poniedziałek, 27 października 2014

Malajskie rybne curry w raju, czyli Rempah Kari Ikan na Pulau Pangkor.

Ale o co chodzi ... no dobrze, zacznijmy od definicji.

Pulau to po malajsku - wyspa. Pangkor - jej nazwa. Raj - sami zobaczcie. Kari Ikan - to rybne curry, a rempah to przyprawy. I już wiadomo, gdzie jesteśmy i co jemy...

Minęła połowa naszej wyprawy do Malezji. To kraj, po którym podróżuje się łatwo, przyjemnie i tanio, jak po większości krajów Azji Południowo-Wschodniej. 

Jednak "koczowanie" na lotnisku, długi lot, ciągłe przemieszczanie się autobusami, nerwowe negocjacje z taksówkarzami, wreszcie walka z plecakiem w upale przy gigantycznej wilgotności sprawia, że po prawie dwóch tygodniach podróży historyczno-kulturalny cel schodzi na dalszy plan. Musimy zrobić sobie wolne od wakacji. Zignorować na chwilę potrzeby duchowe, motywując do dalszych wyrzeczeń zmęczone kilometrami pieszej wędrówki ciało.

Taksówka - autobus - własne nogi - prom - kolejny autobus ... oto logistyczny przepis na znalezienie się w raju. No bo jak nie wpaść w euforię, kiedy witają nas takie oto widoki...


 
 
Wyspa Pangkor znajduje się w centralnej części Malezji na jej zachodnim wybrzeżu. Położona na Morzu Andamańskim ma zaledwie dziesięć kilometrów długości i ze trzy-cztery szerokości. Nie dawniej jak w szesnastym i siedemnastym wieku była kryjówką piratów. Dziś jest cichym, spokojnym miejscem, które w weekendy odwiedza lokalna ludność spragniona relaksu na tropikalnych plażach. W dni powszednie panuje tu spokój i cisza. Pulau Pangkor oparła się komercyjnej turystyce, a jej społeczność wciąż żyje według tradycyjnych reguł, czerpiąc życie z okolicznych wód.

Nawet na plaży, która jest pusta i "tylko nasza", nie ma kompromisów dla tradycji. Wiadomo Malezja to islam.


Nasz trzydniowy urlop od urlopu, zaskutkował całym dniem lenistwa, naprzemiennym taplaniem się w basenie w towarzystwie kwiatów


i w morzu, z obowiązkowym dreptaniem po plaży


w towarzystwie zwierząt.


Po południu naruszyliśmy butelkę ginu, którą wraz z tonikiem przeszmuglowaliśmy na wyspę, a wieczór spędziliśmy w restauracji Daddy's Cafe, odległej na tym pustkowiu o niecałą godzinę spaceru. No bo jak to. Jeść w hotelu? Nigdy w życiu.

 
Daddy's Cafe zafundowało nam kulinarną ekstrawagancję w postaci świeżych krewetek, krabów i barakudy. Produktów tak pysznych, że dzień później ponownie maszerowaliśmy, by dotrzeć do kulinarnego raju. A kolejnego dnia, mając do dyspozycji skuter, tym bardziej nie omieszkaliśmy go odwiedzić.


Po dniu lenistwa wróciliśmy do naszych zwykłych rytuałów. Nie jesteśmy w stanie wylegiwać się na plaży dłużej niż dobę. Trekking w dżungli porastającej północny skraj wyspy, przylegającej do naszego hotelu, wydał nam się idealnym sposobem na spędzenie przedpołudnia. Wcześniej, poranny połów z rybakami pięknie rozpoczął dzień. A kolejny poranek wymusił objazd wyspy motorowerem. Ciało zostało więc trochę oszukane, ale w końcu swój dzień, a może i półtora dnia lenistwa w prezencie otrzymało.

Zanim jednak dokładniej poznamy Pangkor ugotujmy coś, co kojarzy się z tym pięknym miejscem. A na myśl przychodzi zapach przypraw i świeżość darów morza. Gotujemy dziś...

 

MALEZYJSKIE RYBNE CURRY (REMPAH KARI IKAN)
 


 

Przepisów na to danie jest sporo. Co rodzina, domostwo, okolica, region, tyle też jest różnych wariacji dania. Wspólną cechą jest fakt, że ryba pływa sobie w sporej ilości pikantnego sosu curry o konsystencji zupy.

Składniki (na 2 porcje):

2 ryby o białym ścisłym mięsie (każda po około 350g) - ja użyłem dorady
sól

1łyżeczka kozieradki - starta na pył w moździerzu
1strączek czerwonego chili lub ostrej papryczki - pozbawiony nasion i drobno posiekany
2 szalotki - posiekane
1ząbek czosnku - posiekany
olej roślinny

starte w moździerzu przyprawy (po 1 czubatej łyżeczce każdej):
ziarna kolendry, kumin, nasiona kopru włoskiego, kurkuma, suszone chili, biały pieprz

kilka listków curry
1 cebula
1-2 pomidory
1/2 małego bakłażana pokrojonego w centymetrową kostkę.
1 łyżka pulpy tamaryndowej rozpuszczonego w szklance wrzątku
150ml mleczka kokosowego

Wykonanie:

Posiekaną cebulę rozbijamy w moździerzu, a pomidora obieramy ze skórki i siekamy drobno (pozbawiając gniazd nasiennych).

Bakłażana kroimy w centymetrową kostkę i solimy. Odstawiamy na dziesięć minut, po czym wycieramy go ręcznikiem papierowym.

Pulpę tamaryndową, po rozpuszczeniu we wrzątku przecedzamy przez sito. Zachowujemy płyn.

Rybę kroimy w dzwonka. Doprawiamy solą. Obsmażymy krótko na oleju roślinnym z każdej strony.

Na rozgrzany olej wrzucamy kozieradkę, starte w moździerzu przyprawy, papryczkę chilli, czosnek, szalotki. Smażymy przez chwilę, mieszając, aż warzywa zeszklą się, a przyprawy uwolnią intensywną woń. Dolewamy 300-400 ml wody.

Wkładamy rozbitą w moździerzu cebulę, pomidory, pokrojony bakłażan, listki curry, płyn pulpy tamaryndowej i mieszamy gotując przez kilka minut. Dokładamy rybę, doprawiając przy okazji solą i przykrywamy. Gotujemy około 5 minut (w zależności od grubości ryby). Po tym czasie wykładamy rybę z patelni na talerz.

Pozostałe składniki gotujemy jeszcze przez kilka minut, próbując i doprawiając ewentualnie solą. Dodajemy mleczko kokosowe mieszając, by składniki sie połączyły.

Rybę możemy odfiletować i ponownie wrzucić na patelnie by podgrzać w naszym curry lub wrzucić dzwonka, podając ją z ośćmi.

Rybne curry podajemy z dużą ilością płynu - to coś między daniem rybnym, a zupą.

Oddzielnie serwujemy ryż. Możemy też podać pikantną, słodko-kwaśną odświeżającą sałatkę z ogórka, krojąc go na cieniutkie paski i przyprawiając dobrze zbalansowanym sosem z octu ryżowego, cukru i chili.

To danie dla zwolenników pikantnych smaków. Smacznego.


Najedzeni? Ruszajmy więc, by poznać wyspę i jej mieszkańców.

Kiedy myślimy o Pangkor mamy w pamięci połowy z rybakami. Mężczyźni ci, bo to męska praca, zarzucają sieci na dużym akwenie. Wciągają je na brzeg siłą mięśni, wspomagając się silnikiem swej niewielkiej łódki. Połów zwykle przynosi efekty w postaci złowionych ryb i krabów, ale by przeżyć muszą tą procedurę wykonać kilkukrotnie. Morze bowiem nie oferuje takiego bogactwa jak lat temu dwadzieścia, czy trzydzieści. Dla tych prostych ludzi codzienna praca nie jest źródłem satysfakcji, ale koniecznością.
  


Chętnie jednak reagują na wyrazy sympatii ze strony nielicznych tu turystów odwzajemniając radość.


Naszymi codziennymi towarzyszami były też okoliczne zwierzęta. Bliskość tropikalnego lasu sprawiała, że chętnie przylatywały  hornbile.


Wiedziały, kiedy pojawi się pożywienie i z dokładnością do minuty odwiedzały nas rano oraz późnym popołudniem. Ptaki miały konkurencję w postaci małp, które oprócz poszukiwania jedzenia próbowały myszkować po hotelowych pomieszczeniach.


Dlatego też bezwzględnie zalecano zamykanie okien.

A sama wyspa?

Ruszamy w drogę skuterem. Mijamy plażę z naszą ulubioną restauracją. W sezonie rozmnażają się tu żółwie, choć nie w takiej ilości jak kiedyś.


Kawałek dalej trafiamy na ruiny powstałego w 1670 roku holenderskiego fortu. To Kota Belanda.


Miał bronić wyspę przed agresją Anglików. Dwadzieścia lat później został zaatakowany przez Malajów, którzy wymordowali załogę. Wiek później przejęli go Anglicy.

 
Ludzie mieszkają w prostych chałupach, często zbudowanych na palach, z łodziami zacumowanymi nieopodal.


Ich źródłem zarobku są świeże ryby, ale też suszone anchovies w różnych rozmiarach, które można kupić na każdym kroku. Czekają na klientów w ogromnych worach. 

 
Pangkor Town to miasteczko, nie różniące się od innych wiosek wyspy. Tyle, że więcej tu domów, sklepów, a i bank, czy pocztę znaleźć można.


 



Zobaczyliśmy też robale przeznaczone do konsumpcji. Miejska alternatywa dla ryby...







Kawałek dalej w Sungai Pinang Besar trafiamy na taoistyczną świątynię.


Zbudowana u podnóża Pangkor Hill gromadzi lokalnych wyznawców.


W ogrodzie zauważamy miniaturową replikę Wielkiego Muru. Chińska tęsknota za kontynentalną wielkością...

 
Następnie spotykamy świątynię, zapraszającą wyznawców hinduizmu.


Zgłodniali znajdujemy niewielką knajpkę, gdzie dostajemy makaron z krewetkami. Oczywiście robiony przy nas na świeżo.



Na żądnych deseru czekają świeżo zerwane duriany i rambutany.

 
Powrót do hotelu skutkuje ponownym zanurzeniem się w basenie
 
 
 i obserwacją pojawiających się na kolację hornbili.


Ciało zwycięża nad duszą. Kogo obchodzi historia wyspy gdzieś na drugim krańcu świata, kiedy w ostatnich promieniach słońca chłodzimy się mając w perspektywie kolejne świeże dania z morza.

 
Czas opuścić raj. Nie marudzimy jednak, bo co prawda ciało znów przytłoczy plecak, zapach spalin, podmuch gorąca i wilgoci, ale odwiedzimy kulinarny raj. O tym jednak innym razem.

czwartek, 23 października 2014

Jesienny chleb w jesiennej scenerii.

Przepis pochodzi z książki "Chleb" Jeffrey'a Hamelmana, która jest dla mnie ciągłym źródłem inspiracji. Autor pisze, że recepturę opracowano w piekarni King Arthur Flour  jako jesienną specjalność. Nie mogłam zatem go nie upiec ;) Wybór okazał się bardzo trafiony. Chleb staje się jednym z moich ulubionych i oczywiście trafia na październikową listę Wisly NA ZAKWASIE I NA DROŻDŻACH oraz do PANISSIMO. W składnikach dokonałam drobnej modyfikacji i odpowiednio to zaznaczyłam.
 
 
 
Jesienny chleb


 
 
 
Składniki na 2 bochenki o wadze ok. 700g :
 
levain:
110 g mąki pszennej razowej
70 g wody
20 g zakwasu *
 
masa chlebowa:
levain (bez 2 łyżek) 
640 g wody
540 g mąki pszennej chlebowej
240 g mąki pszennej razowej
16 g soli
5 g drożdży instant
100 g orzechów włoskich**
100 g orzechów laskowych
140 g mieszanki rodzynek: zielonych, złotych i korynckich oraz suszonej miechunki, jagód kolcowoju (Goji), żurawiny i wiśni

  
* użyłam zakwasu żytniego, który odświeżyłam 12 godzin wcześniej
** autor w przepisie podaje :
200 g orzechów włoskich
70 g suszonej żurawiny
70 g sułtanek

  
Levain  przygotować na 12 godzin przed pieczeniem. Wymieszać zakwas z wodą,  dodać mąkę i wymieszać na jednolitą masę. Odstawić pod przykryciem w temperaturze pokojowej.
 
Po tym czasie włożyć do misy/dzieży wszystkie składniki poza bakaliami. Mieszać na pierwszej prędkości aż wszystko dobrze połączy się, następnie przełączyć na drugą i mieszać ok. 3 minut.
Można chleb wyrabiać ręcznie i należy to robić znacznie dłużej, aż wytworzy się siatka glutenowa, a masa będzie wyraźnie elastyczna i będzie odchodzić od ręki.
 
Na koniec dodać bakalie (wszystkie poza orzechami delikatnie oprószyłam mąką). Wymieszać na pierwszej prędkości tylko tyle, żeby składniki równomiernie się rozłożyły.  
 
Odstawić pod przykryciem w misie/dzieży na ok. 1,5 godziny. W połowie czasu fermentacji złożyć ciasto (jak list urzędowy) i znów wsadzić pod przykryciem do wyrastania. W razie konieczności podsypać mąką podczas wyjmowania i składania.
 
Podzielić ciasto na dwa bochenki. U mnie jeden wyrastał w okrągłym koszyku, a drugi w foremce do pieczenia pasztetu ;) To ten na zdjęciu.  Odstawić w ciepłe miejsce pod przykryciem na ok. 1 godz.
 
Piec z parą. Autor podaje, że pierwsze 15 min. w temperaturze 240 stopni, a potem 36-38 min. w temperaturze 215 stopni. Ja piekłam 15 minut w temperaturze 230 stopni, a potem 35 minut w 210 stopniach.

Moje uwagi :
-chleb bardzo elastyczny ale podczas czynności przekładania potrzebował ciut więcej mąki niż w przepisie,
-dodanie bakalii powoduje, że pieczywo ma słodki posmak; mi to nie przeszkadza, ale jeśli wolicie chleb wytrawny to zrezygnujcie ze słodkich bakalii.

***
  
 
Chleb jesienny potrzebuje stosownej oprawy, znów zatem trochę jesieni na zdjęciach :) Cieszmy się kolorową aurą, bo jak przyjdzie silny wiatr, to całą tę  dekorację szybko zdmuchnie :)
 
W lesie :)
 
  
 
 
 
 

   
 
 
 
 
 
 
 



 
W parku
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
  
   
Nad morzem :)
 
 
  
  
 
   
 
 
 
Życzymy Wam pięknych, jesiennych spacerów :) 

wtorek, 21 października 2014

Dyniowe biscotti

Sezon dyniowy w pełni, zatem czas na Festiwal Dyni z Beą. Jesień mieni się kolorami  i różnorodnością  dyń, co bardzo mobilizuje mnie do wykorzystania  tego wspaniałego warzywa. Dziś na słodko...Biscotti to jedne z moich ulubionych ciasteczek, których nazwa oznacza "dwa razy pieczone". Na tym polega przygotowanie tego aromatycznego wypieku. Szybkie zrobienie masy jest tu atutem. Upieczona dynia nada biscotti pięknego koloru.
 
 
Dyniowe biscotti


 
 
 
Składniki na ok.30 sztuk:

120 g puree z dyni*
50 g miękkiego masła
2 jaja L
240 g mąki pszennej
100 g cukru trzcinowego
1 płaska łyżeczka proszku do pieczenia
80 g orzechów włoskich
50 g drobnych rodzynek
40 ml Cointreau lub innego likieru pomarańczowego**
1/2 łyżeczki mielonego imbiru
1/3 łyżeczki startej gałki muszkatołowej
2 goździki
1 laska wanilii
1 czubata  łyżeczka mielonego cynamonu
2 ziarna ziela angielskiego
1  ziarno tonki**
piec najpierw w 180 stopniach, a potem w 150

*Jak upiec dynię znajdziecie TU,
**tonkę można zastąpić 1/2 laski wanilii,  w przypadku braku likieru pomarańczowego zetrzyjcie skórkę z pomarańczy do suchej masy składników, a rodzynki zalejcie sokiem z pomarańczy.
 
Rodzynki zalać wrzątkiem, kilka razy wypłukać i zalać likierem pomarańczowym, zostawić na ok. godzinę. Po tym czasie odcedzić i likieru nie wylewać.
Masło połączyć z puree z dyni, dodać jaja i odcedzony likier, razem zmiksować.
Tonkę zetrzeć na drobnej tarce, goździki i ziele angielskie utrzeć w moździerzu na proszek.
 
Suche składniki (mąkę, cukier, proszek do pieczenia i przyprawy) wymieszać w głębokim naczyniu. Następnie dodać utartą masę z jaj, masła i dyni, całość wymieszać na jednolitą masę, pod koniec dodając posiekane grubo orzechy i rodzynki. Uformować dwa równe wałeczki na blacie (w razie potrzeby podsypać delikatnie mąką).
 
Nagrzać piekarnik na 180 stopni. Blachę do pieczenia wyłożyć pergaminem. Ułożyć wałeczki na pergaminie i spłaszczyć na grubość ok. 3 cm. Piec 30 min. Po tym czasie wyjąć blachę z piekarnika i odstawić na kilkanaście minut do ostudzenia. Pociąć na ukośne kawałki o grubości ok.1,5-2cm. Ułożyć płasko na blasze i piec po 7 minut z każdej strony w temperaturze 150 stopni. Po upieczeniu ostudzić na kratce i przechowywać w szczelnej puszce lub słoju.
 
A TU znajdziecie przepis na bakaliowe biscotti. Zapraszamy również do zeszłorocznych "dyniowych" przepisów.
 
***
 
Dziś zabieram Was do zakątków Toskanii, niezbyt popularnych. Pierwszy z nich to Badia a Coltibuono.


To dawne opactwo powstało ok. 1000 r., a mnisi jako pierwsi uprawiali  w tym rejonie vitis vinifera. 


W okresie napoleońskim majątek odebrano kościołowi i był on już w rękach prywatnych. Przez jakiś czas stanowił własność Staniaława Poniatowskiego, bratanka ostatniego polskiego króla. Dziś jest własnością rodziny Stucchi-Prinetti. To posiadłość zajmująca się produkcją chianti classico, sprzedażą win i restauracją.




W niej  odbywają się również  bardzo znane kursy kulinarne, prowadzone przez VIP-ów kulinarnej branży, jak Andrea Gagnesi.
Na tyłach posiadłości jest piękny ogród, geometryczne żywopłowty bukszpanu dzielą ogród na segmenty. Uprawianą są tu rośliny ozdobne i zioła niezbędne w kuchni.

 
W Panzano odwiedzamy najsłynniejszego toskańskiego rzeźnika-Dario Cecchini.

(zdjęcie ze strony klik)
 
Do dziś żałuję, że nie odważyłam się zrobić mu zdjęcia. Dawniej skierowanie obiektywu na ludzi było dla mnie zbyt trudnym zadaniem ;)

 
Jego sklep to wyjątkowe  miejsce dla smakoszy toskańskiej kuchni, w której nie może zabraknąć mięsa. Warto tam zajrzeć bo sam sklep choć nieduży, ma niespotykaną estetykę.  Można również próbować wędlin z pieczywem i winem. Przy odrobinie szczęścia usłyszycie rzeźnika recytującego Dantego lub śpiewającego ;D


Przy okazji warto tam kupić mięso lub wyroby z lokalnej wołowiny rasy chianina. To jedna z najstarszych ras na świecie, a jej nazwa pochodzi od doliny Chiana w Toskanii.

 
Ostatnie miejsce, które Wam dziś proponuję do zobaczenia, a może w przyszłości do odwiedzenia to Castello Vicchiomaggio (okolice Greve). To zamek ulokowany w centrum Toskanii. Już w V wieku była w tym miejscu warowna budowla, w średniowieczu rozbudowana przez ród Lombardów, który strzegł Florencji w czasie konfliktów ze Sieną. W renesansie stał się ekskluzywną rezydencją odwiedzaną przez Leonarda da Vinci.


W XVII wieku bywał tu Francisco Redi-włoski lekarz i przyrodnik oraz poeta. Jego poemat o winach toskańskich "Bachus w Toskanii" jest jednym z najlepszych dzieł literackich epoki i do dziś chętnie czytanym we Włoszech. Redi współpracował także w napisaniu słownika języka toskańskiego.


Dziś zamek jest w rękach rodziny Matta. John Matta jest synem jednego z największych importerów włoskich win w Wielkiej Brytanii przed II wojną światową. Właścicielem zamku stał się na początku lat siedemdziesiątych XX wieku. Stosując zasady tradycyjnego rolnictwa uprawia wokół zamku szczepy sangiovese, canaiolo, cabernet i merlot.


Wina z winnicy Matta otrzymują nagrody i wyróżnienia w najbardziej prestiżowych, winnych konkursach.


(zdjęcie ze strony klik)

Mi najbardziej znany jest ten zamek z filmowej ekranizacji komedii Williama Shakespeare'a "Wiele hałasu o nic", której dokonał w 1993r. Kenneth Branagh. W filmie oprócz reżysera wystąpiły sławy takie jak: Emma Thompson, Keanu Reeves, Kate Beckinsale, Denzel Washington, Imelda Staunton czy Michael Keaton.


  
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...