Tajlandia - południowe krajobrazy Wybrzeża Andamańskiego.

Przenieśmy się na dalekie południe Tajlandii. Okolice te odwiedziłem kilkanaście lat temu. Nie wiem jak wyglądają dzisiaj. Wówczas były dla mnie cudowną oazą spokoju położoną "lata świetlne" od komercyjnego Phuketu, na którego lotnisku lądowałem i z którego natychmiast uciekłem na południe.



Rejon Krabi opiera się na tradycji rybołówstwa. Dominuje tu morze, rozlewiska, dziesiątki zatok. Z wody wyrastają niezwykłe wapienne formacje skalne, jak choćby Khao Khanab Nam, bliźniacze skały pilnujące niczym wartownicy wejścia do miasta Krabi, serca regionu.


Stąd można udać się w rejs po zatoce Phang Nga i zobaczyć okolicę, po której podróżował James Bond w filmie "Człowiek ze złotym pistoletem". Ko Khao Ping Kan jest na większości pocztówek. Inne równie spektakularne skalne wysepki, może rzadziej, choć pięknie się prezentują na spokojnych wodach zatoki. Odwiedziłem to miejsce ponad 20 lat temu, kiedy jeszcze nie było aparatów cyfrowych i hord turystów. Uwierzcie, że w naturze skała jest znacznie mniejsza niż na zdjęciu. W trakcie odpływu wygląda jak niewielka maczuga wyrastająca wprost z piaszczystej powierzchni pozbawionej wody. Zaś samo miejsce ma znacznie więcej uroku niż na zdjęciu. Jak to zwykle bywa...

(zdjęcie ze strony klik)

Dziś oddalam się stąd, sunąc ku nieznanym mi , nowym okolicom.

Przy brzegu w prostych chatach mieszkają całe rodziny trudniące się połowami i hodowlą krewetek. Mimo skromnych warunków bytowania nie rezygnują ze zdobyczy cywilizacji w postaci telewizji. 

Okolice Krabi to nie tylko morze i wyspy. Wystarczy wsiąść na motorower, by dotrzeć do buddyjskich świątyń. Oto 15-metrowy Budda w Wat Sai Thai. Odpoczywa pod skalnym występem jednej z wapiennych skał, których są tu setki. 


Tuż obok, w kauczukowym lesie, stoją buddyjskie stupy.


Jedną z bardziej fascynujących świątyń jest Wat Tham Seua, Świątynia Tygrysiej Jaskini. Entuzjaści wysiłku mogą wspiąć się na górę, gdzie widać niewielki budynek.


Po pokonaniu 1237 schodów wchodzi sie na szczyt, na którym dumnie stoi ogromna statua Buddy. Kiedy przeliczyłem sobie, że to tak jakby wejść na osiemdziesiąte piętro wieżowca, ograniczyłem swą aktywność do odwiedzin świątyni położonej w jaskini u stóp góry.


Ao Nang od Krabi dzieli zaledwie kilkanaście kilometrów. To tętniące życiem centrum turystyczne niekoniecznie zaoferuje Wam wypoczynek.


Ale ma spory atut w postaci dużej ilości miejsc z autentycznym, tajskim jedzeniem - świeżymi rybami i owocami morza. Oj, korzystałem z tego bez opamiętania.


Łatwo dotrzeć stąd do okolicznych plaż, które dostępne są właściwie tylko od strony wody. Można też urządzić sobie trekking przez wzgórza, ale komu chciałoby wspinać się z plecakiem wśród wapiennych skał w temperaturze powyżej 30 stopni. Stąd najlepszą opcją jest transport za pomocą "long tail boat".


"Long tail boats" to łódki z przeraźliwie głośnymi silnikami, które są popularnym zbiorowym lub indywidualnym środkiem transportu. Żeby jednak skorzystać z ich usług trzeba na nie dotrzeć z własnym plecakiem, czy torbą. W trakcie przypływu nie ma problemu. Kiedy indziej brodzi się w wodzie po kolana.


Chwilę po wypłynięciu pojawiają się cudowne miejsca. Oto plaża Ton Sai z perspektywy morza...


... i lądu.


W czasie odpływu nie zasługuje na nazwę "plaża", bo znika z niej większość wody.


Opływamy Laem Phra Nang i docieramy do Ray Leh East.


Tu odpocznę i ukoję kubki smakowe. Menu to oczywiście świeże ryby i krewetki.


Wspomniana wcześniej Laem Phra Nang jest wyjątkowo urokliwa, dzięki białemu piaskowi, krystalicznie czystej wodzie i wyrastającym wprost z morza wapiennym skałom o bajkowych kształtach, których kolory zmieniają się w zależności od pory dnia.


Nie ma tu lokalnych knajpek, ale głodu nie zaznacie. Zadbają o Was krążący tu i ówdzie sprzedawcy.


Jeśli traficie poza sezonem, spędzicie piękne, spokojne chwile, a koniec dnia oszołomi Was pastelowymi barwami zachodzącego słońca.



Rankiem czas wyruszyć na eksplorację okolicy. Oto Chicken Island. Choć dla mnie bardziej przypomina wielbłąda, nie mnie oceniać wyobraźnię Tajów, którzy tak właśnie nazwali swoją wyspę.


Kawałek dalej trafiamy na Tap Island, której biały piasek pojawia się lub znika w zależności od poziomu wody. Niektórzy docierają do niej brodząc w wodzie w czasie odpływu.


Udaję się 100 kilometrów na południe. Ko Lanta jest sporą, spokojną wyspą o sielskim krajobrazie. Znajdziecie tu zaciszne zatoczki i plaże oraz zalesione wzgórza. Wyspa przyciąga brakiem turystów i lokalnym kolorytem. Zatrzymam się tu kilka dni. Rankiem obserwuję złowione błękitne marliny, które wkrótce skosztuję w jednej z lokalnych knajpek.


Warto przejechać się po okolicy motorowerem, ale by dotrzeć na południe wyspy trzeba mieć doświadczenie, bo stan piaskowych dróg pozostawia wiele do życzenia. Po drodze widać wyspy rozrzucone na Morzu Andamańskim. Oto Ko Bubu przyciągającą wzrok niewielką piaszczystą plażą.


Z Ko Lanta udaję się dalej na południe, tym razem łodzią. Na Muk Island zostawiam kilku pasjonatów życia w stylu Robinsona Cruzoe.


Moim celem jest koralowa wysepka Ko Kradan.


Krystaliczna toń morska skrywa ogromne, kolorowe rozgwiazdy. Łatwo je podnoszę z dna nurkując pod wodą. Z równą przyjemnością zwracam je chwilę później naturze, gdy widzę jak domagają się morskiej wody.


W oddali podziwiam górzyste połacie Trang. Stamtąd niedaleko już do Malezji.


Płynąc z Ko Kradan muszę zawitać na Ko Rok, która zachwyca pustymi przestrzeniami, białym piaskiem, lazurową wodą, kolorową roślinnością i ... całkowitym brakiem ludzi. Cisza jest największym atutem tej wysepki. 


Wracając na Ko Lanta dostrzegam jeszcze ukryte wśród palm, skromne bungalowy, do których trudno dotrzeć lądem.


W końcu jestem znów na plaży Klong Dao. Tu zamieszkałem. Pusta plaża zaprasza, by zanurzyć się w ciepłych odmętach Morza Andamańskiego. Temperatura wody i powietrza jest podobna - plus 30 stopni. Okoliczne bary przywołują, by skosztować ryb i owoców morza. Jest też orzeźwiające, zimne piwo. Żyć, nie umierać...


Łódki czekają by wypłynąć na połów.


Maluchy chronią się przed popołudniowym słońcem.


Ja, wręcz przeciwnie, korzystam z jego ostatnich promieni. Wkrótce zbliżający się koniec dnia przypomina, że morze ma swoje prawa. Raz przychodzi, innym razem odchodzi wraz z zachodzącym słońcem.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz