Uczta mięsożerców w krainie Guarani

Zanim zjawili się tu Hiszpanie, tereny te należały do indian Guarani. Żyli naturalnym rytmem wielbiąc naturę i wierząc przesądom. Każdego roku poświęcali piękną dziewicę bogu-wężowi M’Boi, którego czcili. Tak po prostu, kobiety były najpierw dobrze wykarmione, później wrzucane w otmęty rzeki. Pewnego razu miało to dotknąć Naipi, przyszłą żonę wojownika z sąsiedniego plemienia imieniem Taroba. M’Boi zobaczył bowiem jej odbicie w wodzie i zażądał ofiary w postaci najpiękniejszej kobiety jaką spotkał. I tak dzień przed ślubem rada starszych postanowiła spełnić żądanie M’Boi. Był w końcu synem Tupy, Największego Boga, więc nie wypadało się mu przeciwstawiać. Oboje Naipi i Taroba byli załamani. Postanowili jednak spróbować ucieczki przed wężem. Ruszyli swym canoe w dół rzeki. Taroba dzielnie wiosłował utrzymując przewagę nad zdesperowanym M’Boi. Ten widząc, że nie jest w stanie go dogonić napiął swe ciało, powiększając je do rozmiarów rzeki. Spowodował, że wody zaczęły kołysać canoe Taroby. Młody wojownik jednak nie poddawał się. Wściekły M’Boi wbił się w ziemię, aż ta zapadła się pod korytem rzeki tworząc ogromna rozpadlinę. Taroba wypadł na brzeg, zaś Naipi runęła z łodzią w dół. M’Boi zamienił ją w skałę, by nie mogła uciec. Taroba zaś stał się palmą, która rośnie powyżej. Zemsta M’Boi spowodowała, że Naipi i Taruba wciąż mogą się widzieć, ale dotykają się jedynie przy pomocy tęczy, w chwili gdy zazdrosny wąż nie jest w stanie tego zauważyć. Ich miłość zwyciężyła i wciąż trwa.


Naukowcy mają inne wytłumaczenie. Jakieś 130 milionów lat wcześniej po bodaj największym w ciągu ostatnich kilkuset milionów lat wybuchu wulkanu uformował się płaskowyż Planalto Meridional. To na jego krawędzi powstał wodospad Iguazu.
Szczerze mówiąc bardziej przekonuje mnie wersja o M'Boi, bo kto uwierzy w jakiś wulkan, gdzie jest dziś płaskowyż, rzeka i dżungla. No kto?
  
Ale miało być o jedzeniu...
Dwa ogromne kraje, Brazylia i Argentyna kojarzą nam się z pysznymi wołowymi stekami. To proste potrawy dla mięsożerców, których wartość ocenia się zwykle po jakości mięsa i wielkości porcji. Uległem dziś tym standardom i przygotowałem:


STEK Z ANTRYKOTU WOŁOWEGO Z PIECZONYMI ZIEMNIAKAMI I ZIELONĄ FASOLKĄ SZPARAGOWĄ


Składniki dla dwóch osób:

2 steki z antrykotu wołowego, każdy po 250g - ma być bowiem dużo i dobrze
szalotka
ząbek czosnku
plasterek boczku
sól, pieprz
kilka świeżych gałązek tymianku i rozmarynu
chlust czerwonego wina
2 łyżeczki masła
6 małych ziemniaczków
zielona fasolka szparagowa

Wykonanie:

Ziemniaki obrać i ugotować. Następnie smażyć na maśle klarowanym z gałązką tymianku do lekkiego zbrązowienia.
Szalotkę i czosnek drobno posiekać. Smażyć na maśle klarowanym z plasterkiem boczku, gałązkami tymianku i rozmarynu przez kilka minut. Odcedzić masło przez sito wlewając z powrotem na patelnię. Szalotkę i czosnek zachować - dodamy je na koniec do ugotowanej fasolki.
Fasolkę przycinamy równo z obu stron i gotujemy w osolonej wodzie przez około 10 minut. Odcedzamy dodajemy łyżeczkę masła oraz usmażoną wcześniej szalotkę z czosnkiem.
W międzyczasie przyprawiamy steki z antrykotu solą i pieprzem. Smażymy je na maśle ze smażenia szalotki i czosnku po około 2-3 minut z każdej strony (w zależności od preferowanego stopnia wysmażenia), najpierw na dużym ogniu, potem go zmniejszając. Długość smażenia uzależniona jest od grubości mięsa. Zdejmujemy z patelni, by odpoczął. Zwiększamy ogień i deglasujemy patelnie czerwonym winem, po czym dodajemy łyżeczkę masła silnie mieszając. Uzyskamy niewielką ilość aromatycznego sosu.
Podajemy danie - pokrojony w plastry stek polany niewielką ilością sosu, plasterek boczku, ziemniaczki i fasolkę oraz gałązkę tymianku dla ozdoby.
Antrykot ma w sobie wiele smaku. Tłuszcz, który w czasie jedzenia odkładamy nadaje mu w czasie smażenia dodatkowy aromat. To danie dla głodnych mięsożerców.
Najedzeni? To wracamy do naszej wyprawy.

Kiedy dotarliśmy na lotnisko w Sao Paulo, samolot linii Gol miał nas przenieść w ciągu dwóch godzin z gigantycznego miasta do lasów deszczowych na granicy trzech państw: Argentyny, Brazylii i Paragwaju. 


Opuszczamy miejską dżunglę, przekraczamy granicę dwóch światów - tego stworzonego przez ludzi,  by zobaczyć świat w pełni naturalny.


 Pod nami aż po horyzont dżungla...


Gdy schodziliśmy do lądowania okazało się, że siedzimy po właściwej stronie i widzimy w oddali widok, który kolejnego dnia będziemy doświadczać z bliska z wielu perspektyw. Wzbijający się w górę wodny pył zapowiadał niezłe emocje.


Mieszkamy po brazylijskiej stronie w Foz de Iguacu. Wczesnym rankiem łapiemy autobus do Argentyny. Szybka odprawa i chwilę później jesteśmy już u bram parku narodowego.



Green train of Jungle zabiera nas do stacji Cataratas.


Wodospad Iguazu zawdzięcza swą nazwę rzece o tej samej nazwie.Wypływa ona z gór Serra de Mar, by po przedarciu sie przez wilgotne lasy deszczowe dotrzeć do wielkiej rozpadliny, gdzie spada 80 metrów w dół. Tak naprawdę tworzy się 275 wodospadów na szerokości 2700 metrów. Bazaltowe skały wytrzymują ogromny napór wody, zaś roślinność wykorzystuje każdą, najmniejszą nawet szansę, by przyczepić się i chłonąć wodny pył w tym tropikalnym klimacie.


Wędrówkę zaczynamy najpierw górnym szlakiem,
  

potem dolnym docieramy do brzegu rzeki. Stąd przeprawiamy się łodzią na wyspę San Martin.


Z plaży idziemy do wodospadów San Martin, drugich pod względem wielkości w systemie wodospadów Iguacu.


Przez najgęstszy fragment dżungli docieramy do wodospadów Escondido. Ukorzenione na skałach rośliny zmagają się ze strugami wody. Mają szczęście, że w tej okolicy wodospad jest raczej łagodny.


Wystarczy jednak przejść kawałek i spojrzeć w lewo, by dojrzeć wodospady Trzech Muszkieterów.


Idziemy dalej, by dojść do plaży. Nie jest to może spektakularne miejsce do kąpieli, ale chętnie zanurzamy nogi w rzece, by złagodzić trudy wędrówki po wyspie San Martin.


Staramy się nie schodzić ze ścieżek, bo żyjące tu grzechotniki są najbardziej jadowite ze wszystkich należących do tej rodziny.


Spotykamy za to ostronosy,


mnóstwo jaszczurek,


i ptaków jak ta modrowronka pluszogłowa


czy sępnik czarny.


Wracamy łodzią na stały ląd, a naszą kolejką jedziemy ku największej atrakcji.


To Garganta del Diablo, czyli Gardziel Diabła. Zanim jednak zobaczymy ten spektakularny widok idziemy ponad kilometrowym drewnianym mostkiem nad rzeką, słysząc coraz wyraźniej szum opadającej wody.


W słońcu pojawiają się motyle. Diaethria clymena jest traktowany jako skarb otaczających nas lasów deszczowych. Na skrzydłach ma wyraźny wzór cyfr 88 lub 89.


Ten ma inny pomysł na kamuflaż. Przypomina uschnięty liść.


Gardziel Diabła to nie jeden, ale kilka potężnych wodospadów, z których najważniejszym jest the Union Fall.


Patrząc na opadające zwały wody zastanawiamy się co czuł hiszpański odkrywca Alvar Nuñez Cabez de Vaca, gdy po raz pierwszy zobaczył to miejsce w 1541. Wiemy przynajmniej jedno. Alvar dowiódł, że M'Boi działał nie później niż w piętnastym wieku. Argentyńska strona wodospadów jest spektakularna. Człowiek ma wrażenie bliskiego z nimi obcowania. Znajduje się na wyciągnięcie ręki od opadających strug wody, doświadczając unoszącego się w powietrzu wodnego pyłu. Niełatwo tu robić zdjęcia, bo obiektyw co chwilę pokrywa warstwa wody, a aparat prosi się o lepsze traktowanie. Jest też jednak pozytywna strona. Unosząca się nieustannie chmura kropel wody tworzy w promieniach słońca dziesiątki tęcz.


Wracamy do Brazylii. Kolejny dzień to inne spojrzenie na wodospady Iguazu. Argentyna dała nam perspektywę dramatyczną, Brazylia gwarantuje widoki panoramiczne. Różnica taka jak między spacerem ze stadem słoni, a widokiem ich stada z oddali.


Tu naszym środkiem transportu jest nie kolej, a autobus. Piętrowy. Mało to istotne, bo po dziesięciu minutach jazdy możemy z szerokiego punktu widokowego podziwiać spektakularne wodospady i wyspę San Martin, którą wczoraj przemierzaliśmy pieszo.
Przyglądając się widzimy maleńką łódź, którą wcześniej płynęliśmy na wyspę. Kawałek dalej oglądamy "Muszkieterów" spływających z klifów wyspy San Martin...
 
... a chwilę później widzimy w oddali Gardziel Diabła. I kolejną tęczę.
 
Mostek prowadzi nas bliżej i bliżej. Początkowe uczucie ekscytacji zamienia się w cichą kontemplację i zamyślenie.
  
To jeszcze nie koniec. Człowiek chce bowiem takie cudo natury podziwiać z różnych perspektyw. Wybudował więc windę, która wiezie nas 25 metrów wyżej. No i co? Jest inaczej i miejsce to dopełnia nasze doznania estetyczne.

Iguazu ... zapamiętamy to miejsce na zawsze. Bo są tu spektakularne widoki. Bo pamiętamy, że to kraina Guarani, ludzi z plemion zaadaptowanych do życia w środowisku lasów deszczowych uwielbiających naturę i korzystających z wiedzy bazującej na roślinach i zwierzętach. Bogactwo ich języka botanicznego i zwierzęcego jest porównywalne z Rzymianami i Grekami. Polowali, zbierali owoce, ale też zajmowali się rolnictwem bazując na diecie kukurydzianej i maniokowej. Dziś są nadal obecni, choć ich życie zmieniło się nie do poznania.
 

Komentarze

  1. Stek wyborny,taki jak lubię.
    Zdjęcia i opowieści znakomite.
    Wodospady przecudowne.
    Prawdziwa uczta-)
    Serdecznie pozdrawiam-))))
    I.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I my pozdrawiamy Cię Irenko :) Dziękujemy za odwiedziny.

      Usuń
  2. Małgosiu,
    stek dobry bardzo lubię.
    Twój preezntuje się pysznie!
    Zdjęcia przywołują znajome obrazy.
    Szczęśliwie dane mi było zobaczyć wodospady Iguazu po obu stronach granicy.
    Uwielbiam siłę tej wody.
    Polecam też wodospady Victorii,ale to już inna strona świata...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Amber to rzeczywiście mój stek, ale zrobiony przez Piotra i on jest autorem tego posta i potrawy :) Stek był pyszny, dziękujemy :) Wody Iguacu skoro widziałaś to zapewne wiesz, jak niewiele uroku przekazują zdjęcia. Pozdrawiamy serdecznie

      Usuń
  3. Stek fantastyczny, ale najwieksze wrazenie robia wodospady.
    To musiala byc niezapomniana wyprawa:)
    Pozdrawiam serdecznie
    Grazyna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak Grażynko, spędziliśmy tam dwa pełne dni i ciągle nie mogliśmy się nadziwić urokom tego miejsca.Pozdrowienia

      Usuń
  4. Stek doskonały, a wodospady fantastyczne. Misja i widoki tam pokazane oglądałam wiele razy i zawsze podziwiałam niesamowite wytwory natury

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :) Dziękujemy Basiu, pozdrawiamy serdecznie

      Usuń

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...