Styczniowa rzeka i uczta mięsożerców

Kiedy na początku roku natknąłem się w jednym ze sklepów na brazylijską polędwicę wołową od razu pomyślałem o prostym, smacznym jedzeniu. Powróciło wspomnienie pobytu w mieście, które zauroczyło nas jakiś czas temu. Bez mrugnięcia okiem nabyłem drogą kupna prawie kilogramowy kawał doskonałego mięsa. Oto co wyszło z gotowania.
Z ogona zrobiłem rodzaj tradycyjnych brazylijskich szaszłyków:

CHURRASQUINHOS


Pokroiłem końcówkę polędwicy wołowej na dwu centymetrowe kawałki.

Podsmażyłem na oliwie dwie posiekane szalotki. Następnie wymieszałem je z sokiem z cytryny, oliwą, chilli, przyprawiając solą i pieprzem, po czym całość zmiksowałem. Zamarynowałem kawałki pokrojonej polędwicy w powyższej marynacie przez noc. Właściwie wystarczyłaby godzina lub dwie, ale zrobiłem to wieczorem, by mięso nabrało więcej aromatu. 

Nadziałem naprzemiennie polędwicę z kawałkami boczku na drewniany patyk wymoczony wcześniej w wodzie. 

Smażyłem szaszłyki na patelni grillowej przez kilka minut obracając je, by doszły ze wszystkich stron.

Podałem ze smażonymi ziemniaczkami i plasterkiem usmażonego boczku. Jeśli chcecie danie to potraktować jako przystawkę, zróbcie mniejszą porcję i zrezygnujcie z ziemniaków. Proste, pyszne i bardzo brazylijskie.

Została jeszcze najlepsza, środkowa część polędwicy, z której zwykle przyrządza się Chateaubriand. Postanowiłem ugotować:

STEK Z POLEDWICY WOŁOWEJ Z SOSEM Z PORTO 


To jeden z wielu sposobów podawania jej w Brazylii. Przed smażeniem polędwica musi osiągnąć temperaturę pokojową, więc jeśli wyjmujecie ją z lodówki, pozwólcie jej przez pół godziny odpocząć.

Gruby kawałek polędwicy smażymy z ząbkiem czosnku i rozmarynem na patelni ze wszystkich stron, zamykając pory mięsa. Czosnek i zioła wyjmujemy. Wystarczy bowiem, że aromatyzowały delikatnie nasz tłuszcz. Przyprawiamy solą morską i pieprzem. Tej grubości kawałek wymaga smażenia przez około 4 minuty z każdej strony, by być średnio wysmażonym, lekko różowym w samym środku. Wkładamy go jeszcze na kilka minut do piekarnika o temperaturze 180C.

W tym czasie przygotowujemy sos. Na rozgrzaną patelnię (z zachowanymi sokami po naszym mięsie) wrzucamy posiekaną szalotkę. Możemy też dodać gałązkę rozmarynu. Smażymy przez chwilę na średnim ogniu. Zwiększamy ogień, po czym deglasujemy patelnię porto. Dodajemy 50ml bulionu  i redukujemy. Kiedy sos zmniejszy objętość do około 1/3 przecedzamy go przez sito, odcedzając szalotkę i zioła. Ponownie wlewamy go na patelnię. Podgrzewamy i na koniec dodajemy łyżeczkę zimnego masła, cały czas mieszając do jego rozpuszczenia. Masło spowoduje, że sos się zagęści i będzie jedwabisty. Jeśli trzeba doprawiamy pieprzem. Uważajcie wcześniej na sól, aby zredukowany sos nie był zbyt słony.

Polędwicę wykładamy z piekarnika. Niech odpocznie kilka minut. Podajemy ze smażonymi ziemniaczkami i ulubionym warzywem. Ja wybrałem lekko podgotowane i usmażone na maśle plasterki marchewki z tymiankiem. Polędwicę polałem jedwabistym sosem z porto. Zaś winem dnia było Amarone della Valpolicella od Zenato fantastycznie dopełniające mocne smaki mięsa.


*****

Prosto z kuchni udajemy się w świat historii i teraźniejszości.

Był 1 stycznia roku 1502, kiedy portugalskie okręty wpłynęły na akwen, który wydawał się ujściem dużej rzeki. Amerigo Vespucci, a może Gaspar de Lemos, czy Gonzalo Coelho, być może oni wszyscy, nie wiedzieli, że była to oceaniczna zatoka. Cóż, nawet wielcy odkrywcy mają prawo się pomylić. Nazwali to miejsce Rzeką Styczniową, no bo jak inaczej mieli uhonorować miejsce, do którego przybyli w Nowy Rok. Nie chcieli dokonać kolonizacji i tym samym wejść w konflikt z Indianami Tamoio, zamieszkującymi tereny wzdłuż zatoki.


Zależało im raczej na zakładaniu faktorii handlowych w okolicy. Ponad pół wieku później zawitali tu hugenoccy uchodźcy. Zbudowali fort i zaprzyjaźnili się z indianami. Portugalczycy nie byli z tego faktu zadowoleni i kilkanaście lat później przepędzili francuskich osadników, budując jednocześnie miasto Sao Sebastiao de Rio de Janeiro. Jakiś czas później Święty Sebastian przestał patronować miastu, a w nazwie pozostała jedynie szczęśliwa styczniowa rzeka, czyli Rio de Janeiro.


Nie od dziś mówi się o nim - najpiękniejsze miasto świata. Patrząc na pocztówki opinia się potwierdza.


Przy osobistym z nim spotkaniu pocztówki bledną...


Rio to piękne miasto, cudne widoki, ale też swoisty klimat radości i szczęścia, który odczuwamy integrując się z miastem i jego mieszkańcami.



Rio zapamiętaliśmy przez  impresje, które do dziś żyją w naszych umysłach.

Obserwowaliśmy statuę Chrystusa Zbawiciela (Cristo Redendor) z basenu położonego na dachu hotelu.







Zbudowany na szczycie ponad siedemset metrowego Corcovado trzydziestometrowy pomnik Zbawiciela odwiedziliśmy jadąc najpierw taksówką przez tropikalną dżunglę Parku Narodowego Tijuca, a potem ... schodami ruchomymi na szczyt wzgórza. Widoki oszołamiały. Zwłaszcza, że byliśmy je w stanie podziwiać przed i po zachodzie słońca.


Jednakże nierozstrzygnięty zostaje konkurs na najlepszy pejzaż miasta. W końcu po drugiej stronie Rio nad okolicą góruje Pao de Acucar, Głowa Cukru, która oferuje najlepsze widoki na ... Corcovado, ale też okoliczne plaże, Baia de Guanabara ze skalistymi wyspami w tle i miejskie dzielnice. Tam również delektowaliśmy się popołudniowym i rozświetlonym wieczornym krajobrazem. Cała przyjemność to podziwianie Rio z różnych perspektyw o różnych porach dnia.


Ponad trzykilometrowe plaże Copacabana i Ipanema dzieli Park Garota.



Obie mają swoich zagorzałych zwolenników. My, kilkudniowi turyści, upodobaliśmy sobie Ipanemę, jako miejsce bardziej urokliwe widokowo.


Obie bezwzględnie są idealnymi miejscami, by obserwować lokalnych mieszkańców, Carioca, uprawiających jogging, jeżdżących na rowerach, grających w piłkę nożną, czy siatkówkę na plaży. Kiedy ogląda się ich zaciętą rywalizację na piasku nie dziwi fakt, że Brazylijczycy dominują w obu dyscyplinach. Rzadko kto doświadcza kąpieli w oceanie, bo zdradliwe fale są w stanie porachować kości, przeczołgać człowieka po dnie lub wręcz zabrać nieszczęśnika w otchłań morskiej kipieli. Nam trudno było zrezygnować z tej atrakcji i z całym szacunkiem dla siły natury zanurzaliśmy się w wodnej pianie, traktując kąpiel bardziej w kategoriach masażu ciała. Ci, którym znudził się sport odpoczywali w niezliczonych barach "pożywiając" się caipirinhą, cachacą, czy szklanką piwa lub fantastycznymi sokami z owoców tropikalnych. Te ostatnie stały się dla nas kulinarnym odkryciem Brazylii. Ich różnorodność zachwyca i daje możliwość odkrywania co raz to nowych smaków. Trzeba pamiętać, że wiele owoców pochodzi prosto z Amazonii i tym bardziej jest dla nas nieznaną, egzotyczną atrakcją.


Plaże Rio to fenomen kulturowy i jednocześnie ... wentyl bezpieczeństwa. Demokratyczny dostęp biedoty z okolicznych faweli i bogatych mieszkańców powoduje rozładowanie emocji wokół społecznego rozwarstwienia. Wszyscy bowiem mają jednakową możliwość korzystania z nich i czerpania radości z wody i słońca. Bo Copacabanę i dzielnicę faweli dzieli dziesięciominutowy spacer.



Rzadko zdarza się, żeby w dużym mieście z plaży nad jezioro było kilkaset metrów. W Rio z Ipanemy nad Lagoa Rodrigo de Freitas można przejść w kilka minut. Nad ogromnym akwenem w środku miasta spotykamy truchtających mieszkańców i rowerzystów, którzy trenują na ponad siedmiokilometrowej ścieżce okalającej jezioro. Wzorem plaż są też zwolennicy piwa czy Caipirinhi. Załóżmy, że są to esteci podziwiający uroki jeziora lub ornitolodzy obserwujący ptasie bogactwo. Są też ci, którzy okolicę podziwiają z łódek, które można wypożyczyć na każdym kroku.


Ale Rio to nie tylko plaże i góry. Ze śródmieścia wyrusza bondinho, czyli tramwaj z otwartymi po bokach wagonami. Jedzie do Santa Teresa, która jest nie od dziś uważana za mekkę wrażliwych na piękno artystów oraz bogaczy. Tych, którzy blisko centrum, w spokojnej okolicy ulokowali swoje rezydencje. Najbardziej niesamowitym odcinkiem jest przejazd akweduktem Carioca zwanym też Arco da Lapa. Dawniej transportował wodę z gór do centrum miasta, a pod koniec XIX wieku został przebudowany na wiadukt, po którym zaczęły kursować tramwaje.


Dzielnica Santa Teresa jest oazą spokoju. Pod koniec XVIII wieku, kiedy wybuchła epidemia żółtej febry uciekało tu wielu mieszkańców miasta, by schronić się przed chorobą. Miejsce to gwarantowało izolację oraz ciut chłodniejszy klimat. Dziewiętnasty wiek przyniósł modę na mieszkanie w tej okolicy. Dziś Santa Teresa spogląda z góry na centralne Rio, dzięki czemu gwarantuje spokój, oszałamiające widoki, ale też relatywną bliskość centrum miasta.






Podobnie spokój jest atutem ogrodów botanicznych położonych u stóp góry Corcovado. Założone przez portugalskiego króla Johna VI, prezentują na 54 hektarach około 6500 gatunków roślin, w tym wiele zagrożonych. Dla nas jest to jeden z trzech najpiękniejszych ogrodów na świecie.

Rio de Janeiro jest miastem ogromnym, ale nie przytłacza swym rozmiarem, mimo dziesięciu milionów ludzi przemieszczających się dzień w dzień jego ulicami.


Rankiem obserwowaliśmy wychodzących z metra ludzi ustawiających się w kolejce na przystanku autobusowym. Byliśmy zaskoczeni, że ten temperamentny naród jest w stanie funkcjonować w sposób tak zorganizowany. Mimo, że sporo mówi się o zagrożeniach związanych z bezpieczeństwem, nasze doświadczenia wskazywały na gościnność i opiekuńczość mieszkańców, którzy na każdym kroku starali się pomagać nam znaleźć szukane przez nas miejsce.



Tak było choćby w przypadku naszej wizyty na Maracanie, gdzie ludzie "przekazywali" sobie nas w autobusie, metrze, wreszcie idąc pieszo ulicami przedmieścia, byśmy bezpiecznie dotarli do słynnego stadionu. W końcu odwiedziliśmy miejsce, które w tym roku będzie główną areną Mistrzostw Świata. Bez wątpienia mając w głowie obrazy miasta i wspomnienie jego mieszkańców będziemy sercem kibicować drużynie Brazylii.

Komentarze

  1. Pisałam komentarz, chwaliłam i potrawę i przecudne widoki na zdjęciach i ciaaaaaaaaaaaaaach, poszło sobie w kosmos zamiast publikacji

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo żałujemy , że nie wyszło :( pozdrawiamy serdecznie

      Usuń
  2. uczta dla oczu i ducha, wspaniala relacja,
    miesko zachecajace, ale ciut za cieplutko jak na moje plus 44, moze zima tu zajrze...
    podrawiam goraco...
    Grazyna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękujemy, gorące pozdrowienia są na czasie u nas, bo zimno :) my również pozdrawiamy

      Usuń
  3. Stek z porto? Fantastyczne! :))
    O zdjęciach już nie wspominam, totalnie odleciałam w myślach do Brazylii...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Brazylia jest niesamowita :) przejechaliśmy całe wybrzeże od północy aż do Argentyny i to jedne z najmilszych podróżniczych wspomnień :) pozdrawiamy

      Usuń
  4. Cudowne zdjęcia i ciekawe popisy pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękujemy Gościu za odwiedziny, będzie nam miło jeśli następnym razem ujawnisz swoje imię lub nick.Pozdrawiamy :)

      Usuń
  5. Pięknie wygląda Rio na waszych zdjęciach, milo zobaczyć że jest normalne życie w Brazylii bo faktycznie więcej się mówi o niebezpieczeństwie w Brazylii niż normalnym życiu ... pozdrawiam Iwona

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Iwonko-w jakims sensie polecielismy do Brazylkii obciążeni tym stereotypem, rzeczywistość na szczęście okazała się bardzo przyjazna :) pozdrawiamy

      Usuń
  6. Dołacząm się do tej mięsnej uczty.
    Wspaniałości!
    A Rio poznałam z różnych stron i mam własne refleksje.
    Na Twoich zdjęciach ma bardzo ,ludzką twarz'.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...