokół."



Wietrzna pogoda nie tylko zachęca fulmary do lotów ale jest ich wielkim sprzymierzeńcem w pokonywaniu ogromnych odległości. Prawdziwą sensacją stały się dane zebrane od fulmara określonego przez naukowców jako 1568. Szczegóły jego lotu podane są na stronie TU - klik. Obok mapa opracowana przez naukowców badających ten przypadek. Ciemne kropki oznaczają lot nocny, białe w ciągu dnia. 


W kilku słowach napiszę o jego trasie lotu. Otóż 26 maja 2012 roku "1568" wyruszył w drogę wynoszącą w linii prostej 6200 km. Powrócił z niej 9 czerwca. W tym czasie jego partnerka wysiadywała jajo na wyspie Eynhallow, z której wyleciał, kiedy ona powróciła, zmieniając go w wysiadywaniu. 


Po opuszczeniu wyspy przez dwa dni znajdował się na oceanie, na północnym zachodzie od Orkadów. Wtedy pogoda się zmieniła na bardziej wietrzną i ptak wyruszył w jedenastogodzinny lot, w obszar położony między Wyspami Owczymi a Orkadami. Zabawiał tam prawie cały dzień żerując na planktonie, niesionym przez Prąd Północnoatlantycki. Czwartego dnia wyruszył ku głębinom północnego Atlantyku, pokonując 1600 km w 55 godzin. Jego prędkość poruszania się mogła wynosić okresowo nawet 130 km na godzinę. Gdy pokonał odległość równą 2/3 drogi do Kanady dotarł do części oceanu zwanego Charlie - Gibbs. Tam ucztował przez 3 dni jedząc w strefie bogatej w morskie istoty  (ryby, kałamarnice, plankton) płynące z wód Arktyki. Stopniowo przesuwał się na zachód i najdalej dobrnął do punktu położonego 2400 km od Eynhallow. Ruszając w drogę powrotną dotarł do brzegu Irlandii. Tam pożywiał się w zatoce Galway, skąd ruszył wybrzeżem atlantyckim w kierunku Brytanii. Żerował na południowy wschód od szkockiej wyspy Tiree, skąd ruszył do miejsca, gdzie czekała siedząc na jaju jego partnerka, którą zmienił po dwóch tygodniach wędrówki. Prawda, że to imponujący wyczyn :) Nigdy nie pomyślałabym, że w okresie wysiadywania jaj ptaki ot tak lecą tysiące kilometrów na łowiska. Raczej bliższe byłoby mi stwierdzenie, że lecą gdzieś w okolicę.


W przyszłości gdy popatrzycie na fulmara, a być może i on popatrzy na Was, jak na tym zdjęciu, pomyślcie, że pod tą skromną postacią niewyróżniającego się fizycznie ptaka jest ukryta tajemnica niezwykłej zdolności nawigacji po morzach i oceanach, rozpoznawania lądów z powietrza, znajomości żerowisk morskich w skali planety oraz szybowania z wiatrem niczym najlepsi, licencjonowani piloci. "Oto ptak tak dostrojony do planety i oceanu, nie tylko fizycznie i instynktownie, ale psychicznie, a nawet analitycznie, że nie sposób nie widzieć w jego istocie geniuszu". Już nigdy nie spojrzę na żadnego fulmara w ten sam sposób. Lektura książki uświadomiła mi jak niewiele wiemy o istotach, z którymi dzielimy Ziemię.


Półwysep Dyrhólaey gdzie spotkaliśmy fulmary był jedynym miejscem gdzie mieliśmy okazję spotkać maskonury na Islandii.


O maskonurach pisaliśmy już TU - klik. Te piękne ptaki mają szczególne miejsce w naszych sercach. Tu na ogromnym klifie była półka skalna, którą po nieznacznym wychyleniu się mięliśmy w zasięgu obiektywu.



Maskonury w przeciwieństwie do fulmarów nie wykorzystują w lataniu wiatrów i prądów powietrza. Ich skromne skrzydła służą im przede wszystkim do nurkowania w celu zdobycia pokarmu, gdzie schodzą czasem bardzo głęboko, nawet do 60 m pod wodę. Są więc czymś w rodzaju kompromisu między aparatem lotniczym i pływackim. Dlatego maskonury najchętniej korzystają z bezwietrznej pogody. Zlatują z klifu trzepocząc skrzydłami nawet 600 razy na minutę. Pomagają im w locie silne mięśnie piersiowe, które nadają specyficzny kształt tym ptakom.



Brytyjscy biolodzy prowadzący badania w zachodniej Walii zbadali, że w okresie lęgowym ptaki spędzały dziennie pod wodą nawet do siedmiu godzin, nurkując od 600 do 1150 razy po drobne rybki takie jak tobiasze, gromadniki czy szprotki jak na zdjęciu poniżej.



Maskonury przybywają do kolonii lądowych wiosną. Wracają do miejsc, które dobrze znają. Nie rozmnażają się zanim nie skończą czterech, pięciu a czasem sześciu lat.



Ich ciało jest wykładnikiem poziomu zdrowia. Kolorowy dziób, rozeta przy krawędzi dzioba i nogi, jeśli są wystarczająco mocno pomarańczowe, świadczą o wysokim poziomie karotenoidów, które ptaki czerpią z rybiego pokarmu. Wyrazisty kolor osiągają wtedy, gdy jedzą ryb odpowiednio dużo. 


Zatem w sezonie rozrodczym ptak , który jest wystarczająco kolorowy jest jednocześnie okazem zdrowia i dobrym kandydatem na przyszłego rodzica. Karotenoidy to także przeciwutleniacze regulujące metabolizm i wzmacniające system odpornościowy. 


Po okresie letnim, kiedy ptaki spełniły swoje rodzicielskie obowiązki ruszają na przetrwanie pozostałej części roku. Do niedawna uważano, że w międzyczasie spędzają gromadnie  czas na oceanie nurkując za pokarmem i odpoczywając na jego falach. Jednak okazało się że nie jest to prawda. Maskonury to indywidualiści. Zbierają się w kolonie w okresie lęgowym, bo jest to dla nich najlepsza strategia przetrwania. 


Młode maskonury wyruszają w trasy bez rodziców. Jedne rozpoznają trasy w miarę blisko inne lecą miliony morskich mil zapisując w umyśle swoje odkrycia. Zapamiętują punkty orientacyjne by później znów wyruszyć znanym sobie szlakiem. Zakłada się, że maskonury powtarzają swoje trasy lotów. 


Zaobrączkowane maskonury znajdywano już na plażach Maroka i wschodnich krańcach Morza Śródziemnego. Jedne latają między Majorką a Islandią, a inne Miedzy Morzem Grenlandzkim a Irlandią. 


Naukowcy z Uniwersytetu w Oxford zebrali dane dotyczące wędrówek maskonurów w latach 2007-2010. Okazało się, że z 27 ptaków wyposażonych w geolokatory, każdy wykonał co roku własną, indywidualną trasę. Więcej informacji znajdziecie TU - klik. Na tej stronie, gdzie podane są wyniki badań znalazłam też oznaczone mapki z trasami obserwowanych ptaków. Oto dwie  przykładowe, na których różnymi kolorami oznaczono miesiące pobytu maskonurów o numerze badawczym EL60579 i EJ99411.
Maskonury to niezwykli wędrowcy, dobierający sobie pobyt pod swoje własne upodobania. Możliwość spotkania z nimi po raz drugi po wyjeździe na Wyspę May było dla nas emocjonującym przeżyciem. 


Klify Dyrhólaey z widokiem na czarną plażę Reynisfjara to jedno z piękniejszych miejsc. Niestety to drugie szczególnie tłumnie odwiedzane przez turystów. 



Przy brzegu spotkaliśmy pływające maskonury, po czym ruszyliśmy w dalszą drogę.


Poruszaliśmy się drogą nr 1 wzdłuż południowego wybrzeża wyspy na wschód. 


Najpierw dotarliśmy do Svínafellsjökull - jednego z południowych wypustów Vatnajökull, gdzie utworzył się nieduży zbiornik wodny. 


Spotkanie z jęzorem lodowca robi wrażenie i wpisuje się głęboko w pamięć budząc ambiwalentne uczucia.  Najpierw naszą uwagę przykuł rozpadający się lód i tworzący głębsze i płytsze szczeliny. Trudno uniknąć dziwnych skojarzeń, które wzmacniają tablice poświęcone tym, którzy z lodowca nigdy nie powrócili. Potem wzbudził nasz podziw swoją jasnością i czystością krajobrazu, twórczą i niszcząca siłą. Topiący się lód utworzył jezioro z pływającymi kawałkami lodowca. Tu mogliśmy być bardzo blisko tego fascynującego dzieła natury i nigdzie już indziej. Bo dotarcie do czoła lodowca jest bardzo trudne ze względu na rozpływające się sieci strumieni i rzek, które same torują sobie drogę.


Dalej ruszyliśmy w miejsca zwane lodowcowymi lagunami - Fjallsárlón i Jökulsárlón. Obie znajdują się u stóp lodowca Vatnajökull, którego powierzchnia rozpościera się na 8100 km kwadratowych. Pod względem objętości jest to największy lodowiec Europy. Tu gdzie dotarliśmy powstały jeziora z topiącej się wody.



Pierwsza laguna Fjallsárlón zrobiła na nas ogromne wrażenie. Głównie dlatego, że w zasadzie byliśmy tam z przyrodą sam na sam. Wędrowaliśmy brzegiem i kontemplowaliśmy ten cud natury. 




Nawet jeśli ktoś tam się na chwilę pojawił, to nie miało to żadnego znaczenia przy ogromie przestrzeni.


Ciepło światła słonecznego, przejrzystość powietrza i brak wiatru sprawiły, że miejsce wydało nam się magiczne. W pewnym momencie tę błogą atmosferę przerwał przerażający huk. Mimo, że nie widzieliśmy żadnego ruchu zdaliśmy sobie sprawę, że właśnie przesunął się lodowiec. Bez wątpienia to było jego królestwo, a my tylko chwilowo dzieliliśmy to miejsce z wydrzykami.





Jedne chodziły sobie po terenie nad laguną, a inne latały w powietrzu. 


Spotkaliśmy już wcześniej te wydrzyki na szkockiej wyspie Handzie TU - klik i tu zamieściliśmy sporo informacji o nich. 


To prawdziwi piraci wśród ptaków. Ich zachowanie polega na podkradaniu jedzenia innym ptakom, dlatego nazywane są też pasożytniczymi wydrzykami. Te które spotkaliśmy na Islandii należały do odmiany brązowej, na Handzie dorosłe osobniki wyglądały inaczej, były biało-brązowe.


Nie znalazłam żadnych danych dotyczących migracji tych ptaków, jedynie trochę informacji o obserwacjach tych wydrzyków na Wyspach Owczych. Okazało się, że migrację jesienną zaczynają w sierpniu. Migranci spotykani byli we Francji, Mauretanii, RPA, a nawet w Urugwaju - 11 570 km od miejsca zaobrączkowania. Szczegóły ich "podróży" są ciągle dla nas tajemnicą.


Jökulsárlón to druga, położona ok. 10 km dalej laguna lodowcowa, znacznie większa i oblegana przez turystów. Jednak równie piękna, wręcz zjawiskowa. Rozciąga się ona na powierzchni 18 km kwadratowych na krańcu jęzora lodowcowego Breiðamerkurjökull.


Pływające góry lodowe odwiedzane tu były przez mewy srebrzyste.




Nie są to drobne kawałki lodu co widać na poniższym zdjęciu, gdzie pływa łódź z turystami.





Wypływająca z laguny rzeka Jökulsá wpada do morza niosąc ze sobą kawałki lodowca.





Tam też spotkaliśmy wydrzyki ostrosterne.



Do opisanego tu "towarzystwa" należy bez wątpienia dodać rybitwy popielate, którym poświęciliśmy oddzielny wpis TU - klik. Koniecznie tam zajrzyjcie :)






6 komentarzy:

  1. Przepis fantastyczny!
    Nie jadam łososia w Europie.Norweskie to tablica Mendelejewa.
    Teraz na urlopie zajadam się łososiem,krewetkami i ostrygami.
    Przepis wypróbujemy,trochę przerażona jestem tymi szpinakowymi kulkami.
    Uwielbiam szpinak,więc będę próbować.
    Kolejna opowieść o ptakach świetna,zdjęcia piękne,a maskonury cudne!!!
    Wszystkiego dobrego w Nowym Roku dla Was!!
    Wiele kulinarnych inspiracji,przepisów,podróży i zdrowia!
    Serdeczności-))))))
    I.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękujemy Irenko, życzymy Ci wspaniałego 2018 roku :) Pozdrawiamy

      Usuń
  2. oooooooooooooo jak tu surowo i pięknie ,a ptaki są przepiękne szczególnie w waszym obiektywie
    A na Nowy Rok najlepszego

    OdpowiedzUsuń
  3. Łosoś sus vide, kulki ze szpinaku... To musi być danie nie na co dzień...
    Łososia zawsze szukam dzikiego lub z certyfikowanych połowów i właśnie czekam na nową dostawę, zainspirowaliście mnie bowiem tym daniem...
    Ptaki Islandii niech fruwają wolno i wysoko.
    Pomyślności w 2018!

    OdpowiedzUsuń