Tajska ryba gotowana na parze. Południowe smaki i krajobrazy Wybrzeża Andamańskiego.

Przenieśmy się na dalekie południe Tajlandii. Okolice te odwiedziłem kilkanaście lat temu. Nie wiem jak wyglądają dzisiaj. Wówczas były dla mnie cudowną oazą spokoju położoną "lata świetlne" od komercyjnego Phuketu, na którego lotnisku lądowałem i z którego natychmiast uciekłem na południe.

Kuchnia regionu to ryby i owoce morza. Świeżo złowione są zwykle grillowane lub gotowane na parze, podawane z lekkimi sosami, właściwie dressingami. Południe Tajlandii zaskoczy Was znacznie bardziej pikantnymi smakami niż północ.

Przyrządzę dziś takie danie. Kluczem do dobrej, tajskiej kuchni jest świeżość ryb oraz zrównoważenie smaków pikantnych, kwaśnych, słodkich i słonych. Mam dziś świeżutkiego pstrąga i choć pewnie lepszy, bo bliższy tajskiej tradycji byłby strzępiel lub lucjan, ten również znakomicie nada się na dzisiejszy posiłek.
 
 
Pstrąg gotowany na parze z pikantnym, limonkowym dressingiem oraz jaśminowym ryżem



 
Składniki:

2 świeże pstrągi
sól
kolendra i paski papryczki chili
ryż jaśminowy

na dressing:
1 papryczka chili - drobno posiekana
2 ząbki czosnku - drobno posiekane
1 cm imbiru - drobno posiekanego
1 łyżka sosu rybnego
1 limonka (sok z 3/4 limonki i 4 plasterki do przybrania)
1 łyżka cukru
sól do smaku
opcjonalnie - łyżeczka nasion kolendry starta w moździerzu

Wykonanie:

Rybę oczyszczamy z łusek i patroszymy. Odcinamy płetwy, usuwamy oczy i skrzela. Nacinamy mięso ryby skośnie w kilku miejscach aż do ości (od głowy do ogona). Solimy.

Układamy rybę w naczyniu do gotowania na parze. Gotujemy 5-7 minut, po czym przewracamy na drugą stronę i gotujemy na parze kolejne 5 minut.

Rybę możemy też przyrządzić na grillu. To kwestia gustu. Ta gotowana na parze jest delikatniejsza.

W międzyczasie gotujemy ryż, najlepiej jaśminowy.

Aby przygotować sos mieszamy wszystkie składniki ze sobą. Cukier musi się dokładnie rozpuścić. Próbujemy i ewentualnie dodajemy któryś ze składników, aby smaki sosu (pikantne, kwaśne, słodkie i słone) były idealnie zrównoważone.

Przygotowujemy listki kolendry - sporą garść na porcję ryby.

Wykładamy na talerz rybę. Polewamy sosem. Na rybę układamy plasterki limonki , paski papryczki chili, obok niej sporą ilość liści kolendry. Podajemy z gotowanym ryżem.

Oto proste, autentyczne, pyszne tajskie jedzenie.
 
 
***


Wracamy na południe. Rejon Krabi opiera się na tradycji rybołówstwa.
 
Dominuje tu morze, rozlewiska, dziesiątki zatok. Z wody wyrastają niezwykłe wapienne formacje skalne, jak choćby Khao Khanab Nam, bliźniacze skały pilnujące niczym wartownicy wejścia do miasta Krabi, serca regionu.
 
 
Stąd można udać się w rejs po zatoce Phang Nga i zobaczyć okolicę, po której podróżował James Bond w filmie "Człowiek ze złotym pistoletem". Ko Khao Ping Kan jest na większości pocztówek. Inne równie spektakularne skalne wysepki, może rzadziej, choć pięknie się prezentują na spokojnych wodach zatoki. Odwiedziłem to miejsce ponad 20 lat temu, kiedy jeszcze nie było aparatów cyfrowych i hord turystów. Uwierzcie, że w naturze skała jest znacznie mniejsza niż na zdjęciu. W trakcie odpływu wygląda jak niewielka maczuga wyrastająca wprost z piaszczystej powierzchni pozbawionej wody. Zaś samo miejsce ma znacznie więcej uroku niż na zdjęciu. Jak to zwykle bywa...
 
(zdjęcie ze strony klik)

Dziś oddalam się stąd, sunąc ku nieznanym mi , nowym okolicom.

Przy brzegu w prostych chatach mieszkają całe rodziny trudniące się połowami i hodowlą krewetek. Mimo skromnych warunków bytowania nie rezygnują ze zdobyczy cywilizacji w postaci telewizji. 
 
 
Okolice Krabi to nie tylko morze i wyspy. Wystarczy wsiąść na motorower, by dotrzeć do buddyjskich świątyń. Oto 15-metrowy Budda w Wat Sai Thai. Odpoczywa pod skalnym występem jednej z wapiennych skał, których są tu setki. 
 
 
Tuż obok, w kauczukowym lesie, stoją buddyjskie stupy.
 
 
Jedną z bardziej fascynujących świątyń jest Wat Tham Seua, Świątynia Tygrysiej Jaskini. Entuzjaści wysiłku mogą wspiąć się na górę, gdzie widać niewielki budynek.
 

Po pokonaniu 1237 schodów wchodzi sie na szczyt, na którym dumnie stoi ogromna statua Buddy. Kiedy przeliczyłem sobie, że to tak jakby wejść na osiemdziesiąte piętro wieżowca, ograniczyłem swą aktywność do odwiedzin świątyni położonej w jaskini u stóp góry.
 
 
Ao Nang od Krabi dzieli zaledwie kilkanaście kilometrów. To tętniące życiem centrum turystyczne niekoniecznie zaoferuje Wam wypoczynek.
 
 
Ale ma spory atut w postaci dużej ilości miejsc z autentycznym, tajskim jedzeniem - świeżymi rybami i owocami morza. Oj, korzystałem z tego bez opamiętania.
 
 
Łatwo dotrzeć stąd do okolicznych plaż, które dostępne są właściwie tylko od strony wody. Można też urządzić sobie trekking przez wzgórza, ale komu chciałoby wspinać się z plecakiem wśród wapiennych skał w temperaturze powyżej 30 stopni. Stąd najlepszą opcją jest transport za pomocą "long tail boat".
 
 
"Long tail boats" to łódki z przeraźliwie głośnymi silnikami, które są popularnym zbiorowym lub indywidualnym środkiem transportu. Żeby jednak skorzystać z ich usług trzeba na nie dotrzeć z własnym plecakiem, czy torbą. W trakcie przypływu nie ma problemu. Kiedy indziej brodzi się w wodzie po kolana.
 
 
Chwilę po wypłynięciu pojawiają się cudowne miejsca. Oto plaża Ton Sai z perspektywy morza...
 

... i lądu.


W czasie odpływu nie zasługuje na nazwę "plaża", bo znika z niej większość wody.
 

Opływamy Laem Phra Nang i docieramy do Ray Leh East.
 

Tu odpocznę i ukoję kubki smakowe. Menu to oczywiście świeże ryby i krewetki.
 
 
Wspomniana wcześniej Laem Phra Nang jest wyjątkowo urokliwa, dzięki białemu piaskowi, krystalicznie czystej wodzie i wyrastającym wprost z morza wapiennym skałom o bajkowych kształtach, których kolory zmieniają się w zależności od pory dnia.
 

 

Nie ma tu lokalnych knajpek, ale głodu nie zaznacie. Zadbają o Was krążący tu i ówdzie sprzedawcy.
 
 
Jeśli traficie poza sezonem, spędzicie piękne, spokojne chwile, a koniec dnia oszołomi Was pastelowymi barwami zachodzącego słońca.
 


Rankiem czas wyruszyć na eksplorację okolicy. Oto Chicken Island. Choć dla mnie bardziej przypomina wielbłąda, nie mnie oceniać wyobraźnię Tajów, którzy tak właśnie nazwali swoją wyspę.
 

Kawałek dalej trafiamy na Tap Island, której biały piasek pojawia się lub znika w zależności od poziomu wody. Niektórzy docierają do niej brodząc w wodzie w czasie odpływu.

 
Udaję się 100 kilometrów na południe. Ko Lanta jest sporą, spokojną wyspą o sielskim krajobrazie. Znajdziecie tu zaciszne zatoczki i plaże oraz zalesione wzgórza. Wyspa przyciąga brakiem turystów i lokalnym kolorytem. Zatrzymam się tu kilka dni. Rankiem obserwuję złowione błękitne marliny, które wkrótce skosztuję w jednej z lokalnych knajpek.

 
Warto przejechać się po okolicy motorowerem, ale by dotrzeć na południe wyspy trzeba mieć doświadczenie, bo stan piaskowych dróg pozostawia wiele do życzenia. Po drodze widać wyspy rozrzucone na Morzu Andamańskim. Oto Ko Bubu przyciągającą wzrok niewielką piaszczystą plażą.

 
Z Ko Lanta udaję się dalej na południe, tym razem łodzią. Na Muk Island zostawiam kilku pasjonatów życia w stylu Robinsona Cruzoe.


Moim celem jest koralowa wysepka Ko Kradan.

 
Krystaliczna toń morska skrywa ogromne, kolorowe rozgwiazdy. Łatwo je podnoszę z dna nurkując pod wodą. Z równą przyjemnością zwracam je chwilę później naturze, gdy widzę jak domagają się morskiej wody.

 
W oddali podziwiam górzyste połacie Trang. Stamtąd niedaleko już do Malezji.


Płynąc z Ko Kradan muszę zawitać na Ko Rok, która zachwyca pustymi przestrzeniami, białym piaskiem, lazurową wodą, kolorową roślinnością i ... całkowitym brakiem ludzi. Cisza jest największym atutem tej wysepki. 

 
Wracając na Ko Lanta dostrzegam jeszcze ukryte wśród palm, skromne bungalowy, do których trudno dotrzeć lądem.

 
W końcu jestem znów na plaży Klong Dao. Tu zamieszkałem. Pusta plaża zaprasza, by zanurzyć się w ciepłych odmętach Morza Andamańskiego. Temperatura wody i powietrza jest podobna - plus 30 stopni. Okoliczne bary przywołują, by skosztować ryb i owoców morza. Jest też orzeźwiające, zimne piwo. Żyć, nie umierać...


Łódki czekają by wypłynąć na połów.

 
Maluchy chronią się przed popołudniowym słońcem.


Ja, wręcz przeciwnie, korzystam z jego ostatnich promieni. Wkrótce zbliżający się koniec dnia przypomina, że morze ma swoje prawa. Raz przychodzi, innym razem odchodzi wraz z zachodzącym słońcem.

 

Komentarze

  1. oj pięknie tam :) Ciekawam jak wiele osób wejdzie po tej ilości schodów żeby obejrzeć Buddę ? ;) A w wyspie dopatrzyłam się indyka :D
    Pstrąg wygląda bardzo smacznie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Każdy widzi inne zwierzę. Kiedyś był to wielbłąd , dziś widzę perliczkę. Kwestia doświadczenia i lat praktyki. :)

      Usuń
  2. Tajlandia jeszcze przede mną (czyli nie jako punkt przesiadkowy) i mam nadzieję, że mimo wszystko da się jeszcze znaleźć takie spokojne miejsca. Ryba świetna, warta zrobienia w domu (bardzo podobnie rybę robią Wietnamczycy).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety takie miejsce znikają zadeptywane przez tłumy turystów. Mam zdjęcia z okolicznych wysp PhiPhi sprzed lat dwudziestu i dziesięciu. Różnica w odbiorze miejsc jest kolosalna i bolesna. Piękno przytłacza komercja. Dlatego czasem nie chce się wracać w znajome miejsca, by zachować w pamięci wspaniałe wspomnienia.

      Usuń
    2. To też powód dla którego nie chcę wrócić na Kubę :) No i to jest powód dla którego Tajlandia jest na liście ale nie na czołowych miejscach, tam komercja już jest wszechobecna a są miejsca gdzie dopiero wkracza i te są na topie listy.

      Usuń
  3. Pięknie też chciałbym.

    OdpowiedzUsuń
  4. Rybka pysznie przyrządzona, na szczęście z łatwo dostępnych składników, więc chętnie zrobię :) Widoki piękne i świeżutkie ryby sprawiają że jestem głodna :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Łucjo-namawiamy na zrobienie tej ryby, jest pyszna :) pozdrawiamy

      Usuń
  5. Ciekawe, gdzie jeszcze Was nie było, bo mam wrażenie, że zwiedziliście cały świat :) Bardzo lubię kuchnię tajską, to moja ulubiona kuchnia azjatycka, obok kuchni hinduskiej. Pstrąg prezentuje się bardzo apetycznie. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zuziu-nie było nas w wielu pięknych miejscach i ciągle coś planujemy ;) nie wiemy tylko czy czasu nam starczy ;) My bardzo lubimy kuchnię malezyjską, choć tajską i hinduską też ...najlepiej jednak wszystko smakuje na miejscu :) Dziękujemy, pozdrawiamy :)

      Usuń
  6. Mam nadzieję, że przyśnią mi się te piękne widoki:)
    Rybę robię bardzo podobnie, tylko zmniejszam ilość cukru do minimum.
    Żałuję, że nie mam wielkiego wyboru owoców morza,
    ale każdą rybę można zamienić w pyszny posiłek, oby tylko była świeża;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. oby się przyśniły, a ryby świeże coraz częściej można kupić w tanich sieciowych sklepach :) Nasz z takiego źródła pochodzi :) miłych snów

      Usuń
  7. Wrocily wspomnienia z Tajlandii:)
    Przepis na rybe prosty i smaczny - robie podobnie:)
    Pozdrawiam
    Grazyna

    OdpowiedzUsuń
  8. Rybka wygląda przesmacznie!
    W Tajlandii najbardziej lubiłam ryby kupowane na ulicy.
    Były smażone w wookach na bardzo chrupiąco.
    Albo na targu wodnym z ogromną ilością warzyw i ziół.
    Pozdrowienia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Amber miło że wpadłaś i podzieliłaś się swoimi wspomnieniami, pozdrowienia :)

      Usuń
  9. Rybka wygląda wyśmienicie i aż chciałoby się ją zjeść. Samemu pewnie nie uda mi się przygotować tak pysznego dania. Ale zdjęcia i cały blog sa na tyle interesujące, ze jeszcze nie raz Cię odwiedze

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękujemy Michale, danie jest proste, spróbuj je zrobić :) pozdrawiamy serdecznie

      Usuń

Prześlij komentarz